Jedenaście nowych utworów to kontynuacja drogi, którą wytyczyli sobie na początku kariery trzej muzycy. Już po pierwszych sekundach pierwszego utworu – Uprising – słyszymy, że będzie naprawdę kolorowo. Brzmienia syntezatorów przypominające te z lat 80 podążają w tanecznym rytmie perkusji. Na myśl od razu przychodzi zespół Queen i jego równie równie barwna twórczość. Tytułowy utwór The Resistance potwierdza tylko te myśli. Zaczynający się tajemniczym intrem, lekko kiczowatym motywem fortepianu (a raczej elektronicznego pianina) double time granego przez Dominica Howarda, zwrotki i refrenu moim zdaniem wprost wyrwanym z Queen.
W Undisclosed Desires uwagę przykuwają elektroniczne piccicata skrzypiec, równie dancingowy charakter i w tym momencie płyta zaczyna się niestety nudzić. Początek United States Of Eurasia – znowu Queen, tym razem wyraźnie nawiązujące do Bohemian Rhapsody. Balsam dla moich uszu – gra prawdziwy fortepian. Ku mojej radości pod koniec całości słychać znowu fortepian grający również znane mi dźwięki – to już jednak nie Queen. Wielki polski kompozytor, Fryderyk Chopin i jego przepiękny Nokturn Es-dur Op. 9 Nr 2.
W sumie nie powinno to dziwić: Muse, a właściwie Matthew znany jest ze swojego zamiłowania do muzyki romantycznej – zwłaszcza fortepianowej.
Chopin wprowadza nas w następny utwór Guiding Light, który bez zmian przypomina już wcześniej wymieniony zespół. Bardzo pompatyczny i nabrzmiały. Linia melodyczna wokalu kojarzy się z wjazdem królowej do zamku. Szczerze powiedziawszy wolałbym usłyszeć że panowie zrobili ten utwór dla żartów. Unnatural Selection – utwór chyba najbardziej przypominający Muse jakie znamy z płyt poprzednich. Zaczynający się wstępem kościelnych organów, po których słyszymy gitary, ich tempo i temperament – bez wątpienia jedna z mocniejszych pozycji na płycie. Kolejne dwa utwory – MK Ultra oraz I belong To You to też Muse jakich lubię. W tym ostatnim słyszymy znowu naleciałości romantyczne – wykorzystane w świetny i gustowny sposób.
Po tych 8 utworach trzeba stwierdzić, że muzycy zrobili trochę zamieszania – wydaje mi się, że rozumiem już kolorową okładkę. Ale oto na liście utworów mamy przed sobą – uwaga – symfonię. Formę muzyczną, która wykształciła się w klasycyzmie a swój kulminacyjny moment miała właśnie w romantyzmie. Zainteresowanie romantyzmem przerodziło się tu trochę w „fatalne zauroczenie” ponieważ nazywanie popularnych piosenek „symfonią” jest lekką przesadą. Nie można powiedzieć, że kompozycje są złe i czegoś im brakuje. Wręcz przeciwnie. Są pełne patosu, pełne dźwięków i pomysłów. W części I – Overture – wydaje się że nadal słychać elektroniczne smyczki, grające rozległe arpeggia po akordach rodem z hollywodzkiej muzyki filmowej. Dalsze motywy wydają się znajome, jakby zaczerpnięte z romantycznych koncertów czy innych utworów fortepianowych.
Problem z zakwalifikowaniem grupy do jednego gatunku muzycznego nie istnieje od dziś ani od wydania płyty The Resistance. W trzech ostatnich utworach słyszymy mieszankę wielu gatunków muzycznych. Cała płyta to prawdziwy miszmasz gatunków i stylów. Od alternatywnego rocka, neoproga, elektroniki, muzyki pop – zwłaszcza z lat 80 – muzyki filmowej, aż po romantyzm. Jeżeli ktoś ceni w muzyce różnorodność i pomysłowość to ta płyta jest właśnie płytą dla niego.
Jednak można zadać sobie pytanie ile w nowej płycie Muse jest w Muse? Niestety, oprócz tego że grają na niej Matthew Bellamy, Dominic Howard i Chris Wolstenholme to chyba dość mało. Bo przynajmniej w 50% słyszymy inne zespoły i innych kompozytorów. Sami artyści nie ukrywają tego, że wiele czerpią od innych. Może to, że nie są do końca sobą to właśnie ich styl.
Dla mnie nie to jest podstawowym problemem The Resistance. Moim zdaniem wielkim minusem jest to że panowie grają od razu w otwarte karty. Nie zostawiają nic na potem. Od razu przechodzą do rzeczy. Po pierwszym przesłuchaniu płyty tak naprawdę nie mamy do czego wracać bo już wszystko o niej wiemy. Artyści od początku zostawiają otwarte drzwi z luksusowym wejściem. Wszystko jest bardzo dosłowne, bez tajemnic. A mieszanie stylów przy takich rozwiązaniach muzycznych wydaje się być tylko „pięknym”, ale nie zawsze potrzebnym dodatkiem.
Po sukcesie debiutanckiej płyty „Lungs” na współpracę z Florence Welch czekali najlepsi amerykańscy kompozytorzy i producenci, w celu nagrania drugiej płyty ponoć było już nawet...


Start



Komentarzy: 0