Kolonialne Dili
    Timor Wschodni5 · Azja Południowa31 · Indonezja6 · reportaże z podróży201
2011-10-07
Dili najpiękniej prezentuje się z dwóch wzgórz położonych na przeciwległych krańcach miasta. Stamtąd widać jak ciągnące się po horyzont góry schodzą do morza, tworząc łagodne zatoki. Nad jedną z nich zbudowano to miasto-port. Pozostałe to pocztówkowe plaże, z klifowymi, bądź zalesionymi, wzgórzami w tle. Wszystko to bardzo malownicze, wręcz idylliczne.

Foto: Michał Lubina

Spacerując po kolonialnym Dili zwraca się uwagę na kilka miejsc. Portugalskie budynki, jak na miejscową skalę, naprawdę ładne (najpiękniejszy zajmuje Komisja UE). Nadmorska promenada z orzeźwiającą bryzą, nad którą wieczorami wylęgają mieszkańcy. Mikrobusy wypełnione wiszącymi u drzwi pasażerami (transport publiczny nie wydala). Do tego sprzedawcy ryb, durianów, kokosów. Knajpki i uliczne stragany. Kilka sklepów, ze dwa supermarkety, a nawet jakaś galeria handlowa budowana przedmieściach. Czuje się, że to, delikatnie mówiąc, peryferie świata, ale takie fajne, pogodne, życzliwe. Żyjące własnym życiem. Ten obraz burzą dwie rzeczy, od razy rzucające się w oczy. One świadczą, że coś jest nie tak.

Pierwszym są dolary amerykańskie: miejscowa waluta. Drugim: obecność wojsk ONZ-tu. Oba symbolizują pogmatwaną drogę Timoru do niepodległości.

O losach Timoru można się przekonać w dwóch stołecznych muzeach. Pierwszym (lepszym) – jest Chega. Nazwa nawiązuje do portugalskiego słowa „dość!” i placówka ta ukazuje losy ruchu niepodległościowego Timoru. Nadmiarem eksponatów to ona nie szokuje, ale te, które ma pokazuje w przystępny sposób: nowatorsko, metodą kolażu. Przesłanie jest czytelne: wynika z niego jasno, że walka o niepodległość wyspy to piękny przykład zderzania się ideałów z realiami politycznymi. To jedna część muzeum. Druga to cele dawnego indonezyjskiego więzienia, gdzie katowano partyzantkę, ruch oporu i wszystkich podejrzanych. Stylizacja momentalne przywodzi na myśl kambodżański S-21, i chociaż skala i wrażenie jakie po sobie zostawia, nie jest tak same, do refleksji skłania.

Dobrze udokumentowane muzeum pokazuje też, że kraj ten, ongiś złapany w pułapkę geopolityki, swą wykorzystaną szansę zawdzięcza przede wszystkim… zmianie koniunktury światowej. Momentem przełomowym w historii najnowszej Timoru było obalenie w 1998 r. dyktatora Indonezji – Soharto. Jego następca, Habibi, zaproponował Timorowi referendum, myśląc, że Timorczycy wybiorą pozostanie w Indonezji („w końcu tyle dla nich zrobiliśmy, pobudowaliśmy drogi, szpitale, lotniska”…).

Ku konsternacji Dżakarty, Timorczycy okazali się „niewdzięczni”. 79 % ludności zagłosowało za niepodległością. Indonezyjczycy w rewanżu rozpoczęli masowe niszczenie kraju, m.in. doszczętnie spalili Dili (w efekcie Timor pozostaje po dziś dzień jednym z najbiedniejszych krajów Azji), rozpoczęli przeprowadzane na masową skalę czystki etniczne. Odwrócić karty jednak już nie zdołali: do sprawy włączył się ONZ, wysłano siły pokojowe, wobec wkroczenia których Dżakarta musiała pogodzić się ze stratą (połowy) wyspy. W 2002 roku Timor Wschodni uzyskał niepodległość.

Jedną z osób, którym kraj zawdzięcza niepodległość jest bez wątpienia Xanana Gusmao. Ten „azjatycki Nelson Mandela” był wieloletnim partyzantem, ukrywającym się w górach. Sławę i rolę symbolu zyskał jednak dopiero… gdy go złapali na początku lat 90-tych. Więziony w dżakarckim więzieniu stał się ikoną oporu (a do tego miał głośny romans z australijską obrończynią praw człowieka, co sprawie przydało miłej dla mediów otoczki obyczajowej). Po tym jak świat dowiedział się o zbrodniach Indonezji, sprawa Timoru umiędzynarodowiła się. W efekcie Xanana otrzymał nagrodę Sacharowa, a w 1996 roku Pokojowego Nobla odebrali biskup Carlos Belo – miejscowy odpowiednik kardynała Wyszyńskiego i Jose Ramoz-Horta, timorski „ambasador” przy ONZ (dziś prezydent republiki). Na Zachodzie zaczęły się akcje pt. „Free East Timor” i „Boycott Bali” (dokąd zmierza większość turystów w Indonezji i skąd pochodziła spora część okupacyjnej armii). Wszystko to stworzyło odpowiedni klimat dla brzemiennej w skutkach decyzji prezydenta Habibi o zezwoleniu na referendum w Timorze.

Geograficzne wyszukiwanie tekstów Wybierz kontynent i kraj, czytaj nasze teksty

Dziedzictwem Xanany opiekuje się fundacja jego imienia, prowadząca również małe rodzinne muzeum. Znajdują się tam liczne nagrody przywódcy, wycinki z gazet, zdjęcia, a także sporo frapujących cytatów, jak ten Aung San Suu Kyi. Chociaż jako całość muzeum jest trochę zakurzone, a jego barwy kojarzą się z przyblakła kolorystyką lat 70-tych, to ma przynajmniej dobrą bibliotekę, gdzie dostać można najważniejsze książki o Timorze (i chyba tylko tam).

Ponoć – a tak lubią mówić Indonezyjczycy (szczególnie w Zachodnim Timorze) – Timorowi się udało dlatego, że jego sprawę wsparły wielkie koncerny paliwowe. To oczywiście prawda, ale jednocześnie klasyczny chwyt erystyczny polegający na ukazywaniu części, jako całości obrazu. Bo gdyby nie naciski koncernów, to by się Zachód nie ruszył, ale gdyby nie było ruchu niepodległościowego i świadomości narodowej, to nie byłoby też czego wspierać i skończyłoby się to jak obecna operacja w Libii.

Natomiast faktem jest, że gospodarka kraju opiera się na ropie i gazie, a wymownym tego przykładem jest to, że walutą pozostaje dolar amerykański. Jest to zupełnie niekompatybilne, bo ta waluta jest zbyt silna jak na miejscowe warunki. Już „piątka” sprawia problem, „dwudziestka” to wyzwanie, a próba rozmienienia „setki” przypomina próby zapłacenia złotem. Dolar jest najlepszym przykładem okresu przejściowego Timoru. Razi sztucznością.

Drugim, chyba gorszym, są wciąż obecne jednostki ONZ-tu. Przybyli tu najpierw, by powstrzymać przemoc indonezyjską, a następnie powrócili, gdy wybuchła timorska „wojna na górze”. Pozostali, i niczym- nie przymierzając - ongiś nasi sąsiedzi ze Wschodu, nie chcą wyjść.

Stanowią państwo w państwie. Są oddzieleni, totalnie wyobcowani ze społeczeństwa. Mieszkają w willach ze strażnikami, sąsiadujących z lepiankami i małymi parterowymi domkami miejscowych. Pracują w wydzielonych dzielnicach miasta, wręcz eksterytorialnych zonach, chronionych przez mury, kolczatki i bramki strażnicze. Oenzetowskie zabudowania wyróżniają się to na tle Dili, gdzie wciąż dużo budynków nosi ślady niedawnych walk. Jeżdżą po Dili wielkimi jeepami albo efektownymi toyotami. Widać je od razu, bo są to jedyne nowoczesne samochody w tym kraju – większość to składanki lub auta trzeciej, bądź czwartej młodości. Oenzetowców znać też po charakterystycznej postawie. Mają kasę, dla miejscowych niewyobrażalną, i lubią to okazywać. Pouczać też lubią. W końcu przyjechali tu po to by nauczyć tych maluczkich, jak oni mają się rządzić. A oni, Oenzetowcy, to wiedzą – i to bez względu na to, czy są z Australii, Rosji, Filipin, czy Sri Lanki. Bo oni są z ONZ-tu. I tylko się dziwią, dlaczego Timorczycy traktują ich jak kogoś w rodzaju nowych kolonistów i nie mogą się doczekać, kiedy wreszcie „siły pokojowe” opuszczą ich kraj.

Zaraz za ścisłym centrum Dili wznosi się dzielnica slumsów. obraz „ciemnej strony” niepodległości. Ludzie mieszkający w barakach, czasem wręcz lepiankach. Domy stworzone z wszystkiego, co się tylko dało, a co u nas już dawno wylądowałoby na śmietniku: druty, kable, plastiki, doniczki – świetnie ilustrują tezę, że w Trzecim Świecie nie ma rzeczy zbędnych. Do tego dzieci bawiące się oponami, ludzie siedzący przed domami, bądź błąkający się bez celu po dzielnicy. Prawdziwe slumsy. Ciągną się one wzdłuż rzeczki – ścieku, wpadającego do morza. Przed samym jej ujściem dzielnica się gwałtownie kończy kilkumetrowym, kamiennym murem. Zasłania on widok zwróconego plecami do slumsów, a frontonem – do nadmorskiej promenady, wielkiego, nowego budynku. Ambasady Chin.

Chińczycy nie wzbudzają takich emocji, jak oenzetowcy. Aż tak się nie wywyższają, za to mają mnóstwo projektów wspierających kraj (przede wszystkich lokalną administrację). Chiński biznes jest obecny, aktywny, w mieście widok znaków na restauracjach i hotelach nie jest rzadki. Chińczycy hojnie szafują stypendiami dla młodzieży. Nic zatem dziwnego, że każdy młody Timorczyk marzy, by uczyć się w ChRL.

To mądra polityka. ONZ w końcu z Timoru wyjdzie. A Chiny pozostaną.


Foto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał Lubina
Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Tajlandia - podróż po krainie uśmiechu

Przybyliśmy po piętnastu godzinach podróży na wyspę Koh Ko Khao ( lot + transfer ). Myślę, że nietrudno dociec na podstawie nazwy geograficznej, iż jest to Tajlandia, którą chcieliśmy...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".