Kultura w objęciach biurokratów
    kultura wysoka7 · kultura masowa9 · wolny rynek17 · finansowanie kultury2
2009-10-02
Korzystając z obradującego Kongresu Kultury Polskiej, b.minister kultury Kazimierz Ujazdowski opublikował w Gazecie Wyborczej artykuł pod znamiennym tytułem „Prywaciarz nie wykarmi muzeów i festiwali”. Czy rzeczywiście bez pomocy państwa artyści i twórcy poumieraliby z głodu?


W swoim artykule [1] minister stawia tezę, że "w polskich warunkach nie ma innego rozwiązania niż mecenat państwowy w sferze kultury i że ma on charakter "cywilizacyjnej inwestycji", nie zaś działalności socjalnej". Minister zauważa co prawda, że należy docenić "wkład mecenatu prywatnego, nawet jeśli ma skromne rozmiary", natomiast ponieważ "mecenat i sponsoring prywatny są w Polce po prostu bardzo słabe", wszelkie wysiłki na polu dofinansowania kultury należy skupić na obronie mecenatu publicznego.

Choć teza ta nie jest zaskakująca - w końcu wygłasza ją poseł pięciu kadencji, przez dwadzieścia lat utrzymywany z pieniędzy podatników [2] - mija się z prawdą. Jak możemy sprawdzić na stronach Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, wydatki na przywołane w tytule artykułu muzea i festiwale nie prezentują się imponująco. Dotacje na muzea mają wynieść w 2009 roku zaledwie 262 mln złotych, co stanowi 11% budżetu MKiDN [3]. Kwota ta wypada bardzo blado, jeśli porównać ją z wpływami z 1% podatku PIT dla organizacji pożytku publicznego, co ilustruje tabelka [4]. Jak stwierdził podsekretarz stanu w Ministerstwie Finansów Maciej Grabowski, organizacje pożytku publicznego "znakomicie uzupełniają państwo w wielu dziedzinach aktywności społecznej", co potwierdza rzeczywistość, czyli prawie 400 milionów złotych przekazanych przez ponad 7,3 miliona Polaków różnym organizacjom za rok 2008 [5].

Wpływy z 1% podatku PIT dla organizacji pożytku publicznego Wpływy z 1% podatku PIT dla organizacji pożytku publicznego

Argumentacja ministra Ujazdowskiego w świetle tych faktów okazuje się być niewiele warta. Skoro zaledwie 1% jednego z podatków przekazany dobrowolnie przez miliony obywateli wystarczyłby na sfinansowanie działalności Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, filharmonii, orkiestr, chórów, kapel, domów i ośrodków kultury, bibliotek i wielu innych pozycji w budżecie ministerstwa, rozwiązanie problemów pieniężnych polskiej kultury wydaje się proste. Niech polską kulturę finansują konsumenci kultury, a nie urzędnicy. Zamiast żonglowania statystykami i porównywania wydatków budżetowych Polski z wydatkami Finlandii należy uwolnić pozytywną energię społeczeństwa. Pan Ujazdowski myli się, gdy pisze o braku perspektyw dla mecenatu i sponsoringu prywatnego w Polsce. Perspektywy są i to właśnie poprzez deprecjonowane przez byłego ministra "rozwiązania prawne" mogą zmienić stan rzeczy.

Wyobraźmy sobie kraj, w którym to obywatele i konsumenci głosują swoimi pieniędzmi i nogami na instytucje kulturalne. Wyobraźmy sobie kraj, którego muzea i biblioteki robią wszystko, by klient był zadowolony, co wynika z natury wolnego rynku. Wyobraźmy sobie kraj, w którym środki przeznaczone na kulturę nie są marnowane przez kolejnych urzędniczych pośredników, lecz dzięki selekcji rynkowej trafiają tam, gdzie trafić powinny - do najlepszych. Wyobraźmy sobie kraj, w którym to widz, czytelnik i uczestnik ma bezpośredni wpływ na artystów i twórców.

Lecz nie łudźmy się, nie o to chodzi zatroskanym urzędnikom, śpiesznym do wydawania nie swoich pieniędzy. O ileż łatwiej zamiast konkurować o klienta, siedzieć za biurkiem i dostawać pieniądze niezależnie od tego, czy kolejna wystawa przyciągnie zainteresowanie czy też nie. O ile łatwiej osiągnąć prestiż z urzędu, jako dyrektor czy kierownik placówki kulturalnej, niż samemu na niego zasłużyć ciężką pracą. Minister Ujazdowski skarży się, że rząd "nie bierze poważnie pod uwagę opinii naukowców i twórców". Naturalnie, skoro jest się artystą, to przecież nie można konkurować o pieniądze i szacunek jak motłoch pospolity. Pieniądze i prestiż każdemu naukowcowi i twórcy "się należą", niezależnie od tego, czy ich badania czy działania mają jakąkolwiek wartość.

Aktualny sposób funkcjonowania kultury finansowanej przez państwo dosadnie określił niedawno włoski minister administracji publicznej Renato Brunetta. Jak stwierdził biorąc głos w dyskusji o kinematografii, "Ktoś robi film, na który nikt nie idzie, który przynosi klapę, ale on mówi: muszę być finansowany, bo jestem intelektualistą" [6]. Nietrudno zrozumieć niechęć naukowców i twórców do wolnego rynku - nie dość, że w konkurencji na nim nie pomaga kolesiostwo, to jeszcze żeby osiągnąć sukces, trzeba ciężko pracować, a nie tylko mieć odpowiednich znajomych (np. w Ministerstwie Kultury). Naturalnie, najłatwiej bronić swoich pozycji korzystając z argumentów o dobru publicznym, podobnie jak czyni to palestra. Jednak w ostatecznym rozrachunku chodzi jak zwykle o jedno - o pieniądze.

W jednym minister Ujazdowski ma rację - należy poważnie zastanowić się nad kondycją polskiej kultury i konieczną jej reformą, a także zasadami rządzącymi tą dziedziną życia. W końcu, jak trafnie zauważył Brunetta, "branie pieniędzy od państwa warunkuje zawsze, także wolność. Po co finansujemy film? Może finansujmy bar albo dyskotekę?". Ciekawe, czy pan minister równie chętnie broniłby budżetu Ministerstwa Wyżywienia i apelowałby w artykule pod tytułem "Prywaciarz nie wykarmi piekarni i sadów" o zwiększenie dotacji? "Skoro rząd zajął miejsce Opatrzności, zrozumiałe jest, że każdy, kto znalazł się w potrzebie, wzywa jego pomocy", pisał wiele lat temu przywołany przez ministra Alexis de Tocqueville. Czy rzeczywiście taka jest droga do tego, by żyło się lepiej?


Źródła:

[1] http://wyborcza.pl/1,75515,7075923,Prywaciarz_nie_wykarmi_muzeow_i_festiwali.html
[2] http://pl.wikipedia.org/wiki/Kazimierz_Micha%C5%82_Ujazdowski
[3] http://www.mkidn.gov.pl/ministerstwo/budzet_ministerstwa.html
[4] Odpowiedź na list otwarty w ramach inicjatywy "Lepszy 1%", http://www.mf.gov.pl/dokument.php?const=1&dzial=153&id=178617&typ=news
[5] http://www.podatki.egospodarka.pl/42238,1-proc-podatku-OPP-dostana-prawie-400-mln-zl,1,65,1.html
[6] http://manager.money.pl/styl/media/artykul/ani;euro;na;produkcje;filmow;-;mowi;wloski;minister,94,0,532318.html

Komentarzy: 5

AndrzejK
3 października 2009 (23:02)
jest jedno duże zagrożenie
takiego sposobu finansowania kultury. Otóż pozostawiając w całkowitej gestii finansowanie kultury społeczeństwu (nawet przez 1% podatku) tak naprawdę zagrożeniem jest niezrozumienie kultury. Weźmy przykład. Zgłasza sie fundacja robiąca filmy - komedie i fundacja (bo to chyba muszą być fundacje???) opiekująca się dwoma Teatrami Narodowymi - jak sądzicie gdzie pójdzie wiecej kasy? Kultura masowa w ten sposób zdobywa środki od sponsorów - firm, bo one wiedzą, że po prostu na tym zarobią. Ale czy ktoś zarobi na muzeach (skala!!) nie sądzę. Układ prywatnych środków, niecelowych, zabije w dużym stopniu nieodwracalnie bardzo dużą cześć dziedzictwa narodowego, które jest dostępne intelektualnie dla może nielicznych, ale stanowi bazę wiedzy dla całej kultury - choć często nie zdajemy sobie sprawy. Nie róbmy plebiscytów.

Rafał Lorent
4 października 2009 (10:11)
wolny rynek?
Nie nawołuję do całkowitego poddania tej dziedziny zasadom wolnorynkowym bo wiem, że to i tak nie jest w tym kraju możliwe. AndrzejK, moim zdaniem takie zagadnienia należy rozpatrywać całościowo, tzn. zakładając istnienia państwa minimum (tylko prawo i przymus), tj. bez publicznej opieki medycznej, szkolnictwa i tym podobnych rzeczy. Nietrudno policzyć, ile środków byłoby wówczas uwolnionych - pieniądze które nie byłyby zabierane w ramach horrendalnie wysokich akcyz czy innych podatków (i pseudopodatków - składka na ZUS np.) mogłyby posłużyć do wspomagania kultury. Zawsze irytuje mnie natomiast sposób myślenia osób zdawałoby się bezpośrednio zainteresowanych ratowaniem kultury. "Tak być nie może" - mówią - "jest to dla nas tak cenne, że wszyscy musicie na to płacić". Może ludzie kultury też powinni się zająć wspomaganiem tej "bazy wiedzy", także - o zgrozo - finansowo?

AndrzejK
4 października 2009 (23:47)
Panie Rafale ależ bardzo bym prosił
aby nie próbował Pan myśleć za innych, w tym wypadku za mnie. Moje określenie "tak być nie może" tutaj jak mniemam "nie róbmy plebiscytów" odnosi się tylko i wyłącznie do faktu, że finansowanie przedstawione przez Pana (sposób) zabije kulturę wysoką, z której tzw masówka czerpie ile wlezie, gdyż jest nierozumiana (nawet w wielu przypadkach, nawet tak powinno być). Czy Kowalski będzie wydawał środki na coś, czego nie może dotknąć, zrozumieć i do czego może się uśmiechnąć? widzę tutaj próbę zbudowania czegoś na wzór sponsoringu w amerykańskim stylu. Kultura wysoka utrzymuje się z datków wielu firm, osób, coś na kształt naszych Ossolińskich (mniej więcej w pierwszym okresie)...tylko to jest gigantyczna praca (nawet czasowo), która i w USA przyniosła mizerne skutki - sztuka, kultura przestała być wartością samą w sobie, stała się prestiżowym snobistycznym dodatkiem. Stała się modna nic więcej, bo za nią szły pieniądze, czasem gigantyczne. Nie wchodźmy jednak na obszary jakie podatki nie płacić, usunąć, skasować instytucje - bo to bezsensu

Rafał Lorent
5 października 2009 (11:14)
proszę bardzo
Chyba nie do końca zrozumiał Pan o co mi chodziło. Na myśli miałem to, że zmian w danej dziedzinie, w tym przypadku w dziedzinie kultury, nie można rozpatrywać bez kontekstu. A kontekst jest taki, że sprywatyzowanie z dnia na dzień kulturę tę bez wątpienie by zabiło, tutaj się z Panem zgadzam. Prywatne muzea, podobnie jak prywatne szkoły czy szpitale, mają sens wówczas tylko, gdy społeczeństwo dysponuje swoimi pieniędzmi. Nie sposób płacić na szpital czy szkołę w sytuacji, gdy drugie tyle pieniędzy jest zabierane w podatkach na szpitale czy szkoły publiczne. Zatem krótko mówiąc, kulturę finansować można prywatnie wtedy i tylko wtedy, gdy państwo w tym nie przeszkadza. Pokazałem jakie są przychody z 1% - niech Pan sobie wyobrazi, że można dysponować 100% swojego podatku PIT. Czy wówczas utrzymywanie kultury jest pozbawione ekonomicznych podstaw? Nie wydaje mi się. Ossolińskich byłoby znacznie więcej, gdyby prawo na to pozwalało (m.in. podatkowe). A co do ocen kultury, czy lepsza czy gorsza na wolnym rynku - za wolnorynkową miernotę nikt przynajmniej nie musi płacić. Za miernotę z pieniędzy publicznych, owszem.

jurlys
4 listopada 2009 (18:22)
Nieporozumienie
Artykuł nie uwzględnia faktu, że 1% z PIT kierowany jest nie tylko na kulturę, ale wszelką działalność społeczną -charytatywną, edukacyjną i sportową. Biorąc pod uwagę fakt, że według rozmaitych badan finansowaniem kultury zainteresowanych jest ok 25% sponsorów, zatem z owych 200 czy 300 milionów do kultury trafiłoby od 50-80 milionów zł, czyli śladowa część tego co ministerstwo i samorządy wydają na kulturę -obecnie około 3 miliardów zł. Stanowi to zatem jakieś 2-3 % publicznego budżetu kultury.
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
Raporty
zobacz również
„Jan Palikot”, czyli co zagraniczne media donoszą o polskich wyborach

Jeszcze w czasie trwania kampanii wyborczej "The Economist" oceniał ją jako nudną. Jeśli do tego dodamy wynik wyborów gwarantujący polityczne status quo, to łatwiej będzie można zrozumieć,...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".