Marcin Rzepka - to kobiety będą osłabiać irański reżim
    Iran92 · Islam39 · Ahmadineżad23 · Bliski Wschód185
2011-09-02
Wywiad z doktorem Marcinem Rzepką – iranistą z Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie – o sytuacji we współczesnym Iranie

Marcin Rzepka

Michał Lipa: Irański system polityczny jest dość skomplikowany. Czy mógłby Pan nieco rozjaśnić jego funkcjonowanie? Kto tak naprawdę rządzi w Islamskiej Republice?

Marcin Rzepka: Program polityczny ajatollaha Chomejniego, nad którym pracował już w latach 60-tych ubiegłego wieku i który ostatecznie stał się podstawą funkcjonowania Islamskiej Republiki Iranu po obaleniu szacha Muhammada Rezy Pahlawiego oddawał władzę w państwie uczonemu, sprawiedliwemu prawnikowi muzułmańskiemu, którego określał terminem – wali-je faqih. System ten – welajat-e faqih, czyli rządy sprawiedliwego jurysty muzułmańskiego, daje mu niemalże nieograniczoną władzę. Przypomina to może nieco władzę perskich monarchów, zwłaszcza z okresu safawidzkiego, gdy szyizm zadomowił się w Iranie i stał się obowiązującą doktryną społeczno-polityczno-kulturową. Owo połączenie władzy świeckiej z religijną widoczne jest już w czasie panowania pierwszego władcy z tej dynastii – Ismaila I (1501-1524).

Iran ma siedemdziesiąt milionów mieszkańców, z czego przeważająca część to ludzie młodzi. To oni będą decydować o przyszłości kraju. Młodzi jednak hołdują różnym ideałom. Z jednej strony są ci, którzy z zielonymi opaskami i wstążkami popierają Musawiego i domagają się reform, z drugiej zaś to młodzi z opaskami na czołach z napisem Husajn. Ci poszukują samospełnienia w męczeństwie
Różnica polega na tym, iż tak jak Ismail uznawał sam siebie za inkarnację ukrytego dwunastego imama w szyizmie imamickim, tak Chomejni w osobie wali-je faqih widział jednostkę pozostającą stale w kontakcie z Panem Czasu, jak określa ukrytego imama Mehdiego. Ów sprawiedliwy przywódca rozpoznaje z jego pomocą ezoteryczne głębie religii i meandry światowej polityki. To o tyle istotne, iż w koncepcji szyickiej świat bez obecności w nim Imama, boskiej cząstki, charyzmatu po prostu rozpadłby się. Tak więc władza w Iranie należy do wali-je faqih, czy inaczej rahbara – przywódcy rewolucji (dożywotnio), a jest to władza duchowa i świecka. To on jest zwierzchnikiem sił zbrojnych, on zatwierdza prezydenta, parlament, podejmuje inicjatywy ustawodawcze. Owszem, i on podlega niejakiej kontroli. W teorii. Wybierany jest bowiem przez Radę Ekspertów, składającą się 86 członków, prawników (ośmioletnia kadencja), jedną z trzech instytucji wybieranych w wyborach powszechnych. Obok niej są to parlament i prezydent. Zadaniem rady jest między innymi wybór kolejnego wali-je faqih. W istocie jednak kandydaci do rady są uprzednio zatwierdzani przez 12-osobową Radę Strażników (rewolucji), z których sześciu ma nominację rahbara.

To dość dobrze ukazuje nieprzejrzystość tego systemu z dublującymi się instytucjami, które nawzajem się kontrolują, pozostawiając jednak władzę w rękach przywódcy rewolucji. Obecnie ajatollaha Alego Chameneia. A prezydent? Mahmud Ahmadineżad – rais-e dżomhur – zgodnie z konstytucją jest największym autorytetem po rahabarze w państwie. Jego rola jednak ogranicza się do wykonywania, realizacji planów. To on jest twarzą Iranu. W rzeczywistości jednak niewiele może.

Można założyć, iż instytucje w samym systemie będą prowadzić do rozłamów. Wszak w Iranie istnieje opozycja wewnątrz-reżimowa. Czy Ahmadineżad, a może sam najwyższy przywódca mają wrogów w strukturach władzy?

Zacznijmy od tego, iż sama idea welajat-e faqih nie budziła powszechnej akceptacji w środowisku twórców i ideologów Islamskiej Republiki. W przypadku Chomejniego, gdy sam stał na czele państwa, sam był wali-je faqih, rahbarem, jego charyzma i siła wywierały znaczny wpływ, jego władza nie wywoływała takiego sprzeciwu, jak jego następcy ajatollaha Alego Chameneia. Ponadto kwestia wyboru i namaszczenia go przez „ojca rewolucji” prowadząca do zmian w konstytucji również budziła kontrowersje. Niemniej, faktycznie już w chwili wykrystalizowania się koncepcji welajat-e faqih, budziła ona krytykę – jako forma rządów mogąca prowadzić do najgorszej z możliwych dyktatur ze względu na swą boską, więc niewymierną, legitymizację.

Do bodaj największych krytyków systemu należy dziś ajatollah Zandżani. Sprzeciwiał mu się również nieżyjący już ajatollah Montazeri. Tak więc rzeczywiście widoczna jest opozycja wewnątrz systemu, a przewodzą jej krytycznie nastawieni, co nie zawsze znaczy postępowi, ajatollahowie. Nie można też zapominać o konflikcie interesów pomiędzy nimi, czego przykładem jest ajatollah Rafsandżani, były prezydent, posiadacz wręcz przysłowiowej fortuny, zwolennik prywatyzacji i wolnego rynku. Ostatnio daje się zauważyć coraz poważniejszy kryzys na linii Chamenei i Ahmadineżad. Kryzys widoczny zarówno w torpedowaniu decyzji dotyczących obsady ministerstw i podejmowanych przez Ahmadineżada prób uniezależniani się.

A jak opisałby Pan kondycję i aktywność irańskich dysydentów? Jakie środowiska tworzą dziś obóz opozycyjny?

Pozwolę sobie przywołać opinię europejskiego dyplomaty na temat Persji połowy XIX wieku, otóż z niebywałą pewnością powiadał on, iż możliwość wypowiedzi jest w kraju ogromna – każdy Irańczyk może powiedzieć, co mu się nie podoba, byle nie przeszedł do czynów. Po części to krytyka pojawia się w wypowiedziach Szirin Ebadi. Zarzuca ona swoim rodakom nadmierną wiarę w słowa, w mitycznych bohaterów, która pozbawiają ich możliwość skutecznego działania. Jest coś prawdziwego w tych opiniach, co sprawia, iż irańscy dysydenci są bardzo podzieleni. Ciężar krytyki systemu, podobnie jak w okresie dyktatury szacha, spada na intelektualistów. Poza wspomnianymi wcześniej ajatollahami, warto dodać takich świeckich działaczy, jak Akbar Ganji, przebywający poza Iranem, czy krytycy rządów ajatollahów tej miary, co Ramin Jahanbegloo. Czy w końcu Musawi, który wyrósł na lidera opozycyjnego ruchu po wyborach w 2009 roku.

No właśnie, w 2009 roku wybuchły w Iranie zamieszki, które – wydawało się – będą zarzewiem nowej rewolucji. Wszak to Irańczycy słynęli z politycznej aktywności i skłonności do wyrażania sprzeciwu. Rewolucja wybuchła jednak w krajach arabskich. Co się stało z protestem sprzed dwóch lat? Czy prezydentowi udało się zadowolić przeciwników?

Oczywiście nie ma mowy o spełnieniu postulatów protestujących. Cofnijmy się jednak nieco w czasie. W lipcu 1999 roku protesty przeciwko władzy ogarnęły miasteczko studenckie w Teheranie i były to największe protesty od czasu rewolucji. A był to przecież okres prezydentury postępowego i otwartego na dialog Chatamiego. Protesty krwawo stłumiono. Tak jak te z 2009 roku. Kontekst był jednak inny – ponowny wybór Ahmadineżada i fałszowanie wyborów. Można zadać pytanie, czy gdyby na prezydenta został wybrany Musawi nie doszłoby do protestów? Uważam, że doszłoby – może nieco później. W 2011 roku, kiedy trwały protesty na ulicach arabskich miast, Irańczycy zawiązali ruch o nazwie 25 Bahmana (14 lutego), wyznaczając na ten dzień manifestacje. Problem jednak w tym, iż doświadczenia krwawo tłumionych do tej pory demonstracji każą zapytać, jak dużą siłą dysponuje państwo, Chamenei, Ahmadineżad? Jaka jest prawdziwa siła Islamskiej Republiki? Uważam, że tworzy ona zwartą strukturę ideologiczno-propagandową, której funkcjonowanie zapewnia autorytet rahbara i islamu, a także mit irańskich męczenników i wezwanie do obrony przed zgniłym Zachodem, który – przy całym braku intelektualnego wyrafinowania – może się podobać. Z drugiej zaś strony – taka wszechogarniająca ideologia, dyktująca ludziom jak mają się ubierać, modlić się i głosować, musi coraz bardziej korodować i budzić sprzeciw. I budzi.

Jakie jest zatem stosunek irańskiej młodzieży do systemu politycznego, sytuacji gospodarczej, islamu, Zachodu? Czy młodzież stanowi potencjalne źródło wybuchu niezadowolenia? A może to kobiety rozpoczną następną rewolucję?

Iran ma siedemdziesiąt milionów mieszkańców, z czego przeważająca część to ludzie młodzi. Oczywiste więc jest, że to oni będą decydować o przyszłości kraju. Młodzi jednak hołdują różnym ideałom. Z jednej strony są ci, którzy z zielonymi opaskami i wstążkami popierają Musawiego i domagają się reform, z drugiej zaś to młodzi z opaskami na czołach z napisem Husajn. Ci poszukują samospełnienia w męczeństwie, tak jak go definiuje Islamska Republika. Zastanawiając się nad młodzieżą w Iranie, nie wiem, których jest więcej. Tych, którzy uwierzyli w hasła, jakich uczy się ich w szkołach, czy ci, którzy już je odrzucili. Nie w proporcjach jednak rzecz. Coraz więcej młodych ludzi znajduje alternatywę wobec oficjalnej doktryny państwa i są oni coraz lepiej zorganizowani. A kobiety? Zdecydowanie opowiadam się za tym, że to one będą w dużej mierze osłabiać siłę reżimu, który jakoś nie widzi dla nich miejsca w systemie. Owszem funkcjonują takie organizacje, jak Siostry Zejnab, będące czymś w rodzaju policji moralno-obyczajowej, ale stanowią one raczej dodatek to męskich organizacji, takich jak sepah-e basidż. Silne kobiety są przeciwko systemowi, co budzi respekt i chęć do naśladowania. Przykładem są Szirin Ebadi i Mehrangiz Kar.

Jak się ma teherańska klasa średnia? Czy nadal istnieje sojusz ajatollahów z bazarem?

Bazar uczestniczył we wszystkich istotnych wydarzeniach w najnowszej historii Iranu i tradycyjnie – będąc silnie konserwatywny – sprzeciwiał się szachowi, popierał duchownych, a ci dbali o jego interesy. Ten sojusz trwa i po rewolucji – z tym, że coraz częściej wydaje się chwiać, zwłaszcza iż mamy do czynienia ze wzrastającym kryzysem ekonomicznym. Rządowy projekt podwyższenia podatków spowodował zamknięcie bazarów w głównych miastach Iranu (w 2010 roku). Przepaść między interesami państwa a bazaru będzie się zatem pogłębiać.

Na koniec pytanie o politykę zagraniczną. Czy Iran naprawdę chce zepchnąć Izrael do morza? A może to tylko populistyczna propaganda na potrzeby wewnętrzne? Czy poważniejsza w skutkach rywalizacja nie toczy się po cichu z Arabią Saudyjską?

Swego czasu (w jednym z irańskich pism dotyczących polityki zagranicznej Iranu) ukazał się artykuł na temat polityki międzynarodowej Chomejniego w jej wymiarze idealistyczno-realistycznym. Konkluzja była taka, iż w polityce Iranu te dwie wartości zlewają się ze sobą, a Chomejni, no cóż, idealnie, a może idealistycznie miał je łączyć. W ów nurt idealistyczny wpisuje się idea eksportu rewolucji, w realistyczny – poczucie zagrożenie. Dochodzi jeszcze propagandowy – idea ciągłej walki i obrony islamu. I tu pojawia się Izrael. Starcie z Izraelem ma właśnie bardziej wymiar propagandowo-wizerunkowy, a nie realny. W taki wpisuje się konkurs na najlepszą karykaturę Holocaustu ogłoszony w 2006 roku, czy całkiem niedawny apel ministra kultury – Sajjeda Mohammada Hosejniego – skierowany do artystów, by w swej twórczości piętnowali zbrodnie syjonistycznego reżimu. Zostaje jeszcze pragmatyka. A do tej należą kontakty z Arabią Saudyjską, pozbawione owej nachalnej propagandy i świadczące o rywalizacji. Przeważa pragmatyka. Chodzi wszak o pozycję Iranu w regionie i jego rolę w islamie. Choć i to wydaje się bardzo idealistyczne.

Dr Marcin Rzepka – bułgarysta i iranista, zajmuje się problemem mniejszości etnicznych i religijnych w Iranie, a także zagadnieniami współczesnej kultury politycznej w Afganistanie




Komentarzy: 2

Lucjan
4 września 2011 (09:28)
ten wywiad zrozumie z 400 osób w Polsce
może 400. Zbyt ciężki język, słownictwo i temat bardzo wąski...można było inaczej. Tak naprawdę ludzi nie interesują bardzo niszowe tematy, a to co może z Iranu przyjść, jakie zagrożenia idą stamtąd. czy ważne jest kto welajat-e faqih czy rahbar czy inną ideę deklaruje i kto, dla nas? Chyba nie. To drugoplanowe trzy po trzy. Dalsza cześć wywiadu ok, mało trochę o kobietach, faktycznie są motorem i siłą napędową przemian. Nie wyjaśniliście sprawy aż tak dużego odsetka, w zasadzie przewagi ludzi młodych do 30 roku życia w Iranie. Skąd akurat w tym kraju aż taka dysproporcja? To są rzeczy ciekawe. Temat Izraela...cóż mam inne zdanie. Ktoś kto pomaga Hezbollahowi terroryzować inny kraj, nie zasługuje na funta kłaków pozytywne skojarzenia.

DW
16 września 2011 (15:24)
@Lucjan -> Izrael
Wspieranie Hezbollahu nie wyklucza wcale realistycznego podejścia do polityki zagranicznej i propagandowych haseł o "spychaniu do morza". Tak na prawdę Hezbollah jest przedłużeniem Iranu w Libanie, a nie orężem w walce z Izraelem. Iran tak naprawdę rywalizuje z Arabią Saudyjską jak było zauważone w artykule, z Izraelem nie ma na razie w jaki sposób rywalizować i nadal zostaje daleko w tyle.
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Wschodnia Ukraina w ogniu

Wschód Ukrainy to nadal pole walki. W związku z wyborem Petro Poroszenki na stanowisko prezydenta, wiele wskazuje na to, że walka ta nabierze na sile. Separatyści usłyszeli wreszcie, że...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".