Koreańczycy i senne koszmary Kim Ki-duka
    Dramat106 · kino autorskie77 · kino azjatyckie5 · Korea50
2011-02-12
Najnowszy filmowy poemat Kim Ki-duka „Sen”, jak doskonałe pudełeczko na świerszcza, pułapka piękna i przerażająca, opowiada o spotkaniu dwóch połówek Platońskiej pomarańczy. Ona jest bielą, on - czernią, ona - tkaniną, on - kamieniem, on śni sny, które ona - lunatykując - realizuje na jawie. Kim Ki-duk pokazuje utopijność myśli o takim połączeniu. W spełniające się marzenie o nim wlewa wiele krwi, obłędu i cierpienia. Jeżeli znajdziesz swoją drugą połówkę pomarańczy - mówi - lepiej od razu skocz z mostu. Z bardzo pięknego mostu.

Przyznam, że moje niedawne doświadczenia z kinem koreańskim były bardzo dobre. Dlatego z ciekawością słuchałam doniesień z zakończonego właśnie festiwalu w Rotterdamie. Mam nadzieję, że na którymś z polskich festiwali zobaczymy nagrodzony tam jednym z trzech Tygrysów film „Musan il-gy” (The Journals of Musan, 2010), debiut Park Jung-Buma, prawej ręki ważnego dla koreańskiej kinematografii twórcy - Lee Chang-donga (współpracowali przy realizacji jego „Poezji” [Shi, 2010; w programie 6. Festiwalu Filmy Świata ale kino!]). Bohaterem „Musan il-gy” jest introwertyczny uchodźca z Korei Północnej z bagażem doświadczeń na plecach, który trafia do Seulu i próbuje odnaleźć się w kompletnie innej, nowej rzeczywistości, zapomnieć o traumie poprzedniego życia. Brawurowo – jak piszą krytycy - wyreżyserowany i zagrany przez samego reżysera, film jest podobno niezwykle poruszający. Oprócz Tygrysa dostał już New Currents Award i nagrodę FIPRESCI na festiwalu w koreańskim Pusan – jest na co czekać.

Selekcjonerzy i jurorzy Rotterdamu mają chyba słabość do tego rodzaju zaangażowanego, współczesnego kina z Korei. Dwa lata temu nagrodzili tam „Bez tchu” (Ddongpari, 2009; w programie 9. ENH we Wrocławiu), bardzo udany debiut Yanga Ik-June'a, co ciekawe – również ze świetnie przez samego reżysera zagraną główną rolą. Częściowo autobiograficzna historia, mocno osadzona w koreańskich realiach, dotyka toksycznych, podszytych nienawiścią relacji rodzinnych, które upośledzają na całe życie. Jej bohaterami są życiowi rozbitkowie - bezwzględny egzekutor długów i młoda zadziorna dziewczyna. Film dosłownie iskrzy od naszpikowanych przekleństwami dialogów tej dziwnej pary, która tworzy coś na kształt alternatywnej rodziny. Jednak elementy komiczne ustępują tu miejsca licznym, „widowiskowym” scenom przemocy.

Gdy mowa o koreańskich filmach, które zrobiły na mnie ostatnio duże wrażenie, nie mogę pominąć obsypanej nagrodami „Oazy” (Oasis, 2002) wspomnianego Lee Chang-donga, przypomnianej w zeszłym roku przez organizatorów 4. Festiwalu Filmowego Pięć Smaków w cyklu „Taste of Korea”. Można powiedzieć, że realista Lee Chang-dong idzie w nim na całość. To film z przesłaniem, niemal misyjny, a jednocześnie wolny od sentymentalizmu, czy emocjonalnego szantażu. Trudny w odbiorze nie dlatego, że niekonwencjonalnie zrealizowany, ale przekraczający tabu, dotkliwy w swoim autentyzmie, tragiczny jak życie. Jego misją jest demaskowanie hipokryzji, charakterystycznej dla bogatych, rozwiniętych, uporządkowanych społeczeństw. Oto zakochuje się w sobie niemożliwie para anty-bohaterów, anty-kochanków - nie radzący sobie w życiu Romeo, który właśnie wyszedł z więzienia i zamknięta w domu, niepełnosprawna Julia z porażeniem mózgowym. Lee Chang-dong rozgrzewa uczuciami zimową, chłodną azjatycką wielkomiejskość, w której wbrew nazwie wszystko jest małe, poupychane, zleżałe, zawalone śmieciami, wstydliwe. Jong-du i Gong-ju znajdują w tym świecie swoje małe szczęście, ale nie będzie im dane przeżyć go godnie. Zostaną pozbawieni praw, odhumanizowani, przez rodzinę, społeczeństwo zepchnięci na margines.

Kiedy ogląda się koreańskich realistów, chociaż akurat Lee Chang-dong nazywany jest realistą magicznym, a to za sprawą onirycznych, poetyckich scen, które wplata w akcję swoich filmów, zwrot ku tak charakterystycznej dla kina koreańskiego, które znamy, metafory, poetyckiej retoryki, symbolizmu może wydawać się trudny. Gdy chcę w mojej filmotece pogodzić twórców różnych nurtów, przypominam sobie dokument niemieckiej reżyserki Ulrike Ottinger, która w swoich podróżach dotarła do Seulu i nakręciła „Koreański kufer ślubny” (Die Koreanische Hochzeitstruhe, 2009; 9. MFF Era Nowe Horyzonty we Wrocławiu). Warto o nim wspomnieć, bo to piękny film, dotykający istoty koreańskiej kultury. Jego „bohaterem” jest skrzynia wypełniona symbolicznymi, magicznymi przedmiotami, towarzysząca rozbudowanej tradycyjnej ceremonii zaślubin. Uporządkowanie, nasycenie znaczeniami, estetyka to jedna strona medalu, za którą kryje się opresja hierarchii, daleka od święta codzienność, komercjalizacja życia. Ile trzeba czasu, żeby przebić się przez to rytualne piękno i zobaczyć inne jego oblicze? Kim Ki-duk proponuje drogę na skróty.

To chyba najpopularniejszy obok Park Chan-wooka twórca południowokoreański, reżyser oryginalnych melodramatów, w których miłość pokazywana jest przede wszystkim jako uczucie głęboko bolesne, a dopiero później wyzwalające. Najpierw robotnik, żołnierz, buddysta, artysta, kinem zainteresował się, studiując w Paryżu malarstwo. Wielbiciel Piera Paolo Pasoliniego reżyserską karierę rozpoczął słynną dziś „trylogią przemocy”, na którą składają się „Krokodyl” (Ag-o, 1996), „Dzikie zwierzęta” (Yasaeng dongmul bohoguyeog, 1997) i „Niebiańskie wrota” (Paran daemun, 1998). Bohaterami tych brutalnych historii byli gwałciciele, recydywiści, prostytutki i członkowie gangów. Ostatni film Kim Ki-duka „Sen” (Bi-mong, 2008; 4. Festiwal Filmowy Pięć Smaków) może rozczarować wielbicieli wczesnej twórczości reżysera. Mnie ujął spojrzeniem na istotę miłości i... designem.

Przypomniało mi się, jak Tiziano Terzani opisywał w którejś ze swoich książek chińskie pudełeczka na świerszcze. Ten film jest takim właśnie pudełeczkiem, puzderkiem, miniaturowym mieszkaniem dla świerszcza (a nawet dwóch). W architekturze i wnętrzach dominują współcześnie podrasowane tradycyjne formy i materiały, drewno, kamień, naturalne tkaniny. Film zachwyca scenografią, kostiumami (świetny współczesny design modowy, którego autorami są Ma Youn-Hee i Takeda Toshio), kolorami. Główna bohaterka jest projektantką mody, szyje wielowarstwowe sukienki, a bohater ręcznie wyrabia ozdobne pieczęcie. Ich praca i ukształtowane przez nią otoczenie to znamiona symbolicznej opozycji, na której zbudowana jest fabuła.

We „Śnie” Kim Ki-duk wplątuje widzów w grę pomiędzy jawą a snem. Jego bohater, młody Japończyk w pierwszej scenie filmu zdaje się być zbiegłym sprawcą wypadku samochodowego. Dramatyczne zdarzenie okazuje się jednak jego snem. Poruszony realizmem wizji, bohater natychmiast wsiada do samochodu i dociera do skrzyżowania ze snu, odkrywając, że do wypadku naprawdę doszło, tyle że jego sprawczynią była dziewczyna. Ona twierdzi, że w tym czasie spała. Pomiędzy lunatyczką a Japończykiem zawiązuje się niezwykła relacja, w efekcie jego sny, sprowokowane myślami o dawnej miłości, dyktują dziewczynie zachowania w realnym życiu w jej związku z odtrąconym kochankiem. Fabuła jest zapleciona jak setka warkoczyków, trzeba uważać, żeby się nie pogubić, choć nietypowa, to jednak rządzi nią logika i prowadzi zygzakiem od punktu A do Z. Doskonałość formy została zrównoważona naturalistycznymi scenami okrucieństwa. Dochodzi tu do morderstw - nasze myśli, choć ukryte, bywają straszne; samookaleczeń – bohaterowie, zorientowawszy się w sytuacji, stosują różne sposoby, żeby nie zasnąć, jednym z nich jest zadawany sobie samemu ból; samobójstw - nie znajdują innego rozwiązania dla przerwania koszmaru.

Bardzo precyzyjnie zbudowana przez Kim Ki-duka opozycja wczepionych w siebie jin i jang, które ulegają nieustannej wymianie – sen z jawą, czerń z bielą, myśli z czynami, kobiecość z męskością, okazuje się konstrukcją niemożliwą. Idea miłości doskonałej, jak chciał ją widzieć Platon, jako połączenie dwóch połówek tej samej pomarańczy – utopią. Miłość taka może rodzić jedynie przemoc – mówi Kim Ki-duk. Relacja człowieka z Drugim jest lepsza jako inność niż jako jedność: współobecność jest lepsza niż stopienie się. Najistotniejszą wartością miłości jest niemożliwość zredukowania Drugiego do mnie samego.


SenSenSenSenSenSen
Komentarzy: 4

decentralizator
13 luty 2011 (01:11)
Świetne typowo azjatyckie filmy
Szkoda że Polska nie ma swojego pejzażysty filmowego na miarę Kim Ki-duka tylko samych naturalistów z deprechą Dom Zly, Plac Zbawiciela, Edi, Cześć Tereska, Pręgi, a nawet Dzień Świra, Tato czy Nic Śmiesznego to komedie z deprechą w tle

Agnieszka Szeffel
13 luty 2011 (09:37)
z polskich twórców
(kreacjonistów?) do głowy przychodzi mi Lech Majewski, tylko że on jest dosyć kosmopolityczny, nie ma w nim tej romantycznej duszności, czerpie ze źródeł europejskich, no i wspomniany w zeszłym tygodniu Kutz (może on najbardziej) z "Nikt nie woła" (1960), wyjątkowy, no i może Grzegorz Królikiewicz, Mariusz Grzegorzek?

Agnieszka Szeffel
13 luty 2011 (11:16)
zapomniałam o
Skolimowskim (koniecznie)

yakisuzaki
5 marca 2011 (22:57)
film
Opisy filmów jak zawsze bardzo dobre, ach ....
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
Raporty
zobacz również
Kręcimy powstanie

O tym, że film dokumentujący „Powstanie warszawskie” wart jest uwagi, nie trzeba nikogo przekonywać. Jednak czy okraszanie go kolorem i dialogami jest konieczne? To już nie jest takie pewne.
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".