Marmaris – raj dla młodych
    Turcja71 · gdzie jechać3 · turystyka57 · relacje z podróży32
2009-09-22
Dla kogo w szczególności przeznaczone jest Marmaris? Przede wszystkim dla ludzi młodych, pełnych energii, lubiących nocne życie i niezliczoną ilość rozrywek. Co nie znaczy, że i ci, którzy cenią sobie spokój, nie znajdą tu zupełnie nic dla siebie. Otóż to – dla każdego coś miłego!

Marmaris to urocza, nieustannie tętniąca życiem miejscowość położona na Riwierze Egejskiej w Turcji. Zlokalizowana jest w niedużej odległości od greckiej wyspy Rodos, dokąd codziennie wypływają z portu katamarany wycieczkowe. Kurort słynie z ogromnej gościnności i mieszanki kulturowej – przybywają tu bowiem turyści z przeróżnych zakątków Europy, jednak najwięcej spotkać można Brytyjczyków oraz Rosjan – i to głównie pod nich zorganizowana jest cała infrastruktura oraz wszelkie atrakcje. Z tymi ostatnimi Polacy myleni są tu najbardziej (głównie przez słowiańskie rysy twarzy oraz podobnie brzmiący język), co nierzadko przyprawia różnych trudności, np. na targu (jeśli już ktoś zostanie „złapany” przez jakiegoś sprzedawcę, to istnieje niewielkie prawdopodobieństwo, by prędko się od niego uwolnić).

Plaża w Marmaris nie należy ani do najczystszych, ani do najbardziej urokliwych. Piasek ma tu kolor brudnego brązu, co wielu turystów (głównie zagranicznych, bo dla Polaków to nie ma raczej specjalnego znaczenia) nie zachęca, aby wyjść poza obszar hotelowego basenu. Z tego też względu np. we wrześniu nietrudno znaleźć odpowiednio dużo miejsca na rozłożenie własnego ręcznika. Alternatywą jest także zamówienie czegoś w barze przy morzu, dzięki czemu można korzystać z należących do niego leżaków i parasoli. Rekompensatą jest jednak niesamowity widok, w którym toń morska zlewa się z krajobrazem gór skalistych. Ponadto dno jest tu tak czyste, iż nie ma również potrzeby zaopatrywać się w specjalne obuwie chroniące przed jeżowcami (uwaga – stan na wrzesień ’08, mogło się od tego czasu nieco zmienić).

Istnieje również druga strona medalu – bardzo ciężko natrafić tu na jakieś ciekawe muszelki. O wiele ładniejsza plaża znajduje się w miejscowości położonej tuż obok, tzw. „sypialni Marmaris”, tj. w Icmeler, dokąd można dojść pieszo albo podjechać: taksówką, autobusem (często hotele organizują darmowe transporty), a także charakterystycznymi dla tureckich kurortów… dolmuszami. Pojazdy te są naprawdę godne polecenia, chociażby dla przeżycia niezwykłej przygody. Na trasie nigdy nie ma bowiem zlokalizowanych stałych przystanków, zatrzymują się one tylko i wyłącznie na żądanie, zaś ich kierowcy rzadko kiedy przestrzegają jakichkolwiek zasad ruchu drogowego, w związku z czym wychodzą z założenia, że nawet pieszy przechodzący na pasach nie ma praktycznie żadnych praw do pierwszeństwa (co dla wielu przyjezdnych może stanowić ogromny szok – czasem, aby przejść przez ulicę, trzeba się naprawdę dużo naczekać). Owo pierwszeństwo wymusza się z reguły tym, kto najgłośniej zatrąbi albo tym, kto po prostu jako pierwszy zdecyduje się ruszyć z miejsca. Podróż dolmuszą zawsze wyzwala zatem mnóstwo adrenaliny, ale warto się na nią zdecydować, bowiem nigdy nie brakuje śmiechu podczas takich sytuacji – szczególnie gdy kierowca puszcza w radiu jakąś wyjątkowo „egzotyczną” muzykę (podkreślę, że zdecydowanie „niezrozumiałą” dla naszego kręgu kulturowego!) i jeszcze sobie do niej wesoło podśpiewuje.

Warto jeszcze podpowiedzieć w tym miejscu, iż zawsze dobrze jest nosić ze sobą jakieś drobne monety, ponieważ Turcy są otwarci i mili dla turystów, ale wszystko to ma swoją „cenę”, więc rzadko kiedy zdarza się, żeby za swoją uprzejmość nie domagali się chociażby minimalnego napiwku. Również w dolmuszach znajduje się specjalny koszyk, tzw. tip box (mimo że płaci się za przejażdżkę jakieś 1,50 lirów tureckich, czyli ok. 2,80 zł), toteż „nadwyżka” mile widziana, wręcz - „umową niepisaną” – wymagana.

Jeśli chodzi o dolmusze, to dojechać można nimi praktycznie wszędzie, nie tylko do Icmeler, ale również do innych pobliskich miejscowości, nawet tych większych jak np. Bodrum. Ale to nie wszystko, bo także warto się nimi poruszać w obrębie samego Marmaris, które jest dosyć rozległe. I tak np. dobrze jest wybrać się na specjalny targ, który organizowany jest co tydzień w czwartek. Sprzedaje się na nim dosłownie wszystko, przysłowiowe mydło i powidło, lecz nie warto się nazbyt cieszyć na to, że w bardzo niskiej cenie dostanie się np. oryginalne skarpetki pewnej firmy mającej logo w kształcie bumerangu, choćby na oryginalne wyglądały. Podrobionego towaru jest tu bowiem od… Idąc na taki targ trzeba się jednak uzbroić w silną wolę i umieć od razu zdecydowanie odmawiać tym, których produkty nas nie interesują wcale, inaczej można dać się naciągnąć na wszystko, nawet tę najbardziej niepotrzebną rzecz.

Nie należy też pozwalać na zakładanie sobie na rękę np. żadnych łańcuszków, bransoletek i innych tego typu przedmiotów, ponieważ inaczej autentycznie ciężko przemówić sprzedawcy, że ma się od nas zwyczajnie odczepić. W tym miejscu chciałabym szczególnie uczulić na to (gdyż łatwo się przejechać), by nie przychodzić na targ z dolarami bądź euro, a jedynie z lirami tureckimi, gdyż w przeciwnym razie nie ma szans, by sprzedawcy nas w jakikolwiek sposób nie próbowali oszukać przy przeliczaniu na inną walutę – czy to specjalnie, czy to po prostu z czystej niewiedzy na temat obecnego kursu. (Czujni bądźmy także w kantorze, bo i tu mogą czyhać na nas rozmaite nieprzyjemne niespodzianki – w niektórych tego typu placówkach z niewiadomo jakiej racji kasjerzy doliczają sobie jeszcze jakąś tajemniczą, wziętą dosłownie z powietrza prowizję, dlatego za każdym razem trzeba się pytać o to, czy takowa jest w danym kantorze doliczana).

Niemniej jednak – wracając do tematu - na targ warto się wybrać, chociażby po to, by skosztować różnych specjałów, np. owocowej herbatki w tradycyjnej tureckiej szklaneczce w kształcie kwiatu tulipana (strasznie słodkiej herbaty!). Turcy częstują bowiem często i gęsto i są przy tym tak nieprzyzwoicie sympatyczni, że naprawdę trzeba mieć żelazną wolę, żeby się na cokolwiek u nich nie skusić, chociażby ze zwyczajnej wdzięczności za taką miłą atmosferę, jaką raczą swoich klientów. I bardzo ważna zasada: trzeba się targować, zgoda na pierwotną cenę (bez żadnych protestów) jest niczym obrażenie sprzedawcy. Kombinując, można naprawdę dojść do niskiej kwoty.

W Marmaris znajduje się niewiele meczetów, jednak jeden z nich znajduje się blisko centrum, skąd też codziennie wieczorem dochodzi głos nawoływania muezzina, połączonego z charakterystycznym śpiewem. Generalna zasada jest taka, iż im więcej minaretów, czyli wieżyczek, ma meczet, tym bardziej jest okazały w środku. Najwięcej minaretów ma zatem ten w Mekkce, bo aż siedem, a ten w Marmaris posiada jeden. W gruncie rzeczy poza niezwykle miękkim, kolorowym dywanem oraz okazałymi malowidłami na ścianach jest urządzony w sposób dość skromny. Zawsze warto zrobić sobie małą wycieczkę do tego miejsca – oczywiście nie może to być wypad niczym prosto z plaży, należy się do tego wyjścia odpowiednio przygotować. Kobiety muszą mieć przykryte ramiona oraz zakryte głowy, zaś przed wejściem trzeba pozostawić buty. Wewnątrz świątyni należy zachować bezwzględny spokój, nie należy tam wchodzić podczas odbywania modlitwy przez wiernych.

Hotele są na siebie bardzo mocno „poupychane”, czasami ciężko rozróżnić, gdzie kończy się jeden, a zaczyna drugi (wszystkie w białym odcieniu, z wysoka niestety nie przedstawiają się zbyt atrakcyjnie). Większość z nich zaopatruje się w prąd za pomocą umieszczonych na dachach kolektorów słonecznych. W ten sposób ogrzewana jest również woda. Nie powinno więc wprawiać osłupienie, jak kąpiąc się pod prysznicem w środku nocy, włączając przy tym telewizor (swoją drogą – często można natknąć się na polskie programy, np. Vivę albo TV Polonię!), w pewnym momencie zostaje się odciętym od dostępu do prądu, który przywracany zostaje dopiero nad ranem. Podobnie z ciepłą wodą z kranu. To normalne.

Marmaris zewsząd otoczone jest górami, te „utopione” są w morzu, z drugiej strony miasta okalają granice miasteczka. Na jednym z wierzchołków znajduje się neonowa, podświetlana w nocy wielka flaga Turcji (to nic nowego, Turcy bowiem są do niej jeszcze bardziej przywiązani niż Amerykanie, flagi tureckie powiewają niemal dosłownie wszędzie – obowiązkowo zaś na głównych placach czy na statkach wycieczkowych). Podobnie z pomnikiem „ojca narodu”, czyli Atatürka, bez którego żadna miejscowość obejść się nie może.

Większość biur podróży pierwszego dnia pobytu organizuje dla wczasowiczów darmowe wycieczki objazdowe po Marmaris. Warto się na taką wybrać, gdyż później ciężko się samemu zmotywować, by dojść gdzieś dalej niż plaża oraz okoliczne sklepy. Podczas wycieczki turyści kierowani są w rozmaite „promowane” miejsca, tj. np. do fabryki biżuterii czy do hurtowni odzieży ze skóry, gdzie organizowane są spreparowane pokazy mody, do udziału w których zapraszana jest publiczność (w samym sklepie zaś ceny zabójcze, pozostaje jedynie chodzić bez sensu oraz udawać zainteresowanie – i tu uwaga, Turcy-sprzedawcy, choć sympatyczni do bólu, to przy tym strasznie nachalni, szczególnie wobec młodych dziewczyn, żadna okazja im bowiem nie umknie, by zaprosić na „wieczorny dancing”; więc lepiej zawczasu obmyślić dobrą wymówkę, która przepowie im stanowcze „nie”, a o taką wymówkę naprawdę ciężko).

Jedynym ciekawym miejscem podczas tej wycieczki jest duży taras widokowy, z którego rozciąga się cała panorama miasteczka; a także urokliwa fabryka słodyczy. Pasjonaci wyrobów cukierniczych znajdą tu naprawdę swój raj. Oczywiście warto uprzedzić, że słodycze tureckie nie należą do najsmaczniejszych (rzecz jasna, to kwestia gustu, lecz…), ponieważ zazwyczaj są przesłodzone (podobnie z tradycyjną kawą po turecku, którą podaje się w małych szklaneczkach, a wsypuje się do niej np. sześć łyżeczek cukru, co dla wielu może się okazać nie lada zabójcze). Dużym wzięciem wśród klienteli cieszy się np. chałwa – lecz nie taka, jaką znamy powszechnie, a więc w formie bryły, z której się odkraja kawałki, ale tu ma ona postać zwiniętej wełny, lecz w smaku przypomina watę cukrową. Wszystkie te słodycze są estetycznie zapakowane, więc chociaż warto kupić co nieco jako prezent dla rodziny, aby przywieźć ze sobą coś „tamtejszego”, innego. Podobnie z piwem w sklepach, które oprócz tego, że jest naprawdę bardzo tanie, to sprzedaje się je w butelkach o bardzo dziwnym kształcie, trochę przypominających rozgniecioną gruszkę. Poza obrębem ścisłego centrum najlepiej jest udać się do tzw. locanty, gdzie podawany jest tradycyjnie przyrządzony turecki kebab. Ten w sposób radykalny różni się w smaku od tego, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni. Warto mieć jednak na uwadze, że takie knajpy poza gwarem miasta gwarantują oryginalne przyrządzenie oraz zaniżone ceny, lecz nie zawsze spełniają podstawowych norm sanitarnych.

Promenada zachęca do spacerów, zaś na wielbicieli nocnego życia czeka mnóstwo rozrywek. Na końcu miasta (w przeciwnym kierunku do Icmeler) znajduje się najsłynniejsza dzielnica Marmaris, tzw. Bar Street, czyli „Ulica Barów”, gdzie rzeczywiście rozmaite knajpy, kluby i głośne dyskoteki stykają się ze sobą bezpośrednio tak, że śmiało można przechodzić od jednej do drugiej. Wieczorami panuje tu nieustanny ruch. Wiele hoteli organizuje indywidualne darmowe (tak się to oficjalnie nazywa, albowiem turyści i tak zawsze proszeni są o wrzucenie coś do tip boxu) transporty do tej dzielnicy, np. autobusami z odkrytym dachem, co potęguje wrażenie dobrej zabawy – już w autobusie takim można spotkać ludzi różnej narodowości i nawiązać jakieś znajomości. Dużo hoteli ma podpisane umowy z różnymi klubami, dzięki czemu turyści nierzadko otrzymują bony na darmowe trunki. Jedną z najsłynniejszych dyskotek jest „Crazy Daisy” (o bardzo oryginalnym wystroju!), dokąd ściąga największa rzesza imprezowiczów, to tu także bardzo często puszczana jest rodzima rosyjska muzyka (choć i Polaków nie brakuje, to jakoś nigdy nie został puszczony ani jeden nasz narodowy hit!). Po skończonej zabawie można wracać do siebie pieszo albo ponownie wsiąść w podstawiony przez swój hotel autobus. Tu z reguły dochodzi często do pomyłki, więc nietrudno jest wybrać pojazd, którego kierowca zawczasu zapewnia, że jedzie tam, gdzie chcemy, a ostatecznie wywozi gdzieś na drugi koniec miasta i dalej trzeba radzić sobie samemu. Warto więc uważać i nie do końca wierzyć we wszystko, co się do nas mówi.

Ostatnią ważną kwestią są lokalne biura podróży, które oferują mnóstwo wycieczek po naprawdę niskich cenach. Trzeba jednak zachować ostrożność, bo wiele działa nielegalnie albo nie zawierają one pełnego pakietu świadczeń, np. nie gwarantują wypłaty ubezpieczenia w razie wypadku (co np. przy raftingu jest niezbędne). Ale istnieje mnóstwo takich (głównie tych zlokalizowanych niedaleko pomnika Atatürka), które pomimo swoich niskich cen (te również można śmiało negocjować!) podchodzą do klienta w sposób bardzo poważny – np. zapewniają wszystkie możliwe transporty, chociażby do portu w Marmaris, dokąd dany turysta może spokojnie udać się na piechotę, a mimo to zostaje tam zawieziony. Nierzadko biura dorzucają też mnóstwo gratisów, np. darmowe wejściówki na imprezy organizowane na statku, który wieczorami wypływa w morze. Wszystko jest dobrze, pięknie, lecz na każdym kroku trzeba uważać, aby nie zostać oszukanym. Najlepiej jest pytać ludzi, innych turystów, bo kto pyta – nie błądzi. O czym warto wspomnieć przy tej okazji to fakt, że w Marmaris, niedaleko promenady i hotelu Sun Maris City, działa biuro podróży wyjątkowo przyjazne Polakom, albowiem jeden ze sprzedawców w ciągu roku akademickiego studiuje w naszym kraju (na polonistyce, więc śmiało można się z nim dogadać po polsku!). Ceny również „wyjątkowe” dla osób naszej narodowości.

Choć w Turcji byłam rok temu, to po dziś dzień wspominam ten pobyt jako coś naprawdę niezapomnianego. Zupełnie inna kultura, inny styl życia, kraj kontrastów - w centrum „europejsko”, na prowincji zaś świszcząca bieda; oprócz tego przesympatyczni, skorzy do pomocy ludzie, a i tak czuję, że zwiedziłam, zobaczyłam i przeżyłam zdecydowanie za mało… Marmaris z pełną świadomością mogę polecić wszystkim tym, którzy pragną spędzić niesamowite wakacje, pełne słońca i niekończącej się zabawy. Także tym, którzy chcą zakosztować czegoś zupełnie nowego.


Komentarzy: 3

Lech
22 września 2009 (18:26)
Nie ze wszystkim się zgodzę
Witam, Ciekawy i obszerny artykuł, jednak czuję w nim jakiś rozdzwięk. Z Turcji wróciłem tydzień temu, wspomnienia, więc, mam świeże.Byłem w podobnych rejonach. Większość informacji się pokrywa. Opisana tutaj czujność na wszelkiego rodzaju naciągania, jest moim zdaniem troche przerysowana. Nie jest trudno zbyć uśmiechem zapraszającego do swojego stoiska sprzedawcę. Nikt na rękę nic nie zakładał. Myślę, że to już zależy od nas samych jak do tego podejdziemy w każdym obcym kraju. Szczególnie muzłumańskim. Taka kultura, tak żyją.Bez problemu placiłem w euro przy dobrym przeliczniku. Trzeba od swojej rezydentki się dowiedzieć o stosunek lirów do obcej waluty-prosta matematyka. Ilość minaretów w danym meczecie świadczy o zamożności całej gminy, a nie tego co w środku spotkamy.Ruch uliczny rzeczywiście jest ciekawy, ale nie widziałem, żeby dolmusz( właśnie, piszemy dolmusz nie dolmusza)chciał kogoś potrącić.Sam będąc pieszym z moją dziewczyną czuliśmy się na tureckich ulicach bezpiecznie. Z tym z czym najbardziej się nie zgodzę to opis tureckich słodyczy. Ich smak jest tak specyficzny, że po prostu trzeba tego spróbować. Zdecydowana więkoszość nie jest oparta na czekoladzie, a na miodzie, orzeszkach, karmelu, jogurcie, czymś w rodzaju budyniu.Tak są słodkie, ale podejrzewam, że jest to zdrowszy cukier, który ponad to otwiera nowe rejony smakowe na naszym języku. Do Polski radzę brać "bombonierki" przodującej firmy Akdemiz. Lokalne biura podróży są tańsze, trzeba pytać o licencje i ufać swojemu instynktowi przy rozmowie z pracownikiem. Polecam również turecką herbatę, ale nie owocową, podawaną w szklankach takich jakie tu były opisane. Co do tureckiej kawy, jest mocna, ale sześć łyżeczek cukru to przesada. Widziałem jej przygotowanie i podanie.Podsumowując, dużo usmiechy odrobnia stanowczości, żebyśmy nie popadli w paranoje, przecież to są nasze wakacje!

Akusz-a
22 września 2009 (22:59)
Re:
Witam. Jeśli chodzi o kawę po turecku, to osobiście jej nie próbowałam, o sześciu łyżeczkach mówił nam rezydent i że to ma jakąś swoją konkretną historię, ale w tej chwili nie umiem jej przytoczyć. Wiem jedynie, że to coś na kształt podawania w dawnych czasach zalotnikom czarnej polewki ;-) Co do zakładania rozmaitej biżuterii na rękę, to jako dziewczyna tego doświadczyłam, i proszę mi wierzyć - ciężko się wyzbyć nachalnych sprzedawców. A szczególnie wtedy, gdy np. ktoś zauważy, że gdzieś indziej kupiło się bransoletkę, to od razu wciskają kolczyki i inne tego typu rzeczy, że niby pod ten sam kolor. No i drążą, drążą... Dolmusze? Nie napisałam nigdzie, by kogoś potrąciły ;) O dziwo jakoś to funkcjonuje. Co prawda pieszy nie ma za bardzo praw, ale wypadku nie widziałam żadnego. Ja sama wolałam naprawdę poczekać (dłuuugo) na pasach, niż się komuś wtoczyć przed auto. Słodycze tureckie - kwestia gustu. Mi nie smakowały. Tak, mało w nich czekolady, z tym się zgodzę. Minarety - hmm, może faktycznie tak jest, tu przekazałam informacje, jakie przekazał nam rezydent. Ale może chodzić również o wystrój wnętrza. W końcu meczet w Mekce musi być jednym z najokazalszych. Euro... Ja płaciłam w większości dolarami i niestety uważam, że dużo na tym straciłam, kiedy sobie przeliczyłam na liry tureckie czy na złotówki, toteż następnym razem tego nie zrobię. A co do ostatniego członu - uśmiech nie znikał mi tam praktycznie wcale, poza sytuacją, kiedy się strułam czymś ;-) Wakacje te wspominam cudownie i domyślam się, że i Pan też. I właśnie o to chodzi. Dzięki za komentarz. Pozdrawiam!

Marta-Jola
25 października 2014 (17:23)
wspaniała zabawa =Marmaris
Pod koniec września byłam z koleżanką w Marmaris to miasteczko żyje 24 godz. Na dobe:) zwiedzilysmy przepiekne Pamukkale, Dalyan pływałyśmy z delfinami, skorzystalysmy z tamtejszego spa masaż, maseczki mmmm wszystkie atrakcje zorganizował nam przesympatyczny Turek o imieniu Ben biuro turystyczne Hek Tour tel.00 90 560 715 28 55 e.mail ben-marmaris@hotmail.com można ceny dobre wynegocjować. W centrum handlowym Bar steet klient nasz Pan! Częstują herbatą, jedzeniem wszystko Za darmo!!! Wspomnę o dyskotece Areena tam to już jak ksiezniczki nas potraktowali zamówiliśmy drinka a tu kelner przynosi orzeszki, popkorn, melony, winogron w talerzykach za darmo! Marmaris to Raj na Ziemi. Ludzie wspaniali. Jedyny minus to plaża nie ma pieknego złotego piasku tylko jakiś źwir. Za rok znowu tam lecimy Polecam!!!!!!!!!
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Tajlandia - podróż po krainie uśmiechu

Przybyliśmy po piętnastu godzinach podróży na wyspę Koh Ko Khao ( lot + transfer ). Myślę, że nietrudno dociec na podstawie nazwy geograficznej, iż jest to Tajlandia, którą chcieliśmy...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".