Michael Palin zabiera w wyprawę przez „Himalaje”
    recenzja książki167 · Himalaje3 · reportaż60
2009-12-09
Michael Palin, po rozwiązaniu Latającego cyrku Monty Pythona, mógł zająć się odcinaniem kuponów od sławy oraz robieniem za maskotkę jury Mam talent, Rozśmiesz mnie, czy też Cudaki są wśród nas. Jednakże, Palin znalazł na siebie zupełnie inny sposób. Swoją ciekawość świata i ludzi połączył z wygodnymi butami i... Palin - komik przeobraził się w Palina - globtrotera.

Ciekawa wolta. Lecz motywy przewodnie kolejnych wojaży nie mniej pomysłowe. W 80 dni dookoła świata, plus dwa bieguny, rejony wokół Pacyfiku, Afryka – w cyklu śladami Hemingwaya, jak również Sahara. To tylko nieliczne etapy jego wojaży. Każde przedsięwzięcie wieńczył cykl seriali dokumentalnych, książki podróżnicze, jak również szereg informacji, wraz ze zdjęciami oraz mapkami wypraw, regularnie uzupełnianych na stronie internetowej Palina.

Tym razem do polskich księgarń trafiła książka Michaela Palina „Himalaje”. Jest to zapis 6 – miesięcznej ekspedycji Palina wraz z towarzyszącą mu ekipą telewizyjną BBC. Co więcej, warto nadmienić, że jest to zapis wyprawy nie od podnóży do szczytów, lecz od jednego do drugiego krańca Himalajów. Tak więc, jak odnajdziemy w trakcie lektury, etap początkowy to przełęcz Chajber i Peszawar, a dalej m.in. Nepal, Nagaland, Bhutan, z końcowym przystankiem w Bangladeszu. Raz, że ciekawiej, a po drugie taka wyprawa, ze względu na zmieniające się wysokości oraz zmienne warunki atmosferyczne, stanowi o wiele większe wyzwanie zarówno dla ludzkiego organizmu, jak i w zakresie logistyki.

Oczywiście, ironicznie można rzec, że logo stacji BBC na samochodzie otwiera wiele drzwi, sprawiając, że ludzie są bardziej mili, serdeczni, chętni do pomocy i uśmiechnięci. Niemniej w trakcie ekspedycji, Palin zawędrował także w rejony gdzie nie ma internetu, telewizji, telefonów komórkowych, a rozmówca z dumą informuje, że osobiście odciął 5 ludzkich głów. W takich i podobnych sytuacjach, jedyne co się liczy to intuicja oraz wyczucie na jak wiele można sobie pozwolić; co powiedzieć, aby nie narazić na niebezpieczeństwo zarówno siebie, jak i członków towarzyszącej ekipy. Zwłaszcza, że nie ma żelaznej reguły, że obiektyw aparatu lub kamera u każdego wywołują radość i dreszcz ekscytacji.

Tak na dobrą sprawę, Palin już we wstępie przybliża esencję całej wyprawy. „Tym, co moim zdaniem udało nam się osiągnąć, jest pokazanie Himalajów z innej perspektywy, od wewnątrz. Natrafiliśmy na ludzi mieszkających wyżej, niż sięgają najwyższe szczyty Europy; starożytne cywilizacje, którym udaje się trwać na suchym, chłostanym wiatrami płaskowyżu; wąwozy o głębokości czterech kilometrów, przez które handlarze podróżują od dwóch tysięcy lat oraz wszechobecne religie: tętniące życiem, feerycznie kolorowe i kwitnące mimo licznych przeciwności losu. Mówiąc najkrócej, poznaliśmy nie Himalaje zamknięte w sobie i pełne zakazów, ale wypełnione szeroko pojętą ludzką aktywnością.” W związku z powyższym, nam, czytelnikom, nie pozostaje nic innego jak rozsiąść się wygodnie i w trakcie lektury powiedzieć – sprawdzam.

Jeśli weźmiemy pod uwagę język, to mogą, ale nie muszą, zachwycić nas barwne opisy ceremonii, choćby pogrzebowej w Paśupatinath. Czy też, zaobserwowany przez Palina w Nepalu, przebieg rekrutacji do wojska młodzieńców z ludu Gurkhów. Palin jako podróżnik zdaje się mieć oczy dookoła głowy. Jest wszystkiego ciekawy, wypyta o wszystko co go zaintryguje. Przybliży zależności historyczne, polityczne i gospodarcze łączące poszczególne nacje i grupy społeczne. Tu i ówdzie dorzuci jakąś anegdotę. Jednakże, w tym momencie pojawia się użyte przeze mnie wcześniej, odnośnie opisów, określenie – mogą, ale nie muszą. Gdyż, może to tylko kwestia tłumaczenia, lecz Palin chcąc przekazać jak największą ilość detali spowodował, że momentami czytanie książki idzie dosyć topornie. Otóż, w znacznej większości przeważają zdania wielokrotnie złożone. Czasem przeradzające się w ciągnące się przez kilka linijek tyrady, w dodatku naszpikowane dosyć trudnymi w wymowie nazwami miejscowości, czy jakimiś nazwami własnymi. Tak że kończąc zdanie nie pamięta się co przeczytało się na początku. Niemniej jeśli wgryziemy się w całość, przyzwyczaimy się, to dalej czyta się już coraz lepiej i lżej.

W recenzjach książek podróżniczych, w którymś z akapitów pojawia się stwierdzenie, że całości dopełniają przepiękne zdjęcia, mapki, ryciny, czy co tam bądź. Jednakże tutaj, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że zdjęcia autorstwa Basila Pao, nie stanowią jedynie dopowiedzenia tego czego nie udało się zawrzeć słowami, ale żyją własnym życiem. Tak właściwie, zdjęcia stanowią odrębną jakość. A momentami mówią o wiele więcej i przedstawiają o wiele większą wartość niż to co pisze Palin. Może właśnie dlatego kartki z fotografiami są ciut większe od tych z tekstem, aby znużeni czytaniem zająć się podziwianiem zdjęć.

Ilekroć sięgam po reportaże z podróży, prędzej czy później pojawia się ukłucie zazdrości oraz żal. Zazdrość? Głównie z powodu ogromu różnorodnych bodźców które towarzyszą globtroterom w trakcie ich wojaży, a o których ja, na obecną chwilę, mogę sobie „jedynie” poczytać i obejrzeć dołączone do materiału zdjęcia. A żal? Cóż, czego bym nie przeczytała, za każdym razem nasuwa się spostrzeżenie, że jeansy, t-shirty i adidasy dotarły już chyba wszędzie. Z każdym miesiącem uwodząc kolejnych młodych ludzi z najbardziej odległych zakątków świata. Pogłębiając tym samym przepaść między starszymi pokoleniami, celebrującymi prastare rytuały na przekór wszelkim nowinkom.

Fotografie pochodzą z oficjalnego bloga podróżniczego Michaela Palina palinstravels.co.uk
Komentarzy: 3

Bob
10 grudnia 2009 (15:01)
koleś
nieźle pisze...nie wiem na ile tłumaczenie na polski oddaje to co wersja angielskojęzyczna, ale ma do tego rękę...czyta się jakby automatycznie, płynnie - wchłania się, tylko trochę duże te książki

Lafcadio
11 grudnia 2009 (13:49)
_
" Oczywiście, ironicznie można rzec, że logo stacji BBC na samochodzie otwiera wiele drzwi, sprawiając, że ludzie są bardziej mili, serdeczni, chętni do pomocy i uśmiechnięci. Niemniej w trakcie ekspedycji, Palin zawędrował także w rejony gdzie nie ma internetu, telewizji, telefonów komórkowych, a rozmówca z dumą informuje, że osobiście odciął 5 ludzkich głów. " Mała uwaga, pani Asiu Myślę, że to nie jest kwestia ironii, to fakt. Oglądając wersję "ruchomą" dokumentującą ową wyprawę, czyli sześcioodcinkowa serię "Himalaya", widać to jak na dłoni. Nie chodzi nawet o magiczne "BBC". Za Palinem stała cała machina produkcyjna, sztab ludzi, którzy przez wiele miesięcy wyszukiwali, jeździli, dokumentowali, by ostatecznie wybrać miejsca najciekawsze, najlepiej sprawdzające się w tego typu produkcji. Śmiem twierdzić, że sam ujmujący dżentelmen, jakim jest Michael Palin, o wielu miejscach wcześniej nie słyszał. Jest on tzw. "gospodarzem" programu i nie ma sensu dodawać mu łatki nieustraszonego, wytrawnego podróżnika. Koniec końców, pragnę podkreślić, że dokument telewizyjny (książki jeszcze nie miałem okazji przeczytać) niezwykle mi się podobał. Michael Palin jest klasą samą dla siebie. O wielu miejscach i faktach nie zdawałem sobie sprawy i patrzyłem na nie z otwartą buzią :) Warsztatowo seria prezentuje się również bardzo profesjonalnie. Generalnie "Himalaya" jest godna poleceniu każdemu, kto choć trochę interesuje się tamtymi rejonami. Przestrzegałbym jedynie przed "romantycznym" patrzeniem na pewne sprawy :) Czasy Shiptonów, Lissanewiczów i im podobnych bezpowrotnie minęły :(

Joanna
12 grudnia 2009 (11:35)
Nie będę negować
tego co pan napisał, panie Lafcadio. Filmów podróżniczych Palina nie oglądałam, mimo że sporo tego nakręcił - może wkrótce zacznę nadrabiać braki ;) Moje przemyślenia opierają się głównie na wersji książkowej, która jest po prostu świetna. Mnóstwo szczegółów i przeróżnych detali z każdego etapu wyprawy, ubranych w żywy, barwny język. W rezultacie nie przynudza. Tak jak wcześniej napisał Bob, Palin umiejętnie pobudza ciekawość, a nas wciąga coraz bardziej i chce się sprawdzić co wydarzyło się kolejnego dnia, i następnego, i następnego... A co do samego Palina, oprócz etapów kiedy podróż odbywała się samochodem, łodzią, czy na grzbiecie słonia, to nikt tam go w lektyce nie nosił, nikt nie rozwijał przed nim czerwonych dywanów, ani nie rozrzucał przed nim płatków róż, żeby go tylko nóżki nie bolały. On nie jest zmanierowany i nie robi za gwiazdę. I to przemawia do mnie najbardziej :) Dodam tylko, że więcej jego książek powinno zostać przetłumaczonych na język polski.
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
Raporty
zobacz również
„Białoruś dla początkujących” – Igor Sokołowski

„Co wiemy dziś na temat Białorusi?” - pyta polskiego czytelnika okładka książki. I odpowiada za niego, że niezbyt dużo.
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".