Kwestia chińska: wczoraj i dziś
    Chiny152 · Pacyfik15 · bezpieczeństwo Azji21 · rywalizacja mocarstw58
2011-10-19
Wybitny intelektualista brytyjski Bertrand Russell w początkach lat 20. XX wieku przez rok wykładał w Chinach i uwieńczył ten pobyt tomem „The Problem of China”, który w maju 2011 r. w oryginale ponownie wydano w Chinach. Dlaczego teraz?

W miarę lektury sprawa staje się jasna. Brytyjski filozof nie tylko chwali Chińczyków, a gani na przykład Japończyków, ale też – w świetle niedawnego (wtedy było to raptem dziesięć lat) obalenia Cesarstwa i przejścia na rządy republikańskie – zastanawia się, jak Chiny reformować, no i co one, już zreformowane, mogłyby ze sobą przynieść sobie i światu. Przyjrzyjmy się bliżej tej argumentacji, bowiem jest nie tylko interesująca, ale też na nowo aktualna.

Problem(y) modernizacji Chin republikańskich

Teza wyjściowa B. Russella jest następująca (wszystkie cytaty z jego dzieła w tłumaczeniu autora niniejszego tekstu): „W ciągu następnych dwóch stuleci wydarzenia w Chinach istotnie wpłyną na cały świat, o ile w ogóle nie będzie to decydujący czynnik dla świata, na dobre i złe”. Innymi słowy, to co się dziejach w Chinach ma nie tylko wewnątrzchińskie konotacje. Chodzi o państwo czy mocarstwo zawsze bogate w zasoby ludzkie, czemu B. Russell poświęca sporo uwagi. Co więcej, Chiny to niezwykle bogata, ogromna cywilizacja, którą brytyjski uczony uznaje za „wyższą od naszej” (a civilization superior to ours), także i w tym sensie, że jej przedstawiciele „myślą kategoriami stuleci, podczas gdy inne narody posługują się dekadami”.

Russell nie kryje, że liczy na chińską modernizację i wiąże, z nowoczesnymi już Chinami, nadzieje na lepsze, co uzasadnia tak: „Problem przekształcenia Chin w nowoczesne państwo jest trudny, a obcokrajowcy powinni okazać nieco cierpliwości w trakcie, gdy Chińczycy będą chcieli tego dokonać. Albowiem oni rozumieją swój kraj, podczas gdy my ich nie rozumiemy. Jeśli damy im spokój, to oni w końcu znajdą rozwiązanie zgodne z ich charakterem, czego my na pewno nie dokonamy. Takie powolnie zaprowadzane rozwiązania własne będą stabilne, podczas gdy przedwczesne rozwiązania narzucone przez obce mocarstwa będą sztuczne i tym samym nietrwałe”. Autor uzasadnia zatem tezę stale podkreślaną przez Chińczyków, którzy nie tylko, co zrozumiałe, chcą być panami we własnym domu, ale też, co nie mniej istotne, urządzać ten dom według własnych pomysłów.

Nowa książka o Chinach: „Wielki Głód” w czasach Wielkiego Skoku

Ciekawy jest długi – i nie do końca przekonujący – wywód B. Russella na temat pokojowych intencji chińskiej cywilizacji, ale zarazem otwarcie postawiona przestroga, zgodnie z którą: „Chiny silne militarnie byłyby katastrofą” (a strong military China would be a disaster). Ewentualna potęga Chin miałaby polegać na ich dynamice, sile gospodarczej, potędze intelektualnej czy wyższości cywilizacyjnej. W ocenie autora, o ile Chiny przede wszystkim poszukiwały na Zachodzie wiedzy i natchnienia, o tyle Zachód w Chinach zachowywał się tak jak „żołnierz, handlarz i misjonarz”, tzn. „kierowały nim trzy motywy: walczyć (z Chińczykami), zarabiać u nich pieniądze oraz przekonywać ich do naszej wiary”. Jak widać, w tej konkurencji autor również przyznawał wyższość Chińczykom, co potwierdza zdaniem konkludującym cały tom: „Sądzę, że oni (Chińczycy) są jedynym narodem na świecie, który wyżej sobie ceni mądrość niż rubiny. To dlatego Zachód uznaje ich za niecywilizowanych”.

Chińscy wydawcy obecnego wydania eksponują jednak, nawet na okładce, inną argumentację, zgodnie z którą: „Z ducha renesansu, jaki obecnie panuje w Chinach może wyłonić się, o ile obce państwa nie narobią zamieszania, nowa cywilizacja, która będzie lepsza od wszystkich, jakie dotąd znał świat. To właśnie jest cel, jaki powinny postawić przed sobą młode Chiny: zachowanie, tak charakterystycznych dla Chińczyków, ogłady i kurtuazji, otwartości i pokojowego nastawienia, a równocześnie przejmowanie wiedzy z Zachodu w celu stosowania jej w rozwiązywaniu praktycznych problemów Chin”. Po czym autor apeluje jeszcze, by Chińczycy w trakcie prowadzonych przez siebie reform zachowali umiar, nie szukali ekspansji na zewnątrz, a nade wszystko nie poświęcali za dużo miejsca i czasu dobrom materialnym, do czego mają skłonność. Jeśli tak będą postępowali, to – w jego ocenie – „Chiny odegrają w świecie rolę, do jakiej są predestynowane”.

Po tych kilku cytatach jest już chyba jasne, dlaczego książkę B. Russella wydano po blisko stu latach ponownie w Chinach. Jak wiemy, Chiny znowu, jak po upadku Cesarstwa (w 1911 r.), stają przed problemami i dylematami modernizacji i transformacji. Już udowodniły, że od 1978 r., gdy na tę ścieżkę wkroczyły, idą własną drogą, nie oglądają się na innych, chociaż tam, gdzie mogą, stosują obce rozwiązania, a więc postępują zgodnie z dyrektywami brytyjskiego filozofa. Czy jednak przyniosą ze sobą nową, lepszą cywilizację i system wartości pożyteczny dla świata?

Zachód dziś nie wie, jak postępować z Chinami

Na ten temat toczą się już – i zapewne będą toczyć jeszcze długo – poważne spory. Jeśli chodzi o Zachód, mamy tam w stosunku do obecnych Chin i procesów w nich zachodzących kilka „szkół”. Pierwsza przepowiada, niczym B. Russell, świetlaną przyszłość Państwa Środka. Przykładowo brytyjski dziennikarz Martin Jaques zapowiada, już w tytule swojej książki, epokę „Gdy Chiny rządzą światem”, co uzupełnia podtytułem „Koniec zachodniego świata i narodziny nowego ładu globalnego”. Inny autor, Amerykanin Robert Lawrance Kuhn, zresztą więcej czasu spędzający ostatnio w Chinach niż w USA, przedstawia zachodniemu odbiorcy w obszernym tomie „Co myślą liderzy Chin”. Chwali ich poglądy, a przede wszystkim wskazuje na rosnącą przejrzystość w podejmowaniu decyzji oraz kolektywne rozstrzyganie problemów przez partię władzy, w jaką w ramach reform przekształciła się Komunistyczna Partia Chin (KPCh), niegdyś rewolucyjna. Do tego grona warto jeszcze dodać autora głośnych niegdyś „Megatrendów” Johna Naisbitta, który teraz też niemal na stałe przebywa w Chinach i kreśli nowe trendy dla chińskich władz, chwaląc je przede wszystkim za „otwartość myślenia”.

Na drugim biegunie jest „szkoła”, mówiąca o „chińskim zagrożeniu”. Zainicjowali ją jeszcze w latach 90. dwaj amerykańscy autorzy, Richard Bernstein i Ross H. Munro, którzy już wtedy wróżyli światu (zachodniemu) konflikt z Chinami, a ostatnio w ich ślad poszło dwóch francuskich ekonomistów, Jean Paul Giuchard i Antoine Brunet, którzy – w książce, która właśnie została wydana po polsku – przypisują dzisiejszym władcom Chin same złe intencje i uważają, że ich nadrzędnym celem jest nic innego, jak hegemonia nad światem.

Są wreszcie inni autorzy, jak sędziwy Henry Kissinger, który, w książce wydanej w maju 2011 r., zatytułowanej „O Chinach” (On China), dostrzega rosnącą asertywność w niektórych kręgach chińskich, a równocześnie niepokój w wielu kręgach amerykańskich, powodowany szybko rosnącą siłą dzisiejszych Chin. Wzywa do wzajemnego, pogłębionego dialogu i zaangażowania, obawiając się wybuchu nowej ”zimnej wojny”.


Komentarzy: 7

decentralizator
20 października 2011 (00:46)
Chiny postwią moim zdaniem na ekspansję,
Państwo Środka dominowało i promieniowało na wszystkie kraje wokół blaskiem swej cywilizacji zmuszając je do podległości jak Koreę czy Wietnam, albo nawet gdy zostało podbite przez Mongołów czy Mandżurów było zbyt silne by można cokolwiek mu narzucić w sprawach cywilizacyjnych. Jedynie Japonia była wstanie pozwolić sobie na czerpanie z dorobku Chin zachowując pełną niezawisłość i suwerenność polityczną. Kiedy skończyła się era wlk. żeglarza Zheng He, konfucjaniści w myśl zasady samowystarczalności zamknęli Chiny na świat. To wtedy Zachód zbudował swą potęgę i przewagę, to wówczas narodziła się słabość i zacofanie Chin względem Europy. Myślę że wiedzą iż nie mogą kolejny raz popełnić tego samego błędu. Chińczycy dopiero od niedawna uznają, że mogą się czegoś nauczyć od innych, w przeciwieństwie do Japończyków którzy naśladowali przez wieki Chińczyków, a od połowy XIX w wzorem stał się Zachód i dobrze na tym suma sumarum wyszli.

Marek
21 października 2011 (15:18)
Pytanko :)
Czy każdemu państwu chodzi cały czas o poszerzanie (w miarę możliwości) swojej strefy wpływów pod względem politycznym, gospodarczym i militarnym żeby zabezpieczyć swoje interesy, uzyskać przewagę pod wszystkimi względami w odniesieniu do innych i dzięki temu - ostatecznie - poszerzyć własny porządek kulturowy postrzegany przez nie jako najkorzystniejszy dla rozwoju całej cywilizacji? :)

decentralizator
21 października 2011 (23:09)
Odp dla Marka
To działa mniej więcej na zasadzie jeśli "My" tego nie zrobimy, nie zajmiemy, nie poruszymy, nie zbudujemy to zrobią to nasi konkurenci i zaistnieje ryzyko że wykorzystają to przeciwko nam,np. odwieczna rywalizacja Anglii z Francją, wet za wet i wieczne podchody. Taka samonapędzająca się konkurencja i rywalizacja. To ona de facto wywindowała Europę do roli dominatora w dawnym świecie, jak nie jedni to drudzy dodawali gazu starając się odjechać sąsiadom. Tyle że Europa doświadczona wojnami trzydziestoletnią, I i II w. światową miejmy nadzieje wyciągnęła trwałą i gorzką lekcję, że niepohamowana konkurencja może popaść w skrajność. Dlatego rywalizacja i konkurencja są dobre jeśli obowiązują je pewne reguły i ramy, a tego konsensusu wciąż na świecie nie osiągnięto. Gdyby tak było czołgi, samoloty bojowe i pociski rakietowe oglądać można by było tylko w muzeach. Podchody - na razie pokojowe - wciąż trwają.

Marek
23 października 2011 (00:21)
:)
Skąd założenie, że wykorzystają to przeciwko nam i dlaczego mieliby to zrobić? Pytanie oczywiście wydaje się naiwne, ale nie dotyczy wątpliwości co do tego, że to zrobią tylko tego jaki mają ku temu powód (sama "rywalizacja" to za mało, bo coś musi ją uzasadniać, tutaj możemy zejść na niższy poziom i napisać o uzasadnieniu materialnym, ale to też za mało i sprowadza rolę państw do "firm" które chcą jak najwięcej zyskać i nic więcej się za tym nie kryje). :)

decentralizator
6 listopada 2011 (21:23)
Chodzi o ideologię i filozofię
to jak hierarchia potrzeb od biologicznych po estetyczne, Chiny gdy pokonają już głód, potrzebę, nauki, akceptacji, przynależności itd. w końcu podejmą otwartą polemikę z zachodnim systemem myślenia i wartościami, którego same uznać nie zamierzają. Oni myślą na wschodni sposób. Demokracja w Japonii przyszła wraz z bombami atomowymi i groźbą jej absolutnego zniszczenia. Aż po dzień kapitulacji nacjonaliści żywili mrzonki o nowym zamknięciu się Japonii we własnej skorupie, bo nie mogli przyjąć do wiadomości, że era cesarza boga musi odejść. Demokracja to inaczej państwo prawa, więc kim są panowie przywódcy Chin, czyż nie uzurpatorami, którzy ręcznie niczym w grze komputerowej sterują tym ogromnym krajem. Za wszelką cenę go uprzemysławiają, bo wiedzą że mogą i wykorzystują typową chińską spolegliwość i uznanie konfucjańskiego porządku.

shape_shifter
3 grudnia 2011 (11:42)
@ decentralizator
Zgoda, tak własnie jest. Niemniej nie zakładaj a priori że wynika to ze złej woli czy demonicznych intencji. Wręcz przeciwnie, dążenie do zapewnienia swojemu krajowi dominacji jest jak najbardziej naturalne. Musimy zdawać sobie z tego sprawę - inaczej nic tylko zostać tchórzliwym, bezzmózgim troglodytą krzyczącym o swiatowej równości i niszczącym własne otoczenie. C. Jung odrzucił wschodni system wartości po tym jak go poznał a europejska kultura to znacznie więcej niz puste słowo "demokracja". Możliwa i korzystna jest kooperacja Europy i Chin jako równoprawnych parnerów. Żeby to osiagnąć musimy sami rosnąc w siłę a przynajmniej nie pozwolić sie osłabiać. Nic jeszcze nie jest przesądzone, Ziemia jako jedno Chung Kuo to cały czas s-f i chwytliwy mem a nie rzeczywistość.

decentralizator
4 grudnia 2011 (02:27)
wschodnie wartości
Konfucjanizm narzucał niebiański porządek, w którym istniała feudalna ściśle określona hierarchia, czyli wszyscy i wszystko na swoim miejscu. Tylko, kto ma być wskazującym to miejsce. Chińczycy kiedyś mogą zacznąć rościć sobie prawo do przypisywania komuś jego roli i miejsca. Najpierw w Azji. Japończycy dążąc ku wojnie chcieli cynicznie wskazać swoim młodszym braciom w Azji ich miejsce. I uważali, że w ostateczności mogą to zrobić i robili siłą. Tak jak to mąż niby ma bić swą żonę, ona jego oraz wespół swe dzieci z miłości. Hierarchia ma być podstawą harmonii. Kiedy Japończycy wyrażają swe zażenowanie to odp. naszego ni wydra ni żyrafa, jest ni młodszy ni starszy brat. W dawnej Japonii jednego z bliźniaków oddawano do adopcji, albo nawet uśmiercano, bo zaburzał rodzinna hierarchię. Wschodnie powiedzenie głosi, na jednej górze (planecie) nie mogą panować dwa tygrysy. Każdy kto zdobył władzę siłą jak nie przymierzając komuniści, by dominować będzie musiał narzucać porządek swego panowania, dążyć do utrwalenia swej potęgi i żądać lojalności nawet gdy nie będzie potrafił zapewnić opieki i korzyści podporządkowanym (socjalizm), to znaczy za wszelką cenę . Bo to jest właśnie feudalizm. Zdobycie przewagi i jej sobie przypisanie, utrwalenie. Konfucjanizm stworzył utopię zabijającą innowacyjność, rozwój i doprowadził za cenę poczucia stabilizacji do zacofania Chin. To może być chiński porządek. Ameryka zdobyła dominację w świecie bo była to wypadkowa jej innowacyjności, przedsiębiorczości, potęgi demograficznej, ale i wartości i nikomu tego narzucać nie musiała, a jeśli narzuciła np. Japonii, to raczej tamci sami się o to prosili, są tego świadomi i jest im dobrze, to samo Niemcy, nam Polakom demokracji nikt nie wbijał młotkiem, mamy ją we krwi. Nikt nie mówi, że Ameryka będzie nie tyle dominować co będzie największa na zawsze. Dominować, to znaczy sprawować porządek, pilnować słabszych braci w wierze przed silniejszymi od nich kontestatorami takimi jak Rosja, roszczących sobie pretensje do specjalnych przywilejów. Rosja i Chiny chcą by Ameryka podzieliła się czymś na co sobie zapracowała, a czego one uważają, że należy im się z urodzenia. Ameryka powstała ze sprzeciwu wobec arystokratycznego, feudalnego porządku europejskiego. Chiny mogą stworzyć nową światową arystokrację w której widzą siebie na czele, w teorii na zawsze. Istna piramida. Reszta będzie w końcu płacić za to by Chiny były na szczycie, nie zważając na to czy i jak wywiązują się ze swego przywództwa. Demokracja oznacza rządy prawa, równość wobec niego, prawo do rozwoju, cywilizowane rozliczanie z błędów oraz przejmowanie władzy. Nikt mi nie powie, że jest ktoś kto posiadł odwieczny wgląd w prawdę i dla tego powinien rządzić zawsze, i nie musi się już starać i mnie przekonywać czy zabiegać o mój głos. Wolę oglądać nawet najgłupszych polityków krzyczących na siebie w parlamencie, tv, niż ludzi strzelających i uprawiających "politykę" na ulicy. A jest to możliwe nawet w populistycznej zaszczutej wersji demokracji (Jamajka) . Chiny jeśli nie odwołają się do konfucjanizmu, niebiańskiego porządku, mandatu nieba to nie widzę możliwości by tym krajem wciąż rządziła komunistyczna oligarchia, tym bardziej kiedy rozwój ekon. zatrzyma się, wtedy mogą nie chcąc oddawać władzy postawić na otwarty nacjonalizm jak w Japonii, i jak to już bywało i jest to do wyobrażenia. Oby nie, po co.
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Putin w Szanghaju: strategiczne partnerstwo na chińskich warunkach

Oficjalna wizyta prezydenta Rosji Władimira Putina w Chinach w dniach 20–21 maja przyniosła mieszane rezultaty z punktu widzenia celów, jakie stawiała sobie Moskwa.
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".