Matrioszka Rosja i Jastrząb
    Rosja257 · Europa Wschodnia84 · reportaż60
2013-06-23
Reportaże zza wschodniej granicy cieszą się coraz większą popularnością wśród polskich czytelników, o czym może świadczyć bogata i wciąż poszerzana oferta w tym gatunku.

Dlatego też w ślad za podróżnikami, którzy dotychczas przemierzali tereny największego kraju na świecie, reportaże z Rosji zaczęli pisać również korespondenci zagraniczni polskich mediów. Barbara Włodarczyk, autorka serii filmów dokumentalnych „Szerokie Tory” niedawno oddała w ręce czytelników reportaż „Nie ma jednej Rosji”, Wacław Radziwinowicz z Gazety Wyborczej opisał swoje spostrzeżenia w książce „Gogol w czasach Google’a”, zaś na półkach księgarń niedawno pojawiła się też pozycja „Matrioszka Rosja i Jastrząb” autorstwa Macieja Jastrzębskiego z Polskiego Radia. Wrocławski reporter rozpoczął swoją przygodę z naszym wschodnim sąsiadem mniej więcej wtedy, gdy Związek Radziecki chylił się ku upadkowi i kontynuuje ją do dzisiaj. Zatem nie można odmówić mu doświadczenia zarówno w sztuce dziennikarskiej jak i w obyciu z tytułową „Matrioszką Rosją”.

O Rosji: „Więzień Putina”

W książce Jastrzębskiego na rosyjskim tle przeplatają się wszystkie niezbędne wątki: historyczne, polityczne, kulturowe i religijne, co sprawia, że ta książka może służyć za podręcznik. A raczej za elementarz. Bowiem jeśli ktoś nie ma praktycznie żadnej wiedzy na temat Federacji Rosyjskiej, a chce stworzyć w swoim aparacie poznawczym jakieś podwaliny ku dogłębnej analizie tego kraju (nawet tylko teoretycznej), to ta książka jest zdecydowanie dla niego. Bowiem większość z przytaczanych historii w „Matrioszce” jest, dla kogoś kto choć trochę interesuje się Rosją, nacechowana oczywistością. A i tych historii jest jak na lekarstwo, bowiem książka Macieja Jastrzębskiego bazuje przede wszystkim na faktach, statystykach i suchych opisach. Zamiłowanie do faktografii momentami gubi autora, który np. potrafi opowieść dotyczącą postaci rozpocząć od biograficznej notki, wymieniając np. miejsce, datę urodzenia oraz ukończone szkoły, co często nic nie wnosi do danej opowieści a sprawia, że książka zaczyna nam brzydko pachnieć zakurzonym tomiskiem encyklopedii.

Za dużo historii, za mało przygód. Brakuje rozmów, krwistych prawdziwych opisów z życia rosyjskiej ulicy. Ten kraj to przecież żywioł i materiał na thriller albo komedię, zaś Maciej Jastrzębski zamknął rosyjskie piekło i niebo w ramach filmu obyczajowego, w którym mamy uwierzyć, że ludzie naprawdę piją herbatę.

O ile na samym początku zostajemy wciągnięci przez autora w sam środek akcji w filmie pt. „Pucz Janajewa” poprzez barwne i porywające opisy tego, co się działo w Moskwie w 1991 roku, to w dalszych częściach emocje, zamiast jak u Hitchkocka- rosnąć, to u Jastrzębskiego opadają. Bo nie wiedzieć czemu, autor ograniczył się w swojej książce do teoretyzowania. „Matrioszka” to pozycja grzeczna, podręcznikowa bez cienia polotu, do jakiego atmosfera panująca w Rosji skłoniłaby nawet kogoś najbardziej przesiąkniętego nudą. Szczerze powiedziawszy, większą część tego, co korespondent zagraniczny Informacyjnej Agencji Radiowej proponuje czytelnikom można napisać nie ruszając się z Warszawy. Wystarczyłoby śledzić w prasie czy internecie informacje dotyczące Rosji. A szkoda, bo przecież ten kraj to ocean tragikomizmu, patologii, niezrozumienia, miłości i brudu. Oraz niezwykle bogate historie, a przede wszystkim ludzie, którzy umieją je opowiedzieć tak, że albo ich znienawidzisz, albo pokochasz. Będziesz chciał z nimi zalać się w trupa, albo uciekniesz od nich jak najdalej.

Autor w swoich opisach nie pije, nie ucieka, nie jest targany żadnymi większymi emocjami. Jego najbliższe zderzenie z rosyjską kulturą to herbata na daczy pod Moskwą, trzypokoleniowa dyskusja polityczna w Smoleńsku, oraz podróż metrem z kaleką- weteranem wojennym. Jeśliby pominąć fakt, że autor w pierwszym wypadku karze nam uwierzyć w imprezę siedmiu mężczyzn popijających delikatnie wino i herbatę, a w drugim podczas politycznej dyskusji nie pada żaden wulgaryzm - można byłoby poczuć realizm wschodu. Ale nawet w tych wypadkach opisy są ugrzecznione tak, że w moich oczach (a też trochę czasu z Rosjanami spędziłem), te opowiastki uchodzą za kuriozum. Czytając je czułem się jakbym wędrował w starych kapciach po muzeum, które zaraz zamkną, wśród zakurzonych eksponatów z zanudzającą na śmierć przewodniczką.

Polecamy: Historia Rosji okiem socjologa

Za dużo historii, za mało przygód. Brakuje rozmów, krwistych prawdziwych opisów z życia rosyjskiej ulicy. Ten kraj to przecież żywioł i materiał na thriller albo komedię, zaś Maciej Jastrzębski zamknął rosyjskie piekło i niebo w ramach filmu obyczajowego, w którym mamy uwierzyć, że ludzie naprawdę piją herbatę. Co więcej, myślę że lepiej treść książki oddawałby tytuł „Matrioszka MOSKWA i Jastrząb”, bowiem więcej w tej pozycji samej stolicy, niż Rosji. Owszem, autor rozmawia z osobami z różnych części tego państwa i być może nawet w tych innych częściach był. Ale tego nie opisuje, a to już przecież nie to samo. Wyjątek z tego wszystkiego stanowi opowieść o kraterze Popigaj, która nie tylko jest interesująca ale i wciąga czytelnika w związku ze swoją tajemnicą i powiązaniem z jednym z bohaterów książki. Ale to by wystarczyło na jeden felieton i to jednak mimo wszystko trochę mało, jak na prawie 270 stron książki.

Nie chcę przez to napisać, że jest to zła książka. Jest potrzebna, jeśli ktoś chce rozpocząć poznawać Rosję i musi zacząć edukację od podstaw. Jest też potrzebna tym, którym nie chce się analizować wycinków prasowych z kilku lat kompilując to, co się stało w ostatnich latach w Rosji, wraz z nazwiskami miejscami i kulturowym zapleczem, bowiem Maciej Jastrzębski zrobił to za nich. Jest też potrzebna tym, którzy potrzebują do pracy naukowej książki subiektywnej, ale wypełnionej faktami. „Matrioszka Rosja i Jastrząb” jest właśnie taką pozycją i na pewno znajdzie się w przypisach niejednej pracy magisterskiej związanej z Federacją rządzoną przez Władimira Putina .

Lecz jeśli ktoś szuka reportażu z krwi i kości, który nas przenosi do największego kraju na świecie, w takie miejsca, których się boimy ale jednocześnie chcemy do nich pojechać i zazdrościmy autorowi ludzi, których napotyka na swojej drodze (a chyba tego wymagamy od dobrego reportażu?), to bynajmniej ta książka nie jest dla niego.


Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
Raporty
zobacz również
„Białoruś dla początkujących” – Igor Sokołowski

„Co wiemy dziś na temat Białorusi?” - pyta polskiego czytelnika okładka książki. I odpowiada za niego, że niezbyt dużo.
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".