Kochankowie z Księżyca - historia jednej znajomości
    komedia25 · Dramat106
2013-04-28
Wszystko zaczęło się od spotkania w kościele, podczas inscenizacji Biblijnego Potopu, a skończyło się dokładnie w tym samym miejscu, podczas potopu prawdziwego. W taką ramę Wes Anderson wpisał akcję swojej opowieści.

Opowieści którą trzeba oglądać przez magiczną lornetkę, podobną do tej, którą dysponuje główna bohaterka – Suzy. Wtedy nie drażni przerysowanie niektórych postaci, mało oryginalna historia czy używanie schematów. Można się natomiast delektować urokliwą bajką o pierwszej miłości, o walce z przeciwnościami losu. Jest kolorowo, czasem zabawnie a czasem nostalgicznie. I jak w każdej dobrej bajce, po licznych przygodach przychodzi moment na refleksje i morał.

Kochankowie z księżyca to przyjemna komedia, ale co jakiś czas Anderson przypomina, że to wszystko nie jest właściwie aż tak zabawne. Karykaturalne przedstawienia bohaterów okazują się być "przykrywkami" do ich życiowych niepowodzeń

Dwoje nieprzystających do otoczenia nastolatków spotyka się przypadkowo i przez rok piszą do siebie listy. Ona czuje się nieakceptowana przez rodziców, on jest sierotą nie mogącym znaleźć wspólnego języka z rówieśnikami. Para postanawia wspólnie uciec od rzeczywistości do stworzonego przez siebie Królestwa Wschodzącego Słońca. Ich zniknięcie pociąga za sobą poszukiwania drużynowego i Skautów, w które z czasem angażuje się coraz więcej osób. Przy okazji tego pościgu, w zabawnych okolicznościach ujawniają się relacje między niektórymi bohaterami oraz słabostki i problemy innych, które już tak wesołe nie są.

Trzeba przyznać, że obsada filmu na każdym kinomaniaku zrobi wrażenie i niewątpliwie przyciągnie wielu widzów. Należy jednak w pierwszej kolejności docenić świetny debiut dwójki głównych bohaterów: Jared Gilman jako przemądrzały, ale uroczy Sam i Kara Hayward w roli nieco zblazowanej i żyjącej w świecie fantazji Suzy, wzbudzają sympatię a ich dialogi przywołują na twarz uśmiech. No i cała plejada najjaśniejszych gwiazd Hollywood.

Na czele pościgu staje Drużynowy (świetny, jak zawsze, Edward Norton) – facet po trzydziestce, biegający w krótkich spodenkach za swoimi podopiecznymi, niewiele się od nich różniący w gruncie rzeczy. Mamy również niespecjalnie rozgarniętego policjanta (Bruce Willis). Zajętych sobą rodziców Suzy, którzy mają życie bardzo zorganizowane, ale niekoniecznie normalne. No i Pani bez imienia, przedstawiająca się jako Opieka Społeczna (Tilda Swinton). Cała galeria niezwykle barwnych postaci, które funkcjonują jako uosobienia pewnych "klisz". Tu zwłaszcza bezduszna i bezrefleksyjna Opieka Społeczna, działająca wg przepisów, bez udziału emocji.

Kochankowie z księżyca to przyjemna komedia, ale co jakiś czas Anderson przypomina, że to wszystko nie jest właściwie aż tak zabawne. Karykaturalne przedstawienia bohaterów okazują się być "przykrywkami" do ich życiowych niepowodzeń. I to niepowodzeń tak dobrze znanych przeciętnemu odbiorcy filmu: jest nieszczęśliwa miłość, zdrada, pogoń za sukcesem przesłaniająca proste szczęścia, niezdrowe relacje z rodzicami etc. Ale jak to w bajce bywa, koniec końców okazuje się, że nie ma problemów nie do rozwiązania i z każdej nawet najbardziej beznadziejnej sytuacji znajdzie się jakieś wyjście. Nie zawsze jest to klasyczny happy end. Okazuje się, że czasem zamiast rozbijać cudze małżeństwo można znaleźć spełnienie w wychowaniu sieroty, która potrzebuje miłości. Taki idylliczny finał może się wydawać nieprawdopodobny, ale przecież idealnie wpasowuje się w koncepcję całości.

Najnowszy film Andersona albo się akceptuje w jego "inności", wchodzi się w wykreowany przez reżysera świat i czerpie się przyjemność z obcowania z tą rzeczywistością, albo się od niego odwraca z niezrozumieniem.

Kochankowie z Księżyca nie są dziełem, które wywoła światopoglądowe dyskusje, nie pokazuje rzeczy, o których istnieniu byśmy nie wiedzieli, może nawet niewiele się z niego zapamięta. Zamiast tego film oferuje wyjątkową przygodę, półtoragodzinną podróż do kolorowego świata baśni. Każdemu dorosłemu taki powrót do młodzieńczych lat od czasu do czasu dobrze zrobi, a jest przy tym doświadczeniem wizualnie bardzo przyjemnym.


Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
Raporty
zobacz również
Kręcimy powstanie

O tym, że film dokumentujący „Powstanie warszawskie” wart jest uwagi, nie trzeba nikogo przekonywać. Jednak czy okraszanie go kolorem i dialogami jest konieczne? To już nie jest takie pewne.
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".