Meksyk – wojna skazana na klęskę
    Meksyk10 · Ameryka Środkowa10 · handel narkotykami9
2010-02-10
W 2006 r. prezydent Felipe Calderón ogłosił wojnę, wojnę wymierzoną we wszechpotężne meksykańskie kartele narkotykowe. Po trzech latach wprowadzania w życie planu zwalczania narkobiznesu siłą efekty rozczarowują: podaż narkotyków na rynku nie spadła, a przemoc wzrosła do niebotycznych rozmiarów. Coraz częściej pojawiają się opinie, iż prowadzonej w dotychczasowy sposób wojny z narkotykami w Meksyku nie da się wygrać.

Z Karaibów do Meksyku

Pola marihuany i opium – to było znane w Meksyku od dawna. Prawdziwy problem pojawił się w wyniku wzrostu popytu na kokainę i rozwoju handlu tym narkotykiem. Na początku lat 90. w skutek ofensywy Waszyngtonu i władz w Bogocie dotychczasowy szlak przerzutowy kokainy z Kolumbii, przez Karaiby na Florydę zlikwidowano, a potężne kartele z Cali i Medellin osłabiono lub rozbito. Meksyk będący dotąd jedynie pobocznym szlakiem przerzutowym i pozostający pod wpływem silnych karteli kolumbijskich stał się rajem dla miejscowych organizacji przestępczych. Zaczęły one lepiej wykorzystywać możliwości, jakie dawała długa granica meksykańsko-amerykańska i szybko urosły w siłę, czego najlepszym dowodem było zabicie w 1994 r. na wiecu wyborczym w Tijuanie kandydata na prezydenta, Luisa Donaldo Colosio. Meksyk stał się już nie tylko głównym dostawcą marihuany i metaamfetaminy na rynek amerykański, ale również szlakiem przerzutowym dla niemal całości kokainy, jaka dostaje się do USA.

Rządząca krajem nieprzerwane od lat 20. XX w. Partia Rewolucyjno-Instytucyjna (PRI) była zbyt skostniała i skorumpowana, aby skutecznie zająć się narastającym problemem narkotyków. Kiedy w 2000 r. monopol PRI na władzę został przełamany i prezydentem Meksyku został Vincente Fox, podjęto bardziej aktywne działania na tej płaszczyźnie. To jednak dopiero jego następca uczynił z walki z narkohandlem priorytet swojej administracji.

Trzy lata wojny

Grudzień 2006 r., ceremonia zaprzysiężenia na urząd prezydenta Meksyku, Felipe Calderona. Zgodnie z przedwyborczymi obietnicami zwalczania narkobiznesu i przemocy, świeżo upieczony prezydent wypowiada wojnę kartelom narkotykowym. Zaraz po inauguracji na ulice miasta Michoacán wysyła 6000 żołnierzy w celu walki z organizacjami przestępczymi. Wkrótce potem oddział wojska liczący 3300 pojawia się na ulicach Tijuany.

Trzy lata później, styczeń 2010 r. Na ulicach meksykańskich miast obecnych jest prawie 50 000 żołnierzy i 20 000 policji federalnej. Dnia 10 stycznia w zajściach związanych z narkobiznesem ginie w Meksyku 69 osób – najgorszy jak dotąd bilans w całej wojnie z narkotykami. W kolejnych tygodniach śmierć zbiera podobnie krwawe żniwa. W jednym z przypadków ofierze zdjęto z twarzy skórę. Choć człowiek stara sam siebie przekonywać, że może odbyło się to już po zgonie ofiary, wie, że to nieprawda. A to tylko połowa makabrycznej rzeczywistości - zdjętą skórę przyszyto do piłki. Skuteczny sygnał odstraszający.... Słowem – bez zmian, kartele trzymają się mocno.

Więcej ofiar, więcej narkotyków

W 2007 r. w wyniku działań karteli narkotykowych zginęły 2673 osoby, rok później już 5630 osób, w poprzednim roku jeszcze więcej – 7724 osoby. Od początku wojny prezydenta Calderona daje to niemal trzykrotny wzrost ofiar! Przemoc wywołana przez wojnę paraliżuje kraj do tego stopnia, że pojawiają się głosy zaliczające Meksyk do krajów upadłych. Jest to z jednej strony wynikiem krwawej riposty karteli na ofensywę władz, a z drugiej walki poszczególnych gangów między sobą - o rynek, o dostawców, o schedę po aresztowanym bossie lub rozbitym kartelu. Co gorsza, ta ogromna ilość ofiar nie przyczyniła się w żaden sposób do zmniejszenia podaży narkotyków na rynku. Choć przejęto tysiące ton narkotyków, zlikwidowano kilkadziesiąt laboratoriów, rozbito dziesiątki gangów, aresztowano kilkanaście osób z panteonu meksykańskiego światka narkotykowego – choć wydawałoby się, że tyle zrobiono, wzrósł areał upraw marihuany i maku, zwiększyła się produkcja heroiny i opium. Mimo ofensywy władz, na rynku pojawiło się w ostatnich latach więcej narkotyków (sic!).

Współwinnym wujek Sam

Kto jest największym konsumentem narkotyków na świecie? Kto odbiera 90% kokainy oraz większość pozostałych narkotyków produkowanych i przemycanych przez Meksyk? Z którego kraju pochodzi broń palna (włącznie z karabinami maszynowymi i bazookami), która służy do zabijania meksykańskich policjantów i zwykłych obywateli? Odpowiedź na wszystkie te pytania jest ta sama – Stany Zjednoczone. Waszyngton od razu zapowiedział wsparcie polityki Calderona, gdyż wpisywała się ona w strategię prowadzonej od kilku dekad amerykańskiej wojny z narkotykami (jeszcze bardziej nieskutecznej niż ta w Meksyku). Pomimo tych deklaracji USA zawiodły na każdym polu. Nie uregulowano handlu bronią, ani nie podjęto działań zmierzających do ograniczenia popytu na narkotyki wśród Amerykanów. Pomoc obiecana przez Biały Dom w postaci Planu Merida, czyli meksykańskiego odpowiednika planu Kolumbia, rozczarowuje. Z obiecanych w 2007 r. 1,3 miliarda USD przekazano dotąd niewielki procent.

Ku nieuchronnej klęsce

Oczywista klęska dotychczasowej wojny Calderona każe zadać pytanie o przyczynę podjętych działań. Przeciwnicy prezydenta postrzegają jego wojnę jako zagrywkę polityczną. Calderón wygrał wybory minimalną większością głosów i zwycięstwo to było kwestionowane przez opozycję. Wypowiadając wojnę narkobiznesowi prezydent odwrócił uwagę publiczną od tej kwestii i zjednoczył społeczeństwo w – jak się wydawało – wspólnym, szczytnym celu. Z drugiej strony, po latach bezczynności kolejnych rządów PRI, mało aktywnej polityce Foxa, plany Calderona wydawały się wówczas wielu osobom dobrym rozwiązaniem - zwłaszcza po obietnicach pomocy i zaangażowania ze strony Waszyngtonu. Nowo wybrany prezydent sprawiał wrażenie, że jest osobą, która wreszcie chce i może rozprawić się z potężnymi kartelami. Trzy ostatnie lata pokazały jednak, że otwarta walka z narkobiznesem na poligonie meksykańskich miast i wsi była błędną, pochopną decyzją. Prawda jest taka, że wygrana rządu w tej wojnie nie była możliwa, nie bez rozwiązania innych problemów.

Meksykańska rzeczywistość

Od lat są patronami lokalnych, ubogich społeczności – tak w dużych miastach, jak i małych osadach na prowincji. Kiedy dorasta kolejne pokolenie młodzieży, nie mając szans na znalezienie jakiejkolwiek pracy jest „przygarniane” przez nich właśnie. Duża część młodych Meksykan zresztą sama się do nich garnie – pieniądze i blichtr dla większości z nich są pokusą zbyt trudną do odrzucenia. Jeśli potrzeba zbudować kościół, szpital czy szkołę – oni je fundują. Gdy przyjdzie susza i lokalni rolnicy potrzebują pomocy finansowej lub materialnej, zwracają się do nich – nie do władz. Władze nic nie mogą i nie zrobią. Oni mogą wszystko i jeśli tylko będzie się z nimi współpracować, pomogą. To bossowie narkotykowi. Bazując na stworzonej potędze (co było możliwe dzięki biernej postawie władz w poprzednich latach i dekadach) żonglują naprzemiennie strachem oraz pieniędzmi i możliwościami, dzięki czemu przez lokalnych mieszkańców są często postrzegani jako, paradoksalnie, ich dobroczyńcy. Z potęgą karteli wiąże się jeszcze jedna choroba trawiąca meksykańskie realia – korupcja. Świeżo upieczony absolwent szkoły policyjnej mając do wyboru układ z kartelami lub… śmierć zdecydowanie częściej wybierze to pierwsze. Wie, że na pomoc ze strony państwa nie ma co liczyć, jego przełożeni sami trzęsą portkami na myśl o potężnych bossach. Poza tym, weźmie przykład ze starszych kolegów. Oni biorą już od lat. Podobny scenariusz można zastosować do wyższych urzędników, prokuratorów, sędziów, polityków etc., być może tylko w tych przypadkach nieco większą rolę od strachu grają pieniądze…

Co dalej?

Władze meksykańskie zdają sobie powoli sprawę z nieskuteczności i bezsensowności dotychczasowych działań. Świadome są potrzeby wykreowania nowej strategii walki z narkotykami. Mija rok, odkąd Komisja Krajów Latynoamerykańskich ds. Demokracji i Narkotyków z byłymi prezydentami Ernesto Zedillo (Meksyk), Fernando Henrique Cardoso (Brazylia) i Cesarem Gaviria (Kolumbia) opublikowała komunikat: “Narkotyki i demokracja. Ku zmianie paradygmatu“. Postulowali w nim m.in. zmianę dotychczasowej wojny z narkotykami prowadzonej pod przywództwem Waszyngtonu na zwalczanie popytu na narkotyki, a nie – jak dotąd - ich podaży (ostatnie 3 dekady pokazały, że to drugie jest nieskuteczne) oraz wyraźne oddzielenie narkomanów i drobnych dealerów od potężnych karteli. W tym duchu latem 2009 r. w stolicy kraju, Mexico City zniesiono karę więzienia za posiadanie niewielkich ilości narkotyków. W styczniu 2010 r. prezydent Calderón za najważniejsze cele swojej administracji na kolejne lata uznał zminimalizowanie ubóstwa i zmniejszenie bezrobocia.

Teoretycznie wojna z narkotykami zeszła na trzeci plan, w praktyce realizacja pierwszych dwóch priorytetów może się okazać skuteczniejsza niż dotychczasowe działania. Czyżby wreszcie władze meksykańskie zdały sobie sprawę z porażki dotychczasowej polityki? Oby…


Komentarzy: 4

Konrad
11 luty 2010 (11:25)
zadam pytanie
może głupie...więc jakby Pan planował walkę z kartelami. TAk od początku patrząc na ten problem

Marcin
11 luty 2010 (19:57)
nie ma gotowego rozwiązania...
nie można natomiast wysłać wojska na ulice i liczyć, że siłą się rozwiąże problem... potrzebne są kompleksowe działania - skupiające się na tym, aby zwykli ludzie nie chcieli w końcu bronić/popierać karteli. Praca u podstaw: redukcja ubóstwa, zwiększanie zatrudnienia, edukacja. Do tego niezbędna jest ofensywa antykorupcyjna - od kilku lat władze meksykańskie przygotowują nową, federalną jednostkę wymiaru sprawiedliwości - od niej trzeba zacząć. Poprzez poprawę bytu ubogich mieszkańców=danie im nadziei i wykorzenienie korupcji można przygotować grunt do skutecznej walki z narkobiznesem. W samej walce zaś należy skupić się na kartelach, a nie obławach na zwykłych dealerów czy aresztowaniu narkomanów. Równie ważna jest postawa wobec USA - m.in. przekonanie/wymuszenie regulacji handlu bronią. Do tego wszystkiego wypadałoby rozważyć chociaż legalizację marihuany, a nie tylko iść na smyczy Waszyngtonu, który od ponad 30 lat prowadzi "wojnę z narkotykami" i ciągle w niej przegrywa. Cały koncept zwalczania podaży narkotyków zamiast popytu, podobnie jak miało to miejsce w przypadku alkoholu i prohibicji w latach 20-30. XX w. po prostu nie działa.

Grzegorz Wasiluk
14 luty 2010 (10:12)
A NAFTA?
Przecież dzięki wspólnocie celnej Meksyku z USA i Kanadą miał przyjść wielki dobrobyt. Czy sytuacja w Meksyku nie jest skutkiem upadku maquilladoras - fabryk wytwarzających na eksport na północ dzięki taniości miejscowej siły roboczej? Pytanie do Szanownego Pana Kolegi Autora.

Marcin
15 luty 2010 (08:36)
Odpowiedź:
Nie jest. Oczywiście przyczyniła się do zubożenia pewnych grup społecznych (i wzbogacenia innych...), lecz ciężko byłoby obronić tezę, że NAFTA jest przyczyną obecnej potęgi karteli :)
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Wschodnia Ukraina w ogniu

Wschód Ukrainy to nadal pole walki. W związku z wyborem Petro Poroszenki na stanowisko prezydenta, wiele wskazuje na to, że walka ta nabierze na sile. Separatyści usłyszeli wreszcie, że...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".