Krym - świat niezatartych wspomnień
    Krym12 · Ukraina136 · Europa Wschodnia84 · reportaże z podróży201
2013-06-17
O podróży na Krym marzyłem już od lat. Pragnienia te rozbudził we mnie przed wieloma laty Adam Mickiewicz swoimi Sonetami krymskimi, poetyckim dziennikiem z podróży, którą odbył w roku 1825 (od 14 VIII - 14 X ) w towarzystwie Karoliny Sobańskiej i jej męża, Boszniaka - przyrodnika oraz gen. Witta - dowódcy portu odesskiego.

Odgrywali oni niejednoznaczną rolę w życiu poety - byli doskonale zamaskowanymi szpiegami oddanymi carskiej Rosji. Mickiewicz zdawał sobie z tego sprawę, toteż w Odessie stwarzał wszelkie pozory bywalca salonów, którego życie wypełnione jest rozrywkami, flirtem, notowaniem poetyckich wrażeń. Mieszkając w Eupatorii zwiedzał Półwysep Krymski w gronie paru osób, ale najczęściej sam lub w towarzystwie tatarskiego przewodnika. Myślę, iż środkiem lokomocji były wówczas bryczki, dryndulki (dwukołowy powóz), dyliżans, a przede wszystkim własne nogi.

Pod wpływem cudownych pejzaży i doznanych wrażeń, stworzył wspomniany cykl sonetów. Mimo, iż każdy z nich jest dziełem sztuki, jako całość stanowią treściową i artystyczną jedność. Zespalają się w obrazy natury składające się na przepyszny obraz Krymu w świetle dnia, nocy, ciszy morskiej, silnego falowania, burzy. Po ich przeczytaniu, a przede wszystkim przeanalizowaniu, można ów krajobraz opisać tak jakbyśmy patrzyli na rozległą panoramę gór, dolin, lasów, łąk, morza, pływających po nim statkach, oraz ruin i budowli historycznych. Dzięki bogactwu środków stylistycznych - fonetycznych i leksykalnych oddał poeta cały koloryt, grę świateł, szept głosów natury, woń owoców i kwitnących łąk. Obrazy stają się statyczne lub dynamiczne, a pod ich warstwą opisów kryje się głęboka refleksyjność poety - pielgrzyma. Myślę, że każdy z wrażliwych czytelników Mickiewiczowskich sonetów musiał doznać podobnych przeżyć. Dowodem tego jest fakt, że oddziałał swoi dziełem na wielkich twórców. Stanisław Moniuszko napisał kantatę Sonety krymskie opartą na ośmiu wybranych sonetach, a Edward Gorazdowski stworzył piękne ryciny.

Polecamy: Ebook - Czarnobyl Francesco Cataluccio

Mimo, iż od mojej fascynacji sonetami minął szmat czasu, postanowiłem wyjechać na Krym. Zdawałem sobie sprawę, że od 183 lat temu, gdy gościł tam poeta, musiały dokonać się bardzo poważne zmiany pod wpływem historycznych, politycznych jak i kulturowych przeobrażeń. A więc jedziemy - powiedziałem do mojego towarzysza podróży, którego nakłoniłem do wyjazdu w te nieodkryte przez nas rejony geograficzne. W biurze turystycznym odrzucamy Jałtę, gdyż obawiałem się dużej ilości turystów i wczasowiczów oraz gwaru miejskiego, wybrałem hotel Magnolia w Ałuszcie tak pięknie ukazanej przez poetę (Ałuszta w dzień...Ałuszta w nocy). Pragnąłem miejsca spokojnego, pięknie położonego, nastrojowego, które będzie znakomitym punktem wypadowym a jednocześnie wypoczynkowym.

Geograficzne wyszukiwanie tekstów Wybierz kontynent i kraj, czytaj nasze teksty

Po całonocnym pobycie na lotnisku, gdyż odlot odbył się wczesnym rankiem około godz. 5, znaleźliśmy się w samolocie linii litewskich, który okazał się dość ciasny, kolana siedzących z tyłu czułem na moich plecach a swoje pod brodą. Szybko zasnąłem w wyniku zmęczenia podróżą z Poznania do Warszawy i pilnowaniem bagaży oraz towarzysza wyprawy, który zasnął twardym snem w hallu lotniska. Całe szczęście, że podróż nie trwała długo. Obudziłem się tuż przed lądowaniem. Z okien samolotu dostrzegłem jakieś rozlewiska i zielone tereny. Lądowanie nastąpiło w Semferopolu. Odprawa paszportowa i transfer do hotelu odbyły się bez zakłóceń. Dotarliśmy na miejsce.

Przed nami żelazny parkan i wielka metalowa brama. Za naszymi plecami, w oddali Czatyrdah, który częściowo zasłonięty był przez sterczące, rozpaczliwie smutne, 17 piętrowe wieżowce z betonowych płyt. W tych bloczydłach znamienny był brak życia, zaniedbane okna zaklejone gazetami lub papierami, balkony bez kwiatów.

Bolesny obraz. Jak można było w takim miejscu zaproponować taką architekturę, pomyślałem pełen zdziwienia. Wchodzimy. Spojrzeliśmy na siebie lekko zaskoczeni, gdyż u nas takie bramy nie prowadzą do hoteli, lecz do zakładów przemysłowych, karnych lub wojskowych. Gdy z chrzęstem zamknęły się za nami metalowe wrota, ujrzeliśmy ładny, zadbany park z basenem kąpielowym i stojącą w nim wodą oraz hotel otoczony piękną roślinnością - magnoliami, tujami, świerkami, cyprysami oraz mimozami, które zasłaniały nasze hotelowe okno. Budynek niedawno wyremontowany przypominał dobre domy wczasowe z okresu PRL-u. Wnętrze czyste, dość chłodne, przypominało szkołę lub szpital. Pokój z łazienką czysty, sympatyczny z ładnym widokiem na park. Restaurację umieszczono w oddzielnym budynku, co nam się spodobało. Wkrótce przekonaliśmy się, że wnętrze jej przypomina nasze Bary Mleczne, stoliki z plastikowymi, beżowymi blatami, bez obrusów, do których przynosiło się wybrane dania ze szwedzkiego bufetu. Obsługa sympatyczna. Po sali krążył wózek na który składano naczynia pozostawiane po konsumentach, za nim zaś kroczyła kobieta z wiadrem i płatem, którym ścierała blaty stolików. Kuchnia domowa. Czego nie zjedzono w porze obiadowej przetwarzano w nowe dania i podawano na kolację. Najbardziej wzruszały mnie kurczaki z rożna, które przypominały wróble. Litując się nad nimi mówiłem, a to ci los - nie zdążyły rozwinąć się, utyć, doznać jakichś wrażeń, a już poddano je obróbce termicznej. Zaś barek z trunkami zatopiono w zieleni parku, gdzie można było pogawędzić i podzielić się wrażeniami z odbytych tras wycieczkowych.

Po kolacji przybyliśmy na umówione miejsce spotkania z rezydentem, które miało odbyć się przy basenie kąpielowym. O zgrozo! Czekaliśmy półtorej godziny. Uczestnicy zaczęli się niepokoić. Zmęczeni siadali lub kładli się na leżaki. Wreszcie przybył młody człowiek mówiący po polsku. Nie dostrzegł swojego nietaktu. Uwagi nasze potraktował dość lekko, wreszcie przeprosił. Przedstawił propozycje wycieczek fakultatywnych i odpłynął dając obietnicę ponownego przybycia w celu zapisania chętnych i zebrania pieniędzy.

Drugi dzień postanowiliśmy spędzić odpoczywając nad Morzem Czarnym. W informatorze podano, że plaża mieści się 1000 m. od hotelu. Tymczasem odległość ta była czterokrotnie dłuższa. Całe szczęście, że był autobus kursujący wahadłowo, który co pół godziny odwoził nad morze i przywoził do hotelu. Zajeżdżamy. Autobus zatrzymał się na polnej drodze. Ludziska wyskakują z niego, by jak najszybciej znaleźć się na plaży i zażyć orzeźwiającej kąpieli morskiej oraz słońca. Dźwigają wypchane torby plażowe, zabawki dziecięce, piłki, nadmuchane krokodyle, żaby i słonie. Dopadają do wejścia, gdzie okazuje się, że teren plaży jest strzeżony i oddzielony od sąsiednich zon, które należą do sanatoriów w których leczy się schorzenia górnych dróg oddechowych. Cerber otwiera zamkniętą na kłódkę bramę i goście hotelowi wpadają z impetem zdobywając pod brezentowym zadaszeniem miejsca, które mają chronić przed upalnym słońcem - drewniane, nieheblowane prycze bez materaców.

Nie jest to plaża przypominająca te ze Złotych Piasków czy ze Słonecznego Brzegu, lecz gliniasto - kamienista na której można poruszać się tylko w obrębie wyznaczonej przestrzeni. Poczułem się jak w klatce. Śmiech mój obudziła stojąca blisko wejścia przebieralnia - parawan z podartym płótnem a także prysznic, którego sitko przytwierdzone było sznurkiem do głównego przewodu. Patrzyłem urzeczony tym cudem techniki i estetyki. Postanowiłem to sfotografować pod koniec naszego pobytu. Myślę, że zdobyłbym za to zdjęcie nagrodę na konkursie fotografii. Traf chciał, że zepsuł mi się aparat fotograficzny i nie mogłem tego prymitywnego uroku uwiecznić. Spacer na tej małej przestrzeni można było tylko odbyć nad kamienistym brzegiem, dość ograniczonym w swojej długości lub na betonowym pomoście z którego oglądając otaczający krąg wybrzeża uświadomiłem sobie, że tak wygląda prawie całe wybrzeże w Ałuszcie, które pocięto na sektory ograniczając swobodę wypoczywających.

Poczułem dyskomfort. Zamknięta przestrzeń, drewniane prycze, człowiek leżący obok drugiego człowieka. Pojawiły mi się dziwne skojarzenia. Aby od nich uciec postanowiłem wrócić do hotelu. Po obiedzie postanowiliśmy zwiedzić Ałusztę z Profiessorskim Ugołokiem (Roboczij Ugołok). Droga do centrum pozwoliła nam dokonać cały szereg obserwacji... Ulica wiodąca od hotelu w dół, do centrum, była bardzo zaniedbana - dziury w trotuarze, wystające płyty chodnikowe wypychane z podłoża przez korzenie pięknych, starych drzew. Cała infrastruktura leciała wielką tandetą. Niesmak koiły tylko stare wille z przełomu XIX i XX wieku w których zamieszkali na pewno nowi ludzie nowych czasów.

Wzniesione zostały w stylu neoklasycystycznym lub secesyjnym z kolumienkami, pilastrami, balkonami, zadbane dziś przez tak zwane złote rączki na tyle, na ile mieszkańców tych posesji było stać, a przy nich ogródki różnie pielęgnowane z pięknym, starym drzewostanem i kwiatami. To dawne piękno przerywały sklepiki, bary mieszczące się w drewnianych lub betonowych pawilonach oraz bloki. Wkraczając w centrum na plac dostrzegliśmy rozpadające się betony minionej przeszłości - nieczynna fontanna, jakiś pomnik, po prostu smutna szarzyzna. Aby uciec od tego piękna wsiedliśmy do trolejbusu nr 2 którym dotarliśmy w inny świat, do dawnego Profiessorskiego Ugołka, gdzie wśród bujnej zieleni i w pobliżu wybrzeża morskiego znajdują się dawne profesorskie wille o ciekawej i urzekającej swoim pięknem architekturze. Zbudowane zostały na przełomie XIX/XX wieku z cegły lub z cegły pokrytej tynkiem i drewna, z ganeczkami, kolumienkami, tarasami lub balkonami.

Okna tych domów zabezpieczono drewnianymi, dekoracyjnymi okiennicami przed wiatrem, deszczem, ciekawskimi spojrzeniami. Spacerując tarasowato wznoszącymi się uliczkami wydawało nam się, że żyjemy w czasach Iwana Turgieniewa, Antoniego Czechowa, Lwa Tołstoja, że za chwilę spotkamy Maksyma Gorkiego z letnikami lub Konstantego Stanisławskiego ze swoją trupa aktorską. Temu chwilowemu przeniesieniu w przeszłość sprzyjała muzyka Czajkowskiego, która grana na fortepianie w jednym z domostw, rozchodziła się subtelnie w zaułkach tej okolicy. Do najpiękniejszych will zaliczana jest Anna, Marina, Dacza Lindera w których się obecnie mieści sanatorium Morski Ugołok. W 1926 roku, po znacjonalizowaniu profesorskich will, nadano temu zakątkowi nazwę Roboczij Ugołok. Zafascynowani urokiem tych parterowych i piętrowych posesji tak malowniczo położonych, zeszliśmy do promenady ( Nabiereżnaja ), skąd roztaczała się piękna panorama Morza Czarnego. Ludzie spacerowali zaglądając do rozstawionych kramów z pamiątkami, kupowali słynne Wańki - Wstańki i korzystali z uroków karuzeli. Drudzy zaś przebierając się w stylowe kostiumy zasiadali w salonikach z wybranej epoki, by przenieść się choć na chwilę w inną rzeczywistość historyczną, co utrwalał z wdziękiem fotograf. Ot i takie potrzeby i tęsknoty mogą sobie ludziska zaspokoić - pomyślałem. Wreszcie punkt widokowy, skąd można zachwycać się pięknem pejzażu, popiersiem Aleksandra Puszkina upamiętniające jego pobyt na Krymie i hotele..hoteliki i restauracje.


Krym - świat niezatartych wspomnień - zdjęcia Aleksander TalarkiewiczKrym - świat niezatartych wspomnieńKrym - świat niezatartych wspomnień - zdjęcia Aleksander TalarkiewiczKrym - świat niezatartych wspomnień - zdjęcia Aleksander TalarkiewiczKrym - świat niezatartych wspomnień - zdjęcia Aleksander TalarkiewiczKrym - świat niezatartych wspomnień - zdjęcia Aleksander TalarkiewiczKrym - świat niezatartych wspomnień - zdjęcia Aleksander Talarkiewicz
Komentarzy: 3

Argonauta
18 czerwca 2013 (05:28)
6 daję za materiał, jego dugość i opis miejsc
na poważnie: krócej Panie Talarkiewicz, krócej, zwięźlej, mnie opisowo, bardziej o własnych przeżyciach/odczuciach

Miłosz
27 września 2013 (12:28)
Uczeń / Technikum Kolejowe / E / 1991-96
Przypominam sobie tą lekcję Panie Profesorze! Stepy Akermańskie. "Że słyszałbym głos z Litwy... Jedźmy, nikt nie woła!" Pomimo tego, że minęło już 20 lat. Pozdrawiam

Ola
20 luty 2014 (21:41)
kresowiak
Moja rodzina miała majątek na Krymie. Wujek mojego dziadka był dowódcą okresu wojennego we Flocie Czarnomorskiej w 1910 roku. Chciałabym wiedzieć gdzie mieszkała moja rodzina, .
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Tajlandia - podróż po krainie uśmiechu

Przybyliśmy po piętnastu godzinach podróży na wyspę Koh Ko Khao ( lot + transfer ). Myślę, że nietrudno dociec na podstawie nazwy geograficznej, iż jest to Tajlandia, którą chcieliśmy...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".