Laos - w objęciach Buddy i opium
    Laos7 · Indochiny38 · reportaże z podróży201
2011-09-04
Laos… do niedawna zagubiony w dżungli, niedostępny, buddyjski kraj. Niegdyś omijany przez turystów z braku spektakularnych atrakcji teraz powoli zaczyna wychodzić z cienia. Z roku na rok młodzi ludzie, zwykle niezależni podróżnicy z Europy, coraz tłumniej przybywają do tego kraju, by kontemplować jego dostojną niezwykłość.

Laos, Foto: Tomasz Stankiewicz

Północny Laos. Po kilkunastu dniach podróży, najpierw koleją transsyberyjską przez Rosję i Chiny, potem lokalnymi autobusami docieramy wreszcie do Luang Prabang, stolicy regionu. Klimat miasta i wynajęty pokój hotelowy atmosferą przypominają mieszankę „Czasu apokalipsy” Francisa Coppoli z „Jądrem ciemności” Nicolasa Roega. W pokoju z łuszczącą się ze ścian farbą, którego jedynym wyposażeniem jest ogromne łóżko monotonnie szumi wiatrak sterczący z sufitu. Hol o kolonialnym wystroju świeci pustkami, z rzadka przemykają ludzie-duchy umęczeni nieprzeciętną wilgotnością powietrza.

Klimat Luang Prabang to nic-nie-robienie, strugi deszczu na przemian z palącym niemiłosiernie słońcem i ludzie bez twarzy snujący się po sennych ulicach miasta, które przycupnęło gdzieś na skraju dżungli, która i tak z wolna wkracza w głąb aglomeracji odbierając urodę buddyjskim świątyniom ze złota. Laotańska puszcza oddycha swym naturalnym rytmem, słychać śpiewy i pokrzykiwania kilkuset gatunków ptaków oraz ryczenie słoni a może nawet pomruki leopardów. To właśnie tędy biegnie jeden z najważniejszych korytarzy ekologicznych między Laosem i Chinami. Żyją tu też plemiona, które z rzadka stanowią zainteresowanie mediów, ale ich kultura zachowała swój pierwotny charakter, oparłszy się wpływom naszej cywilizacji. To ludy Akha, Lao Huay i Kamu. My wybieramy się do Muang Sing, by poznać Akha.

Motyka i sól

Już następnego dnia wypożyczamy z Muang Sing zdezelowane rowery typu „koza”, które bardziej nadają się do jazdy po mieście niż po bezdrożach i ruszamy w poszukiwaniu wioski Akha. Grzęznąc w błocie po ośki przedzieramy się wąskimi ścieżkami aż do momentu, kiedy staje się to fizycznie niemożliwe. Wtedy oddajemy wehikuły na przechowanie wieśniakom z okolicy i dalej wyruszamy pieszo, w dżunglę. Już po jakiejś godzinie marszu docieramy do pierwszej wioski Akha. Z miejsca otaczają nas dzieci podskakując i krzycząc „Sabadi!!!” (to laotańskie powitanie). Ze strony starszych na razie niewielkie zainteresowanie. Akha to górale Laosu. Jedno z najliczniejszych plemion, które zamieszkują też Chiny, Birmę i Tajlandię. Pochodzą od Tybetańczyków, są też spokrewnieni z Birmańczykami.

Laos fotografuje Tomasz Stankiewicz

Kiedyś rzadko kontaktowali się z ludźmi z miasta, zamieszkując dość niedostępne rejony górskie. Teraz wpływy cywilizacji coraz bardziej mieszają się z ich oryginalną kulturą niszcząc z wolna stare ludowe tradycje. Żyją z rolnictwa. Z upraw ryżu, pod które wypalają niewielkie fragmenty dżungli. Kultywują też mak, z którego produkują opium. Ich filozofia życia jest nieskomplikowana. Kochają spokój i uważają, że od świata potrzebują jedynie motyki i soli, bo całą resztę, niezbędną do życia, są w stanie sami sobie stworzyć.

Ludzie jak rajskie ptaki

Nie od razu udaje nam się dostać do świata dorosłych. Długo kręcimy się po błotnistej wiosce obserwując chodzące samopas świnie, którym u nas tak brakuje wolności. Gdy tak rozmawiamy z dzieciakami, młoda kobieta wreszcie ośmiela się i nawiązuje kontakt oferując nam zakup tradycyjnego stroju. Kolorowe, jaskrawe szaty oraz bogato zdobione, silnie kontrastowe nakrycia głowy to cecha rozpoznawcza ludu Akha. Już niemowlętom wkłada się od święta na głowy te fikuśne czapy. Są one nie tylko bardzo kolorowe, ale też przyozdobione nietypowymi dodatkami, takimi jak srebrne monety. Kobiety tkają je ręcznie, tak samo jak resztę ubrań. Są w tym tak biegłe, że robią to nawet na stojąco, gdy wędrują przez dżunglę. Z handlarką porozumiewamy się na migi. Aby pokazać nam ile kosztuje to dziwaczne ubranie klaszcze w dłonie. Jedno klaśnięcie oznacza dziesięć tysięcy Lao kipów (waluta laotańska). Ten oryginalny sposób handlu wzbudza dużo śmiechu i ostatecznie przełamuje lody między nami. Poznajemy plemię niezwykłe. Tutaj tydzień ma aż 12 dni, które w dodatku dzielą się na szczęśliwe i nieszczęśliwe.

Geograficzne wyszukiwanie tekstów Wybierz kontynent i kraj, czytaj nasze teksty

To animistyczny lud, który wierzy w silne związki z nieżyjącymi przodkami, potęgę wody, co jednak wcale nie oznacza, że są skorzy do częstego mycia się. Od pomysłu do jego realizacji daleka tu droga. Zgodnie z filozofią Akha, aby podjąć jakiekolwiek działanie, trzeba najpierw dobrze rozważyć czy ma to sens z punktu widzenia przodków, własnych potrzeb, bardzo ważne jest też czy dzień jest do tego odpowiedni. Są wciąż niepiśmienni i tradycje przekazują ustnie. Oferowany strój kosztuje pięć klaśnięć (5 Euro). Po korzystnej dla obu stron transakcji wreszcie (o to nam chodziło!) zostajemy zaproszeni do domu.

W objęciach opium

Wieczór, drewniana prosta chata. Tradycyjny dom Akha na palach. Rodzina, która zaprosiła nas do swojego domu, mieszka w jednej izbie. Dzieci, psy i dorośli żyją wspólnie. Są jak naczynia połączone. Większe dzieci pilnują tych mniejszych, dopiero co raczkujących, mężczyźni odpoczywają, kobiety krzątają się po domu przygotowując jedzenie a psy biegają wokół. Urywane rozmowy, uśmiechy, wiele życzliwych gestów. Staramy się jakoś ze sobą porozumieć. Ale dopiero opium sprawi, że poczujemy się tam swobodnie, naturalnie, na właściwym miejscu. Mężczyźni zawzięcie miażdżą na miał jakieś podejrzane białe tabletki i mieszają z brązową tłustą mazią opium. Poczęstunku, jakże hojnego, nie wypada odmówić. Fajka krąży z ust do ust w skupieniu. A potem nie dzieje się już nic.

Laos fotografuje Tomasz Stankiewicz Laos fotografuje Tomasz Stankiewicz

Wyciszeni zapadamy się w sobie. Spętani słodką opiumową niemocą snujemy dziwaczne wizje, pooddajemy się majakom. Cały świat kurczy się do rozmiarów drewnianej chaty, gdzie tak swobodnie wylegujemy się na posadzce. I gdy już wydaje nam się, iż tkwimy w tym stanie od wieków i tak pozostaniemy coś się powoli zaczyna zmieniać. Kątem oka dostrzegam nieśmiałe podrygiwania kilku osób. Potem dochodzi ciche podśpiewywanie i kołysanie biodrami do rytmu, stopniowo dołączają inni, tak jakby od niechcenia. Wreszcie pojawiają się instrumenty i śpiewak, mężczyzna w średnim wieku, który rzewnym głosem opowiada jakąś historię, gdy tymczasem reszta słabo podryguje. W tym tańcu nie ma energii, jest jakiś taki niedbały, jakby przypadkowy, ale zadziwiająco ciepły, tak jakby tańczący okryli się wspólnie milutkim kocem. Jest już chyba północ, gdy przenosimy się na podwórko, i tam przy rozpalonym ognisku, ludzie kontynuują ten senny taniec przy akompaniamencie drewnianych tub i gongów. Kobiety klaszczą wolno, podnosząc na przemian, raz jedną, raz drugą nogę. Wygląda to trochę jak nieudolne podrygiwanie przedszkolaków, ale w tej wiosce zagubionej w dżungli, taniec i muzyka pasują do siebie idealnie.

Ciemna jasna strona

Cały dystrykt Muang Sing (leżący w rejonie tzw. Złotego Trójkąta) produkuje od 4 do 5 ton opium rocznie. Stanowi to około 3% ogólnej ilości tego narkotyku produkowanego w Laosie. Mniej więcej trzy czwarte z tych 5 ton jest spożywane przez same, zamieszkujące ten region, plemiona (w tym Akha). Opium to remedium na wszystko. Jest lekarstwem, jedzeniem, zapłatą za pracę, poczęstunkiem dla przybyszy, bez niego nie odbędzie się tu żadna ceremonia. Szacuje się, że około tysiąc osób w regionie jest uzależnionych. To głównie mężczyźni i w takich przypadkach cała ciężka praca spada na kobietę.

Czytajz podróży po Indochinach

Być może to właśnie za sprawą opium ci górale tropików żyją jakby w zwolnionym tempie? Na próżno jednak szukać tu ludzi umierających na ulicy, żebrzących, odartych z resztek ludzkiej godności. Opium to integralna część kultury i filozofii życia tych ludzi, kultury, która jest znacznie starsza od wybuchu plagi narkomanii. Opium nie jest postrzegane jako coś złego, to jedna ze składowych życia plemienia tak samo ważna jak woda, jedzenie czy tradycja. I być może kiedyś doprowadzi nawet do ich degeneracji, ale póki co są to najbardziej uśmiechnięci i pogodni ludzie na świecie jakich spotkałam. Może tak wygląda kraina szczęśliwa? Gdzie negatywne emocje, szczególnie złość, są tabu a uśmiech prawie nie znika z twarzy?



Foto: Tomasz StankiewiczFoto: Tomasz StankiewiczFoto: Tomasz StankiewiczFoto: Tomasz StankiewiczFoto: Tomasz StankiewiczFoto: Tomasz StankiewiczFoto: Tomasz StankiewiczFoto: Tomasz StankiewiczFoto: Tomasz StankiewiczFoto: Tomasz StankiewiczFoto: Tomasz StankiewiczFoto: Tomasz StankiewiczFoto: Tomasz StankiewiczFoto: Tomasz StankiewiczFoto: Tomasz StankiewiczFoto: Tomasz StankiewiczFoto: Tomasz StankiewiczFoto: Tomasz Stankiewicz
Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Tajlandia - podróż po krainie uśmiechu

Przybyliśmy po piętnastu godzinach podróży na wyspę Koh Ko Khao ( lot + transfer ). Myślę, że nietrudno dociec na podstawie nazwy geograficznej, iż jest to Tajlandia, którą chcieliśmy...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".