Między Scyllą a Charybdą
    Ukraina136 · Turcja71 · Rosja257 · wojna o Krym8
2014-03-06
Zimna wojna na Krymie trwa. Zaangażowanie Federacji Rosyjskiej nie budzi wątpliwości, coraz głośniej sprzeciw wyraża wspólnota międzynarodowa, a Stany Zjednoczone i Unia Europejska grożą Moskwie sankcjami. Tymczasem w sprawie Krymu najgłośniej milczy Turcja, która znalazła się między geopolitycznym młotem a kowadłem.

Putin i Erdogan na spotkaniu na otwarciu Błękitnego Potoku,wikimedia, Presidential Press Service kremlin.ru, CC,

Turcja od jakiegoś czasu jest postrzegana jako regionalne mocarstwo z aspiracjami. To uzasadniony pogląd, ponieważ zarówno pod względem ekonomicznym, jak i militarnym Ankara dysponuje potencjałem przekraczającym możliwości sąsiadów i predestynującym ją do wypowiadania się w sprawach międzynarodowych. Jednocześnie w ostatnich latach obserwujemy spadek skuteczności tureckiej polityki zagranicznej, nieproporcjonalny do rezultatów osiąganych na innych polach.

Gwałtowny wybuch niezadowolenia społecznego i przemodelowanie wielu państw regionu w wyniku tzw. „arabskiej wiosny” zaskoczyło Turcję w nie mniejszym stopniu, niż państwa Zachodu. Obnażyło też słabości tureckiej dyplomacji, która mimo żywotnego zainteresowania stabilnością polityczną i społeczną w Syrii nie zdołała skłonić Baszara al-Assada do zaprzestania działań zbrojnych wymierzonych w ludność cywilną. Rezultatem jest zarówno kryzys humanitarny – uchodźcy syryjscy wegetują w tureckich obozach przejściowych, jak i osłabienie pozycji międzynarodowej, spowodowane nieskutecznością tureckich struktur politycznych w relacjach z samą Syrią i sprzyjającą jej Rosją (Moskwa od początku wsparła reżim Assada, opowiedzenie się rządu w Ankarze po stronie opozycji zostałoby potraktowane jako sprzeciw wobec polityki Kremla). Wizerunkowo dużo stracił też sam premier Turcji Recep Tayyip Erdogan, który w wielu badaniach opinii publicznej prowadzonych w krajach Bliskiego Wschodu wskazywany był jako wzór polityka i męża stanu.

Jednocześnie Turcją wstrząsają kolejne problemy wewnętrzne. Korupcja i będący jej wynikiem kryzys zaufania do elit politycznych i wojskowych (głośne procesy, w których wyrok usłyszał m.in. szef sztabu generalnego gen. Ilker Başbuğ) nadszarpnęły wizerunek rządu w nie mniejszym stopniu, niż protesty społeczne w sprawie parku Gezi przy stambulskim placu Taksim z czerwca zeszłego roku. Oba problemy nie schodziły z pierwszych stron gazet, mając wydźwięk niemal aferalny. Media obciążały winą rząd i osobiście premiera Erdogana, wróżąc mu nawet rychły koniec rządów i trwającej dekadę prosperity rządzącej partii AKP. Tak się jednak nie stało, ale premier został zmuszony do wytężonej pracy na rzecz odbudowy swojego nadwątlonego wizerunku.

Niemniej jednak Ankara pozostaje liczącym się ośrodkiem politycznym, z drugą co do wielkości armią w NATO (gdzie ilość rzeczywiście idzie w ślad za jakością), poważnymi interesami gospodarczymi i możliwościami politycznymi. Możliwości te są szczególnie interesujące w odniesieniu do sytuacji sąsiada – Ukrainy.

Wydawałoby się, że zachowanie neutralności w kwestii ukraińskiej byłoby najmniej kosztowne z tureckiego punktu widzenia. (...) Według mnie ucierpiałaby na tym nie tylko Ukraina, ale i tureckie plany geostrategiczne. Neutralność przystoi krajom niewielkim i wycofanym z głównego obiegu politycznego, a nie państwu, które chce grać pierwsze skrzypce w regionie i stosunkach międzynarodowych.

W kwestii ukraińskiej, a zwłaszcza niezależności Krymu, Turcja znalazła się w potrzasku. Z jednej strony jej ambicje nakazywałby interwencję dyplomatyczną po stronie mniejszości tatarskiej (a co za tym idzie, nowego rządu w Kijowie), z drugiej logika ekonomiczna nakazuje wstrzemięźliwość w okazywaniu Rosji braku sympatii.

Ambicje nie ograniczają się wyłącznie do sprawy tatarskiej, chociaż ta ma ogromne znaczenie dla obecnej polityki zagranicznej Turcji w regionie. Obejmują one wiele innych czynników, poczynając od zaangażowania Ankary w sprawy Morza Czarnego (którego południowy brzeg należy do Turcji, północny do Ukrainy, wschodni do Rosji i Gruzji), przez możliwość ambicjonalnego pokazania swojego znaczenia, udowodnienia ostrożnej Brukseli, że bez Turcji UE nic nie wskóra (dodatkowe znaczenie ma tutaj fakt, że już od kilku dekad Unia trzyma Turcję w przedsionku, nie pozwalając jej na członkostwo), po uzyskanie roli przywódczej w NATO w zakresie zarządzania kryzysem ukraińskim.

Naprzeciw ambicji stoją jednak twarde realia, których rząd Erdogana nie może zlekceważyć. Otwarte poparcie Rosji raczej nie wchodzi w grę, Turcja nie może zrażać do siebie Unii Europejskiej i odtrącić krewniaków z uciskanej mniejszość tatarskiej na Krymie. Nie może jednak zapominać, że 30% tureckiego zapotrzebowania energetycznego na gaz realizowane jest w kontaktach handlowych z Rosją, a bezpieczeństwo energetyczne to nie jedyny istotny aspekt łączący wzajemne relacje Moskwy i Ankary.

Prezydent Putin dobrze wie, że Turcja stoi na rozdrożu. Wie też, że Ankara uważa każde z rozwiązań za bardzo kosztowne. W związku z tym testuje nerwy tureckich polityków, od wysyłania sygnałów o zamiarach inkorporacji Krymu (co zagrozi interesom Tatarów i pozycji Turcji, która dotąd stała za nimi murem), po „przypadkowy” przelot rosyjskiego samolotu na granicy tureckiej, w tureckiej strefie powietrznej. Błyskawiczne wykrycie obcego samolotu i poderwanie tureckich myśliwców dało do zrozumienia nie tylko Putinowi, że z Turcją nie ma żartów.

Wydawałoby się, że zachowanie neutralności w kwestii ukraińskiej byłoby najmniej kosztowne z tureckiego punktu widzenia. Pozwoliłoby na utrzymanie poprawnych stosunków z Moskwą, przy jednoczesnym zachowaniu twarzy w oczach partnerów z Zachodu. Według mnie ucierpiałaby na tym nie tylko Ukraina, ale i tureckie plany geostrategiczne. Neutralność przystoi krajom niewielkim i wycofanym z głównego obiegu politycznego, a nie państwu, które chce grać pierwsze skrzypce w regionie i stosunkach międzynarodowych.

Potwierdzeniem takiego poglądu są słowa prezydenta Turcji, Abdullaha Gula, który w czasie wczorajszego spotkania z Bronisławem Komorowskim zadeklarował: „Jesteśmy za współpracą strategiczną w opanowaniu sytuacji na Ukrainie, jesteśmy za tym, aby ziemie ukraińskie pozostały suwerenne i aby była chroniona niepodległość tego kraju”. Z wystąpienia prezydenta Gula jasno wynika, że Turcja wierzy w pokojowe rozstrzygnięcie sporu rosyjsko-ukraińskiego, przy pełnej świadomości zagrożenia zimną wojną, która zaangażowanym stronom może przynieść tylko szkody.

Pozostaje mieć nadzieję, że zakulisowe wysiłki Turcji – również poprzez jej znaczenie w regionie i pozycję w NATO – pozwolą jej na skuteczne mediowanie w sprawie Krymu, uniknięcie eskalacji konfliktu i doprowadzenie do zawarcia porozumienia. Pokój ankarski czy protokół stambulski gwarantujący stabilizację relacji ukraińsko-rosyjskich byłby potwierdzeniem pozycji Turcji i ukoronowaniem jej drogi do pozycji mocarstwowej. Aby było to możliwe, Turcja musi mieć otwarte drzwi dla przedstawicieli obu zwaśnionych stron.


Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Wschodnia Ukraina w ogniu

Wschód Ukrainy to nadal pole walki. W związku z wyborem Petro Poroszenki na stanowisko prezydenta, wiele wskazuje na to, że walka ta nabierze na sile. Separatyści usłyszeli wreszcie, że...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".