Moje Ukraińskie dni
    Ukraina w UE26 · Janukowycz51 · Kliczko1 · Jaceniuk8
2014-02-04
To będzie opowieść osobista, pisana w pierwszej osobie, oparta na faktach. Piszę ją, bo pewnie wiele osób chciałoby wiedzieć coś więcej o naszej akcji.

Agnieszka Piasecka, dr. Maxim i Bartosz Kramek (Fundacja Otwarty Dialog), foto: Adam Lelonek (psz.pl)

Gdy kilka tygodni temu zdecydowałam się zainicjować konkretną akcję pomocy dla protestujących na Ukrainie, nie wiedziałam jeszcze, że będzie to najważniejsze doświadczenie w całym moim dotychczasowym życiu.

Stosunki polsko-ukraińskie to trudny temat, a dla wielu osób wręcz traumatyczny. Doświadczenia historyczne obydwu narodów sprawiają, że rozmowa o przeszłości czasem bywa niezwykle trudna.

Wiele pojawia się w mediach publikacji bardzo skrajnych środowisk, które, nie ukrywam, również we mnie wzbudziły pewną ostrożność. Byłam niemal przekonana, że wszędzie, gdzie Ukraińcy żyją, tam jest zarzewie konfliktów.

Na jednym z przystanków w trasie zostaliśmy ugoszczeni przez ukraińską rodzinę wyznania grekokatolickiego zamieszkałą w Polsce. Zdrożeni, zmęczeni wieloma godzinami jazdy zostaliśmy wraz z naszym kierowcą podjęci sutym obiadem przy rodzinnym stole pod choinką. Z kominka pełgał płomień odbijający się na ręcznie malowanych przez córkę gospodyni bombkach, za oknem śnieżyca, a przy stole siedzą ludzie kompletnie się nie znający, nie mający o sobie zielonego pojęcia, których połączyła wspólna sprawa w tym szczególnym czasie.

W tamtej okolicy jest sporo rodzin ukraińskich i żyją one w całkowitej zgodzie z Polakami, bez żadnych napięć. Z opowieści gospodarzy wynika jednak, że ilekroć na Ukrainie jest jakiś kryzys, tutaj w Polsce intensyfikują się pojedyncze akcje tzw. „nieznanych sprawców”. Właśnie wtedy wypisuje się na murach antypolskie i antyukraińskie hasła w ilościach na co dzień niespotykanych. Skłócenie społeczności, które mają się szansę popierać to stara sprawdzona metoda postępowania. Wystarczy jeden atak albo wypuszczenie artykułu w prasie lokalnej i zaczyna robić się ferment.

Lokalna społeczność jednak dobrze odróżnia dziwnych przybyszów z zewnątrz od kilku lokalnych „zgniłych jabłek”. Jak podkreślają gospodarze – widać, kto przyjechał mącić. Potem zmienia się sytuacja polityczna, na Ukrainie kończy się kryzys, Polska podpisuje umowę gazową i na pewien czas znowu zapanowuje spokój.

Na początku nie chciało mi się wierzyć w te opowieści, ale napisy na płocie sama widziałam... Dziwny atak na autobus rejsowy jadący na Ukrainę w sumie też miał posmak prowokacji, wydarzyło się to bardzo w porę – akurat wtedy, gdy Polacy wystąpili solidarnie w sprawach ukraińskich, jakże wygodnie „nacjonaliści” zaatakowali autokar.

Na pytanie, czemu spora część ludzi na Wschodzie jest bierna, usłyszałam bardzo ciekawą, wartą zastanowienia odpowiedź: to już od czasów głodu. Zapanował tak niesamowity strach, że za jakiekolwiek wychylanie się będą represje. Zwłaszcza ludzie na Wschodzie mają traumę i sprawdzony sposób na przetrwanie w warunkach dominacji silniejszego sąsiada: Ticho jediesz, dalsze dojedjesz.

Rodzina gospodarzy pomogła nam tamtego wieczoru w wielu sprawach, o czym będę długo pamiętała, wspominając ich z niezmienną serdecznością. Wypiliśmy za pomyślność wyprawy, a skoro świt wyruszyliśmy w dalszą drogę.

Odpocząwszy u znajomych, którzy nas wspierali, ruszyliśmy w dalszą drogę do Kijowa. Ciemna autostrada prowadziła nas przez stepy i puszcze coraz dalej na Wschód. Co jakiś czas czuło się narastające napięcie. Kierowcy mijanych po drodze samochodów dobrze wiedzieli, kiedy i do kogo trąbić, a kiedy nie. Jaki mieli na to system? Któż to może wiedzieć...

Tak, opisywane w polskich mediach od kilku tygodni tituszki też były. Łapserdaki z zakazanymi twarzami niczym z kryminału poruszali się bardzo luksusowymi, jak na taki styl ubioru, samochodami i busami.

Właśnie wtedy, pod ciemnym jak oko wykol niebem ukraińskim, usnęłam głęboko i spokojnie po raz pierwszy od tygodnia.

Ranek zastał nas w Kijowie. Wszędzie wysokie budynki, ładnie utrzymane ulice – wierzyć nie chciałam, że w tym mieście tyle się dzieje. Wyszedł po nas uroczy Ukrainiec, który zawiózł nas do naszej kwatery tłumacząc po drodze niejedne zawiłości kijowskiej rzeczywistości społecznej.

Stanowisko Fundacji Otwarty Dialog, foto: Adam Lelonek (psz.pl) Stanowisko Fundacji Otwarty Dialog, foto: Adam Lelonek (psz.pl)

Potem była praca. Od początku mnóstwo spraw do załatwienia, rzeczy do zorganizowania, a ja przecież tylko gościnnie, na chwilę. Wolontariusze z Fundacji Otwarty Dialog mają pełne ręce roboty. Jedni wychodzą do sądu na przesłuchania podejrzanych obserwując tok postępowania, drudzy udają się w tłum, rozmawiają z ludźmi, zbierają informacje o sytuacji na Majdanie. Inni jeszcze stoją w namiocie pod figurą Michała Archanioła i przytupując z zimna notują kolejne doniesienia o przemocy wobec protestujących. Są tam cały czas, od południa do późnych godzin wieczornych.

Wieczorem nadszedł czas akcji. Niesiemy zgromadzone dary do Budynku Związków Zawodowych zajętego przez protestujących, gdzie na jednym z pięter urządzony jest szpital i magazyn. Nadszedł jeden z momentów, który zapamiętam na długo. Publikowałam już zdjęcie na Facebook, ale to nie to samo co dopowiedzieć parę słów. Warunki polowej konspiracji, pielęgniarki, lekarze i magazynierzy uwijają się jak w ukropie. Wszyscy wiedzą co mają robić, każdy zna swoje zadanie. Gdzieś w gonitwie wychodzi do nas lekarz będący na dyżurze. Przez moment nas słucha z niedowierzaniem, a potem twarz mu się rozjaśnia, płyną słowa podziękowania. Robimy kilka zdjęć, ale nie oddadzą one tych słów podzięki, które wtedy padły, a które potem jeszcze dodatkowo przeczytałam w liście.

Na wszelki wypadek wymazaliśmy nazwisko Maxima z pokwitowania zbiórki, pomimo odwagi z jaką podkreślił w emailu do mnie: Imena mogete ostavljat. Esli v moju storonu budut repressii, to budu obraschatsa. Mały wstyd, że nie znam ukraińskiego tylko rosyjski i urocze „rozumiem” w odpowiedzi.

Potem spacer po Majdanie dzięki znakomitemu przewodnikowi, jakim jest jeden z naszych wolontariuszy. Widzę zorganizowany obóz warowny niepasujący do niczego, co znam. Do niczego nie mogę tego odnieść. Robi jednak na mnie wrażenie organizacja łączności, druk prasy niezależnej, kuchnia polowa i ogólne wrażenie, że każdy zna swoje miejsce.

To jest opis obrazka Foto: Adam Lelonek (psz.pl)

Zawitaliśmy w gości do 7. sotni Samoobrony Narodowego Sprzeciwu. Trzon tego swoistego wojska złożony jest z weteranów wojny afgańskiej, a reszta to ochotnicy, którzy zaciągają się cały czas. Sotnie podzielone w oddziały ćwiczą starcia z oddziałami Berkutu. Wyrzeźbione w drewnie wierne kopie tarcz, kije bejsbolowe i inne zamiast pałek, a także hełmy... różne – najczęściej takie jak dla robotników pracujących na wysokościach.

W namiocie 7. sotni kolejna wzruszająca chwila, której nie zapomnę. Nasz przewodnik Andrzej powiedział zgromadzonym przy kozie wiarusom o akcji pomocy dla Służby Medycznej. Moment ciszy, ileś spojrzeń, które na mrozie jakby wolniej reagują. W pewnym momencie dowódca wstał i wręczył mi jeden z hełmów owego wojska powstańczego ze słowami: To dla Pani. W podzięce. Hełm pomarańczowy, zwykły, ale zdobiony w szczególny sposób. Na przodzie Matka Boska niczym z Ostrej Bramy, mająca chronić od kul, a z boku gałązka czerwonej jarzębiny, symbol Ukrainy. Pomyślałam sobie i powiedziałam na głos: Panowie, tak jakbyście mi szlify oficerskie dali. Wszyscy razem zrobiliśmy sobie jeszcze wspólne zdjęcie – na moją, przyznam szczerze – dość bezczelną, prośbę. Kiedyś, gdy Ukraina doczeka się zmiany rządzących, podzielę się tym zdjęciem.

Hełm przewieziony jakoś przez granicę leży na moim łóżku pośród najrozmaitszych maneli wyrzuconych z plecaka i pachnie ogniem i dymem z kozy na środku namiotu dzielnych ludzi z Majdanu.

Obok obozu toczy się z pozoru życie jak co dzień. Działają centra handlowe, a nawet puby i restauracje, do których jednak nikt teraz nie przychodzi. Propaganda skierowana przeciwko protestującym robi swoje, a przecież wokół placu nikomu nie spadł włos z głowy w wyniku agresji protestujących. Rozumiem jednak strach... to może być cisza przed burzą, w każdej chwili może się coś nowego zacząć dziać.

Mogłabym jeszcze wiele rzeczy opowiadać. O niewiarygodnej życzliwości ludzkiej, o kiełbasie, która jest kiełbasą, śmietanie z folii, która jest śmietaną, a nie produktem śmietano-podobnym, o ręcznie robionych pierogach sprzedawanych w fastfoodowej restauracji, cerkiewkach wystających tu i ówdzie z białej plamy śniegu... i jeszcze wielu, wielu innych rzeczach. Moje serce jest w Kijowie. Zakochało się w Ukrainie.

Bałam się, że Ukraińcy dadzą się zastraszyć, że pochowają się jak szczury do nor i Ukraina stanie się drugą Białorusią. Bardzo się cieszę, że te przewidywania, póki co, nie sprawdzają się.


Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Wschodnia Ukraina w ogniu

Wschód Ukrainy to nadal pole walki. W związku z wyborem Petro Poroszenki na stanowisko prezydenta, wiele wskazuje na to, że walka ta nabierze na sile. Separatyści usłyszeli wreszcie, że...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".