Łatwiej rozmawiać z katem
    reportaż60 · literatura rosyjska3
2010-12-13
Każdy dzień festiwalu reportażu „Warszawa bez fikcji” kończył się debatą w warszawskiej galerii Zachęta. Także w piątek 26 listopada 2010 roku widzowie zgromadzili się w tzw. sali betonowej, żeby wysłuchać debaty, która okazała się w żadnym razie nie być debatą. Gdyby nie zaproszone jako goście autorki poruszających książek o ludzkim cierpieniu: Swietłana Aleksijewicz autorka książki „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”, oszczędnego w metafory obrazu kobiecego doświadczania wojny, Daša Drndic, autorka opartych na faktach powieści historyczno-dokumentalnych, oraz polska dziennikarka i autorka książki o Jedwabnem, Anna Bikont.

Prowadząca dyskusję Joanna Szczęsna starała się zadawać obszerne pytania. Na szczęście odpowiedzią było doświadczenie zapytanych. I chociaż „dyskusji” zdecydowanie brakowało tezy i dynamizmu. Trudno stwierdzić, co było tematem debaty i jaki był jej wniosek, ale sam sposób, w jaki bohaterki spotkania opowiadały o swojej pracy okazał się niezwykle interesujący.

Ukraińsko-białoruska dziennikarka Swietłana Aleksijewicz, chorwacka pisarka Daša Drndic i polska dziennikarska Anna Bikont to postacie zupełnie różnego pokroju i temperamentu. Widać to nie tylko w ich książkach, ale i w sposobie bycia czy ubiorze. Dystyngowana czerń i delikatny głos autorki dogłębnego reportażu z tragedii w Jedwabnem pozostawał w kontraście z niemal białowłosą autorką książki o nacjonalistycznych próbach stworzenia „czystej rasy” w różnych zakątkach świata. Chorwatka miała melodyjny, jakby lekko rozbawiony głos, a ozdabiające jej dłoń bransolety wydawały ciche brzęki, które docierały aż do mikrofonów. Na drugim krańcu stołu odziana funkcjonalnie, niemal po żołniersku autorka kobiecej opowieści o przemocy. Ukrainka wychowana w Białorusi, która w 2000 roku uciekła przed rosyjską cenzurą na zachód, opiewająca rosyjską potrzebę zmierzania wprost do sedna, obdarzona rytmicznym i stanowczym głosem.

„Jutro to dziś, które zaczęło się wczoraj” (Daša Drndic)

Te trzy autorki, chociaż zewnętrznie bardzo różne, mają jeden wspólny punkt – uważają, że przeszłość jest niezbędna dla zrozumienia teraźniejszości. Każda z nich docierała do tego przeświadczenia przez własną traumę. Anna Bikont, autorka książki „My z Jedwabnego”, mordami Żydów z rąk Polaków zajęła się z przekory. Kiedy Adam Michnik, który na początku nawet nie wierzył w te historie zabronił się jej zajmować tematem. Kiedy w końcu wysłał na miejsce innego dziennikarza, bez pochodzenia żydowskiego, naprawdę się zirytowała. „Wzięłam urlop i sama tam pojechałam” – przyznaje. I została na bardzo długo.

Ja mieszkałam w kraju, gdzie każdy jest wojskowym, nawet w czasach pokoju, mówiła Swietłana Aleksijewicz
Jak się żyje z takimi opowieściami? „Kiepsko” – przyznaje Bikont. Bardzo długo nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo Jedwabne wpływa na całe jej życie. „Gdy córki opowiedziały mi, że jak mówiłam dlaczego powinny zjeść kaszkę manną, podawałam przykład z Jedwabnego, zrozumiałam, że przesadziłam” – przyznaje. „Nie wiadomo co z tym zrobić” – dodaje. Nie można zapomnieć, nie można zaakceptować. Jedyną korzyścią było obudzenie zjawiska anty-antysemitów, głównie młodych ludzi, którzy oburzeni antysemityzmem w Polsce przychodzili na spotkania autorskie pytając, co mogą zrobić, aby tę rzeczywistość zmienić.

Swietłana Aleksijewicz nie pierwszy raz zajęła się trudnym tematem. Pisała już wcześniej o wojnie w Afganistanie, o skutkach wybuchu w Czarnobylu. Wojna jest dla niej tematem dnia powszedniego. „Ja mieszkałam w kraju, gdzie każdy jest wojskowym, nawet w czasach pokoju” – podkreśla. Reportaż jest dla niej procesem poznawania teraźniejszości poprzez odkrywanie prawdy o przeszłości. Jej książka „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”, w Polsce wydana została w bardzo nietypowy sposób: zaznaczono wszystkie fragmenty, które z rosyjskiego wydania wycięła cenzura, dodając także do całości komentarze cenzorów. Nie jest więc to książka o wojnie in spe, ale książka o zupełnie innym postrzeganiu świata. Wojna oczami kobiet. Jest to reportaż przez pryzmat uczuć, ponieważ wojna widziana oczami mężczyzn jest zupełnie inna: bohaterska, opiewająca pola bitwy, broń, zwycięstwa i przegrane. Wojna oczami kobiet ma zapachy, kolory. Ich opowieści zadają pytania, opisują okrucieństwo. Jedna z kobiet opowiadała o bombardowaniu pociągu. Dziesiątki ofiar, krzyczących i cierpiących. I jeden wagon rannych koni, których jęki były tak przeraźliwe i inne od tego, z czym żołnierki mierzyły się na co dzień, że to właśnie do koni rzuciły się w pierwszej kolejności na ratunek. Zdaniem Aleksijewicz mężczyźni często usprawiedliwiają potrzebę wojny. Kobiety pokazały jej prawdziwe okrucieństwo, a jednocześnie ciągłe próby nawiązania podczas wojny dialogu. Jej książki są więc głosem tysiąca świadków, szczegółowym zapisem procesu powstawania książki, ponieważ tak naprawdę sama podróż przez opowieści kobiet stała się opowieścią samą w sobie.

Także zdaniem Dašy Drndic przeszłość wprowadza nas w teraźniejszość. Jako Chorwatka, która znalazła się w grupie emigrantów z kraju po uzyskaniu niepodległości, wiele mogłaby powiedzieć o manipulowaniu przeszłością. Drndic znalazła się w grupie inteligencji między 40 a 50 rokiem życia, która uciekła z Zagrzebia przed skrajnym nacjonalizmem, fanatyzmem i próbami stworzenia idealnego Chorwata. Wylądowała w obcym kraju, pracując poniżej kwalifikacji, w obcym otoczeniu. Jak większość jej towarzyszy, czuła się upokorzona i bezradna. Żeby odczarować teraźniejszość, a być może obudzić rodaków z fanatycznego snu, zaczęła pisać książki o totalitaryzmach. Starała się zawrzeć w książkach to, o czym historycy nie piszą: emocjonalne konsekwencje przeszłości. Jej książka „Źródło życia” opowiada o próbie stworzenia Czystej Rasy w kilku faszystowskich (acz nie tylko) krajach na świecie. Jak się to ma do nacjonalizmu?

Niepokojąco blisko. Zdaniem Drndic pisarstwo powinno zapomnieć o emocjach. „Reporter pisze o żywym cierpieniu, fikcja je odtwarza” – mówi. Bezpośredni kontakt z cierpieniem jest z pewnością trudniejszy, ale obu autorom chodzi o uchwycenie i przekazanie tego „czegoś”. Staramy się opisać jakąś wersję prawdy, powinniśmy więc unikać eksponowania własnych emocji, skupiając się na opowieści. „Nie znoszę gdy pisarze mówią, że zaczynają żyć życiem swoich bohaterów” – komentuje Chorwatka. „Niech lepiej szybko wytrzeźwieją”.

„Żadnej stronie nie jest potrzebna prawda” (Anna Bikont)

Polska reporterka z wykształcenia jest psychologiem, stąd wiara, że poprzez opowieść o traumie ludzie mogą pokonać jej skutki. Jedwabne zmieniło ten pogląd. Reportaż może być bezwzględny, kiedy funduje mordercom medialny szum, np. w Radiu Maryja. Ze strony świadków zaś napotyka się opór w obudzeniu tej traumy, strach przed ujawnieniem wspomnień, strach przed bólem. Tak naprawdę nikt nie chce ujawnienia całości obrazu. „Każdy chce mieć swoją mistyfikację, swoją wersję prawdy” – podkreśla. Rabin Jedwabnego, który przed opisywanymi wydarzeniami wyemigrował z kraju, opowiadał wszystkim, że Żydzi szli na śmierć modląc się pod przewodnictwem rabina, który w Jedwabnem został. Nie potrafił zaakceptować faktu, że rabin zginął kilka dni wcześniej i nie było żadnych modłów. Wielu świadków uparcie i bezkrytycznie trzymało się swoich wersji, nawet jeśli były one całkowicie sprzeczne z faktami. Nawet jeśli nie byli świadkami, a jedynie powtarzali cudze opowieści, przysięgali, że widzieli to na własne oczy. Wiara w to co słuszne utwierdzała ich we własnej wersji prawdy. „Czułam się samotna” – przyznaje dziennikarka. Osamotniona w próbie odtworzenia przeszłości taką, jaką była w rzeczywistości.

Dla Dašy Drndic fakty są jedynie środkiem do pokazania historii, a nie historią. Przywilej pisarza, który może manipulować opowieścią, próbując przekazać swoje idee. Jednak w pracy reportera, tak jak w pracy historyka metodą weryfikacji bywają źródła archiwalne
„Są granice szczerości” – przyznaje Swietłana Aleksijewicz. W pracy nad książką często docierała do takiej granicy. „Ty chcesz mnie znów wysłać do tego piekła” – powiedziała jedna z bohaterek, odmawiając opowieści o doświadczonych torturach. Dla reportera jest to moment pewnej porażki, kiedy życie, człowieczeństwo pokonuje prawdę. Kiedy historia musi umrzeć wraz z człowiekiem. Z drugiej strony reporter zapomina często, że ta historia jest prywatną własnością bohatera i to on decyduje komu i kiedy ją przekaże. „O cierpieniu mówi się tak ciężko, jak o miłości. Szczerość w tym temacie jest rodzajem zdrady” – mówi reporterka. Dlatego łatwiej rozmawiać z katem, dla którego zadawanie cierpienia jest albo pracą, albo wydaje mu się słusznym. Kaci jednak giną w tle opowieści swoich ofiar. Nigdy więc nie jest możliwe uzyskanie ostatecznej odpowiedzi. Ale, jak powiedziała polska reporterka, to jak ludzie pamiętają bywa czasem ciekawsze od prawdy. Na przykład był w Jedwabnem taki moment, że Niemcy „sprzedawali”, czyli wynajmowali do pracy ocalałych Żydów okolicznym mieszkańcom. Na żniwa, na budowy, itp. Lokalni gospodarze pamiętali Żydów w swoich obejściach, automatycznie więc przetwarzali to wspomnienie na próby ocalenia żydowskich uciekinierów. W ten sposób nagle okazało się, że niemal każdy mieszkaniec Jedwabnego próbował Żydów ocalić.

Dla Dašy Drndic fakty są jedynie środkiem do pokazania historii, a nie historią. Przywilej pisarza, który może manipulować opowieścią, próbując przekazać swoje idee. Jednak w pracy reportera, tak jak w pracy historyka metodą weryfikacji bywają źródła archiwalne. Dla Anny Bikont odkryciem był fakt, że nie ma dobrych i złych źródeł. Szukając wskazówek w IPN przeczytała nawet sprawozdania z przesłuchań stalinowskich. Ze zdumieniem odkryła, że niektóre informacje w nich zawarte potwierdziły się. Nieco inne doświadczenia ma jednak reporter z kraju totalitarnego, w którym archiwa (dostępne archiwa) rzadko kryją w sobie prawdę. Suche i poprawne politycznie relacje są dla reportera bezużyteczne. Świadek jest jedynym wiarygodnym źródłem. Podobnym rozczarowaniem były archiwa Holokaustu w Kijowie. Zbierane przez wolontariuszy zeznania świadków okazały się bezużyteczne. „Otrzymacie od człowieka tylko to, o co możecie zapytać” – podkreśla Aleksijewicz. Dlatego stara się poszerzać własną świadomość, dojrzewać wewnętrznie studiując książki psychologiczne i filozoficzne. Aby łatwiej móc zagłębić się w opowieść innego człowieka.

„Wszystkie moje książki są jedną książką o czerwonej utopii” – podkreśla Swietłana Aleksijewicz. Tak jak Daša Drndic pisząc o Czystej Rasie chciała obudzić Jugosławię z nacjonalistycznego zacietrzewienia, tak Swietłana Aleksijewicz chciała obudzić swoich rodaków z komunistycznego snu, zaś Anna Bikont wierzyła, że historia Jedwabnego obudzi Polaków z antysemityzmu. Czy im się udało? „Gdybyśmy nie pisali, może byłoby gorzej” – twierdzi Aleksijewicz.

Artykuł jest własnym wnioskiem z debaty z 26 listopada 2010 roku „Rozmowa reportera z przeszłością”, (Zachęta Narodowa Galeria Sztuki), z udziałem Swietłany Aleksijewicz, Dašy Drndic, Anny Bikont; prowadzenie: Joanna Szczęsna.


Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
Raporty
zobacz również
Zaproszenie: 2. Festiwal Wybieram Wschód!

Partnerstwo Wschodnie to idea znacznie wykraczająca poza deklaracje polityków i umowy handlowe – to narzędzie integracji europejskiej, most łączący Wschód z Zachodem. Wiara w ten wymiar...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".