Lapu Lapu in memoriam, czyli o śmierci Magellana
    Filipiny11 · historyczne ciekawostki40 · Ferdynand Magellan1
2010-04-27
Równo 489 lat temu, 27 kwietnia 1521 r. zginął Ferdynand Magellan. Pragnął opłynąć ziemię. Prawie mu się udało. Na drodze tego marzenia na piaszczystej plaży małej wyspy Mactan na Pacyfiku, stanął mu Lapu Lapu.

Foto: Michał Lubina

Lapu Lapu to nie żaden odgłos i nie dźwiękonaśladowcza nazwa. Nie jest to też opis mlasku, jaki wydaje małpka tarsier pożerając świerszcza. Lapu Lapu to ważna persona. Bohater narodowy Filipin. Choć nieświadomy.

Patrząc na to z perspektywy europejskiej, musiało to być bardzo przygnębiające dla Magellana: móc opłynąć cały świat, a zginąć z ręki Lapu-Lapu. Tymczasem śmierć ta dobrze ukazuje realia wielkich odkryć geograficznych. Z jednej strony: śmiałość, romantykę, legendę – to, co po dziś pobudza wyobraźnię. Motywacje dla której świat „odkrywano”, a która streszczała się w portugalskiej maksymie: „dla Boga, chwały i złota”. Przede wszystkim złota.

A z drugiej? Ano z tym, z czym kojarzy się słowo „konkwistador”. Z brutalnym zaprowadzaniem własnych porządków, niszczeniem i deptaniem miejscowych kultur. Gwałceniem wszelkiej godności mieszkańców podbijanych ziem. To trzeba było mieć butę białego człowieka, by opływać świat, przybywać do innych i żądać od nich posłuszeństwa i zależności. Oraz bezwzględnie karać w przypadku sprzeciwu.

Magellan wylądował na wyspach, które jego następcy nazwą na cześć króla Hiszpanii, Filipinami, 17 marca 1521 r. Najpierw osiadł na tym, co dziś zwie się Samarem. Potem, korzystając z pomocy lokalnych wodzów, dotarł do Cebu (dziś – drugie miasto Republiki Filipińskiej). Tam zaprzyjaźnił się z miejscowym wodzem Radżą Humabonem, którego razem z żoną ochrzcił i nadał im imiona Carlosa i Juany (na część monarchów hiszpańskich). Podarował im figurkę Santo Nino, Dzieciątka Jezus, która po dziś dzień jest najświętszym symbolem filipińskiego katolicyzmu. Sojusz był korzystny dla obu stron. Magellan „dla większej chwały Boga” (kolejny sympatyczny slogan z pierwszych czasów kolonialnych) znalazł i nawrócił miejscowych władców. Humabon, dzięki przybyszom, był w stanie zjednoczyć wokół siebie inne plemiona. Każde z nich miało mu (i Hiszpanom) płacić trybut. Wszystko byłoby pięknie. Ale jeden wódz się postawił. Zwał się Lapu Lapu.

Magellan postanowił pokazowo ukarać tę bezczelność. Razem ze swoją flotą wyruszył 26 kwietnia na małą wyspę Mactan, nieopodal Cebu. To, co zaszło następnego dnia znamy z relacji jednego człowieka, Wenecjanina Antonio Pigafetty. Fascynująca to persona! Nie był marynarzem, ani żołnierzem. Zaciągnął się na ten rejs na ochotnika, a mówiąc wprost – zapłacił za to. Był więc kimś w rodzaju XVI wiecznego turysty (albo raczej praprzodkiem dzisiejszych backpackersów – plecakowców), szukającego wrażeń poszukiwacza przygód, jakich wiek ten wydał wielu. Wyróżniał się cechą, która go unieśmiertelniła. Znakomicie pisał.

Gdy nadszedł poranek, 49 z nas wskoczyło do wody głębokiej po uda, i przebrnęło przez nią dalej niż na (odległość) dwóch strzałów, nim dotarliśmy na wybrzeże. Łodzie nie mogły podpłynąć bliżej z powodu skał w wodzie (były to konkretnie rafy koralowe – przyp. M.L.) 11 z naszych zostało więc by strzec łodzi. Gdy dotarliśmy do lądu, ci ludzie (wojownicy Lapu-Lapu – przyp. M.L.) utworzyli 3 oddziały, w liczbie ponad 1500 osób. Ujrzawszy nas, zaatakowali z przerażającym wrzaskiem: z obu skrzydeł i frontalnie.

Magellan nie stracił głowy. Przegrupował swych marynarzy. Hiszpanie zaczęli strzelać. Muszkiety nie miały jednak takiego zasięgu, a gdy nawet trafiały w wojów Lapu-Lapu, to odbijały się od ich bambusowych tarcz. Magellan nakazał wstrzymać ogień, lecz nikt go nie posłuchał. Hiszpanie marnowali naboje, a miejscowi przystąpili do kontrataku: wyrzucali na najeźdźców las strzał i dzid, wiele z nich – zatrute. Celowali w nogi.

Magellan zrozumiał, że sytuacja jest poważna. Jego ludzie byli w odwrocie, było ich 49 na 1500 przeciwników, a zbytnio oddalone statki nie mogły wesprzeć go armatami. W tym momencie podjął ryzykowną decyzję. Wysłał część żołnierzy, by spalili domy wioski Lapu-Lapu i tym samym zastraszyli wrogów. To był błąd, który kosztował go życie.

Gdy ujrzeli, że ich domy płoną, wpadli w furię. Tylu z nich teraz nas zaatakowało. Trafili kapitana (Magellana – przyp. M.L.) zatrutą strzałą w prawą nogę. Nakazał on powolny odwrót, lecz ludzie chcieli walczyć dalej, tylko sześciu bądź ośmiu zostało z nim. Indianie strzelali tylko w nasze nogi, gdyż były nieosłonięte. Spadła na nas masa strzał i kamieni, tak, że nie mogliśmy się bronić.

Wycofywaliśmy się więc na odległość strzału od wybrzeża, bijąc się, brodząc po kolana w wodzie. Indianie nadal nas wypychali, ponosząc te same dzidy i rzucając nimi kilkukrotnie. Rozpoznawszy kapitana, wciąż w niego ciskali. Tylu go otoczyło, zrzucili jego hełm dwukrotnie, lecz on stał mężnie, jak przystoi rycerzowi, razem z kilkoma innymi. Walczył przez ponad godzinę, nie chcąc się dalej wycofać. Jeden z Indian rzucił bambusową dzidą w kapitana, lecz ten natychmiast zabił go szablą, która utknęła w jego ciele. Chciał ją wyciągnąć, lecz zdołał tylko do połowy - został trafiony w ramię inną dzidą. Gdy Indianie to ujrzeli, rzucili się na niego. Jeden z nich ciął go szablą w nogę. Kapitan upadł, a oni popędzili doń i bezwzględnie, dźgając dzidami i szalami, zabili Nasze Zwierciadło, Nasze Światło, Nasze Pocieszenie, Naszego Prawdziwego Przewodnika. Gdy już został zraniony, odwracał się wielokrotnie, by spojrzeć, czy wszyscy jesteśmy na łodziach. Ujrzawszy jego śmierć, zdziesiątkowani, rozbici, dotarliśmy do łodzi, które wnet odpłynęły.



Foto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał Lubina
Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
Raporty
zobacz również
Ostatnia ofiara wojny Jom Kippur

W czerwcu 2007 r. arabskie media obiegła wiadomość o śmiertelnym wypadku pewnego egipskiego biznesmena. Aszraf Marwan, bo o nim mowa, w niewyjaśnionych okolicznościach wypadł z tarasu swojego...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".