Lekkie Obyczaje - o filmie „Wojna domowa”
    kino brytyjskie2 · recenzje filmowe146 · brytyjski humor1
2009-08-29
Tegoroczne lato już niemal za nami, dla tych więc, którzy chcieliby jego zakończenie uczcić w kinie oglądając film lekki, ale bynajmniej nie głupi, angielski obraz Stephana Elliota wydaje się propozycją wręcz idealną. Kto jeszcze do tego ceni sobie specyficzny brytyjski humor (choć może w tym konkretnym wypadku nieco mniej ten spod znaku Monty Pythona, a raczej błyskotliwych seriali typu „Pan wzywał, Milordzie”) i lubi klimaty retro, ten czym prędzej powinien udać się do najbliższego kina.

„Wojna domowa” (w oryginale tytuł jest jak zazwyczaj nieco bardziej „figlarny”, bowiem „Easy virtue” oznacza ni mniej ni więcej, a lekkie prowadzenie się, będące aluzją do podejrzanej konduity głównej bohaterki) nie jest jednak typową komedią, a już tym bardziej nie komedią romantyczną – to momentami bardzo dowcipna i skrząca się fantastycznymi dialogami obyczajowa historia o starej jak świat rywalizacji pomiędzy teściową a synową. Oczywiście nie tylko, ale taki jest główny rys fabularny – akcja osadzona jest w latach 20. na angielskiej prowincji, a bohaterami jest arystokratyczna rodzina Whittakerów, której funkcjonowanie jak się okazuje, opiera się już głównie na tytule i grze pozorów, ponieważ od lat tonie ona w długach. Prym wiedzie tu bez wątpienia lady Whittaker, nieco zgorzkniała, ale i gotowa na ogromne poświęcenia dla utrzymania rodziny i posiadłości, która pewnego pięknego dnia dowiaduje się, że jej ukochany syn lekkoduch, podróżujący sobie beztrosko po Europie, wraca wreszcie do domu. Niewątpliwą radość z tego faktu przysłania jednak idąca w ślad za pierwszą, kolejna informacja o ślubie marnotrawnego dziedzica, którego wybranką okazuje się na wskroś nowoczesna… Amerykanka!




Larita nie dość, że jest obłędnie piękna, chodzi w spodniach, mówi, co myśli i nie za bardzo przejmuje się konwenansami, to jeszcze ściga się zawodowo samochodami z mężczyznami i miała już kiedyś męża (z czym wiązał się pewien skandal obyczajowy) – nic więc dziwnego, że po jej przyjeździe, po pierwszych ceremonialnych uprzejmościach, między paniami rozpoczyna się coś w rodzaju cichej wojny – pod pozorami sympatii i sztucznych uśmiechów, każda z nich próbuje za wszelką cenę zająć jak najlepszą pozycję i pogrążyć rywalkę. Nieoczekiwanym sprzymierzeńcem Larity w tej rozgrywce okaże się jednak nie jej młody małżonek, ale teść, który zagrany koncertowo przez Colina Firtha, jest jedną z najlepszych postaci w filmie i zdecydowanym „czarnym koniem”. Pan Whittaker, weteran wojenny i życiowy nieudacznik (przynajmniej według kategorii swojej żony) żyje z brzemieniem poczucia winy i zdecydowanie bardziej przywiązany jest do wspomnień wojennych i czasów nieco późniejszych aniżeli do teraźniejszości, w związku z czym ciężka sytuacja finansowa własnej rodziny właściwie mało go obchodzi, lub co bardziej prawdopodobne, być może nie jest jej nawet świadom.

Ze swoim cudownym brytyjskim akcentem i uroczo angielską flegmą staje się ironicznym komentatorem wydarzeń, choć niestety znaczna część dowcipów i zabawnych powiedzonek przepada w tłumaczeniu. Dla tego starzejącego się mężczyzny, świadomie odsuwającego się od życia, przyjazd Larity staje się powiewem świeżego powietrza – ona jako jedyna zauważa w nim kogoś więcej niż zmarnowanego człowieka, a jedna z końcowych scen, w których oboje brawurowo tańczą argentyńskie tango (wzbudzając tym oczywiście niezdrową sensację) jest prawdziwym majstersztykiem.

O ile świetna gra Colina Firtha i Kristin Scott Thomas to coś, czego w zasadzie można się było po tej parze spodziewać, to trzeba przyznać, że obsadzenie Jessici Biel w roli niesfornej Larity okazało się strzałem w dziesiątkę. Nie ustępuje ona bowiem swoim bardziej doświadczonym kolegom z planu ani na krok, udowadniając tą rolą, że ma do zaoferowania coś więcej poza ładną buzią i wysportowanym ciałem. Jej Larita jest silną osobowością, obdarzoną ciętym językiem i autentycznie zabawną (jak w fantastycznej tragikomicznej scenie z pechowym pieskiem), niekiedy także wzruszającą, ale nigdy nie łzawo sentymentalną – Biel udało się stworzyć pełnokrwistą postać, której kibicujemy od pierwszych scen. Partnerujący jej Ben Barnes w roli młodego Johna jest najsłabszym ogniwem z tej czwórki, choć być może to raczej wina najsłabiej zarysowanej postaci, a nie gry aktorskiej.

Zderzenie różnych osobowości, ale i kultur i postaw życiowych, a także galeria barwnych postaci pierwszo- i drugoplanowych są najmocniejszym walorem tego filmu, a naprawdę błyskotliwe teksty i niewymuszony humor sprawiają, że choć „Wojna domowa” nie jest żadnym arcydziełem (nie sądzę zresztą, aby jej twórcy mieli takie ambicje), to moim zdaniem jest to inteligentna rozrywka na bardzo przyzwoitym poziomie i przy okazji wizualna uczta dla oczu (stroje i wnętrza!) i uszu (część standardów wykonywana jest przez Jessicę Biel i Bena Barnesa, których wersja „When The Going Gets Tough, The Tough Get Going” zostaje w głowie jeszcze na długo po skończonym seansie).

Reżyseria: Stephen Elliot
Scenariusz: Stephen Elliot, Sheridan Jobbins (na podstawie sztuki Noela Cowarda)
Obsada: Kristin Scott Thomas, Colin Firth, Jessica Biel, Ben Barnes, Kris Marshall, i inni.


Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
Raporty
zobacz również
Kręcimy powstanie

O tym, że film dokumentujący „Powstanie warszawskie” wart jest uwagi, nie trzeba nikogo przekonywać. Jednak czy okraszanie go kolorem i dialogami jest konieczne? To już nie jest takie pewne.
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".