Jednak początek powieści sugeruje coś zgoła odmiennego. Czytając go można śmiało przywołać starą prawdę pilchologii. A ta głosi, że nie ma Pilcha bez dup i monopolowego. Nie ma bez podstarzałego Jurka-Jureczka, szukającego dawnych i nowych miłości czy Jurka cudzołożnika. I początkowo wszystko układa się pod oklepaną tezę. Główny bohater, w dzień 52 urodzin pragnie poznać piękną kobietę przed trzydziestką, by w zapachu jej skóry „zapomnieć, że żyje”. W międzyczasie opowiada o studiach na polonistyce, filozofii i swojej przeszłości korektorskiej w „Tygodniku Powszechnym”. Wspomina też o kobietach, z którymi ostatnio się spotykał. I gdy już utwierdzamy się w przekonaniu, że to ten sam Pilch, którego smakujemy od lat, bohater dostaje smsa z zaproszeniem na rausz do Beniamina Bezentza. I nagle całą budowaną przez przeszło pięć kartek tezę o pilchologii diabli biorą.
Bo to, co dzieje się później zadziwia rozmachem, wielością wątków i pomieszaniem postaci historycznych z oryginałami popkultury. Na szczególną uwagę zasługuje tutaj Beniamin Bezentz, alter ego Jerzego Urbana i w pewnym sensie bułhakowskiego Wolanda. Do niego właśnie zmierzają wszystkie mniej lub bardziej efemeryczne postacie. A są wśród nich solidarnościowi opozycjoniści, działacze sportowi, ale i narodowe archetypy z Matką Polką na czele. Postacie utożsamiające nasze martyrologie, lęki i fobie. Ale i postacie bardziej swojskie, jak Maryla Rodowicz, duch Czesława Miłosza i pewien znany generał. Otoczenie pomponika pl. reprezentuje „drugorzędna piosenkarka z pierwszorzędnym biustem”.
Przez cały czas czujemy się tutaj arcypolsko i arcynijako. Widzimy jak bohaterowie grzęzną w bezmyślnych sporach, z których na dobrą sprawę nic nie wynika. Jak bratają się ze sobą dawni wrogowie, komuniści i dawni opozycjoniści. Jak ultrakatolicyzm staje się zwykłym sekciarstwem, które stawia sobie za cel obalenie teorii ewolucji. I w pewnym sensie nie tylko widzimy, ale też czujemy. Bo tutaj nawet zapach dzieciństwa przynosi rozczarowanie, będąc w gruncie rzeczy zapachem padliny, którą pewien senator przerabia na kosmetyki.
Na dodatek coś wisi w powietrzu, coś złego ma się wydarzyć. Nie wiadomo czy ma to związek z trupem skrywanym w podziemiach rezydencji Beniamina Bezentza czy czymś znacznie gorszym, o czym chce nas poinformować zbiegająca z Jarzębiej, a zatrzymana w czasie, Agnieszka Pilchowa. A może prawdziwa katastrofa nastąpi tuż po meczu, który ma być rozegrany między Polską ultrakatolicką, tzw. Arką Noego, a Polską kosmopolityczną, nazwaną tutaj Wieżą Babel? Bo przecież na moment przed meczem padają fundamentalne dla całej powieści i znamionujące klęskę, słowa: „Teraz wreszcie, jak ani Ruscy, ani Germanie nas nie ciemiężą, teraz wreszcie, jak nie ma ani zaborów, ani okupantów, teraz wreszcie jak komunizm upadł, teraz wreszcie sami możemy się wyrżnąć w pień”. W pewnym sensie odpowiedzią jest puenta powieści.
Jednak „Marsz Polonia” w pewnym sensie rozczarowuje. Zdaje się, że Pilch mierzył daleko i zarazem blisko. Blisko bo tuż za miedzę (m.in. „Mistrz i Małgorzata”), a daleko, bo literatura podstawowych pytań rodzi się z rzadka i jakby z znienacka. Pisarz chciał stworzyć coś ponadczasowego, zawrzeć na stu dziewięćdziesięciu stronicach syntezę polactwa. Niestety umieszczając w niej postaci głęboko zakorzenione w realiach współczesnej Polski, stworzył powieść o charakterze cokolwiek doraźnym.
Literatura, choćby najbardziej fantastyczna, oderwana od logiki przyczyn i skutków, jest jednak powiązana z życiem osobistym autora, jego wrażliwością, świadomością i umiejętnościami....


Start



Komentarzy: 0