Na przekór Iggy’iemu - z wyprawy po Australii
    Australia6 · reportaże z podróży201
2012-10-21
Autor: Johnowsky
Zaczynamy. Wieczór, 26 stycznia - Australia Day lot z Sydney do Perth. Początek nie wróżył nic dobrego, taxi spóźniło się 25 minut i z lekką paranoją, ale zdążyliśmy na samolot. W Perth przywitało nas jeszcze bardziej tropikalne powietrze niż w Sydney. Niesamowita temperatura i wilgotność, powietrze niczym ciężka zawiesina stało w miejscu.

Tam na dole na plaży jest dwójka ludzi - klify w Parku Kalbari, zdjecia Dominik Jach

Rano odbieramy “nasz dom” - toyotkę hiace campervan 2.4, tylni napęd. Uczymy się obsługi i ruszamy w trasę. Odbierając furę pierwszy raz widzimy zdziwienie ludzi, gdy dowiadują się, że wybieramy się na północ do Exmouth. Przecież tam teraz lato czyli "hot & wet", nie do wytrzymania! Tu też pierwszy raz słyszymy imię Iggy, tropikalnego bandyty, który chciał nam pokrzyżować szyki. Iggy to tropikalny cyklon, który mocno naznaczy swoją obecnością nasz trip. Na tamtą chwilę przewidywali jego uderzenie w okolicach Exmouth, za jakieś 6 dni. Jakoś wtedy jeszcze zlekceważyliśmy info o cyklonie... "ok, ok - będziemy słuchać radia".

Jedziemy. Pierwsze widoczki, ogólnie na czerwono, mocno czerwona ziemia i sucho zielona roślinność. Tu jest jeszcze nawet ruch, mijamy pierwsze road train'y (do 35 mil), a podczas wyprzedzania jednego jesteśmy zaskoczeni osiągami naszego domku - idzie 165. Road train'y nie są takie straszne jak nas przestrzegali. No, może lekki strach pojawia się gdy droga jest wąska, a on nie zwolni.

Obserwujemy z daleka dziwne leje przypominające trąby powietrzne, nie domyślając się jeszcze, że to "bush fire". Po kilkuset kilometrach wyrastają nam płotki na drodze i rangersi. Droga zamknięta - bush fire. Na szczęście tu jeszcze da się objechać inną trasą. Można powiedzieć, że objazd - momentami jednopasmowy - podczas mijania z road trainem i chmurą czerwonego pyłu za nim był lekko hardcore'owy. Przez objazd już pierwszego dnia złamaliśmy dawaną nam przez wszystkich radę "nie jeździjcie po zmroku".

Mijamy pierwsze miasteczko Geraldton, ale decydujemy się jechać dalej w nocy do pierwszego celu - Parku Kalbarri. Pierwsza noc i pierwszy raz w życiu widzę takie niebo. Ogromna ilość gwiazd, bardzo mocno świecący kawałeczek księżyca, wyraźnie widoczna droga mleczna, gwiazdy i księżyc wydają się być znacznie niżej i bliżej ziemi.

Wyprawa do Australii - Kangury Wyprawa do Australii - Kangury

Po drodze, zbliżając się do Parku Kalbarri obserwujemy pierwsze kangury. Na tę chwilę wyprawy, mocno podekscytowani ciągle się zatrzymujemy, cofamy, wysiadamy, próbujemy podchodzić, robić fotki. Ruch na drodze - jak to na odludziu - zerowy, więc można tak dziwnie się zachowywać :) Kangurów już sporo więc jedziemy powoli. W tej krainie kangury są płochliwe i obserwujemy je jedynie po zmroku. Kimamy na dziko, w miasteczku przy Parku. Pierwsze duże nasilenie komarów i innych nieokreślonych latających syfów. Wcześnie rano obudził nas ranger parku i solidnie opieprzył, że nie mogliśmy tam spać i żebyśmy spadali.

Na informacji turystycznej poznajemy kilkoro ludzi podróżujących tam gdzie my. Lekko się pocieszyliśmy, że nie jesteśmy sami. Tu niestety dowiadujemy się, że część drogi do naszego następnego celu jest zamknięta z powodu pożaru buszu i nie wiadomo kiedy otworzą (nawet kilka dni). Na tym etapie naszej trasy jest to już jedyna droga więc brak objazdów. Dodatkowo znowu nas tu straszą Iggy'im. Oszołomieni nieciekawymi informacjami zaczynamy zwiedzać okolicę. Na początek olbrzymie, minimum kilkunastopiętrowe klify nad oceanem. Temperatura 40 lub powyżej. Klify i okolica to pierwsze miejsce o wysokim natężeniu much i szarańczy. O ile szarańcza wydaje się niegroźna i tylko setkami ewakuuje się z krzaków, w stronę których idziesz, jedynie czasem uderzając w ciebie, to muchy.... masakra. Lata ich dookoła ciebie kilkadziesiąt lub kilkaset. Obsiadają ciało - dobra, luz, da się wytrzymać. Ale twarz to już przegięcie. Obsiadają ją całą, wlatują do nosa, uszu, siadają na ustach, wchodzą do oczu pod okularki. B. próbuje z nimi wygrać siłą spokoju, ale nie daje rady. Ja owijam wokół głowy koszulkę.

Następnie jedziemy nad Pink Lake. Jak nazwa wskazuje... różowe jezioro z różową wodą. My, po naszemu, wbijamy z drogi nad jezioro na dziko. Włazimy na jakąś mierzeję, wali niekiepsko jakimś amoniakiem czy mocznikiem. Po drodze minęliśmy jakiś szlaban z tabliczką, ale po co przeczytać, że to teren jakiejś firmy chemicznej i prowadzą tu badania. Lepiej próbować sprawdzić różową wodę, wchrzanić się w chemiczne szare, śmierdzące błoto i czyszcząc się zatrzeć oko i twarz jakąś chemią. Tak, to ja.

Mijając ponownie miasteczko dowiedzieliśmy się, że otworzyli odcinek naszej trasy do miejsca, w którym jest skręt do kolejnego celu. Tymczasem Kalbarri Park właściwy. Pierwsze miejscówki i pierwszy dłuższy off road (zabroniony dla naszego camperka) 27 km w jedną stronę. Tu jeszcze damy radę bez 4x4. Wertepy solidne, sporo piachu i dziur, raz droga żółta, raz czerwona. Dopiero po kilku kilometrach zauważam, że tu albo da się jechać 10 km/h albo 60-70 km/h, a wszystko pomiędzy jest nie do wytrzymania pod względem drgań, hałasu i telepania. Wybór jest prosty, są momenty strachu na zakrętach i na dziurach, ale czujemy się jak na Dakarze. Po drodze konkretne widoczki i dziwne rośliny. Chodzimy po parku w ekstremalnych warunkach, na dole kanionu jest dziś 48-49 stopni, ziemia i skały parzą w stopy przez buty. Świetne widoki, ogromny czerwony kanion, a na dole ciepła słona rzeka, w której odpoczywamy dłuższy czas. Nad rzeką czarne łabędzie - symbol stanu Western Australia.

Wyprawa do Australii - jezioro Pink Lake Wyprawa do Australii - jezioro Pink Lake

Jest znów późno, ale mając na uwadze, że otworzyli drogę do kolejnej miejscówki, a czas mamy ograniczony - ruszamy dalej, znowu po ciemku. Ostatkami sił docieramy do Road House (stacja benzynowa, sklep, miejsce do jedzenia i spania) Overlord, w którym jest skręt do kolejnej krainy - Shark Bay. W road house'ie potworny syf, ogromne karaczany biegają jeden za drugim po ziemi i ścianach kontenerów, duża ilość latających owadów. Jak w jakimś horrorze. Łazienka to samo, oprócz ciebie kilkadziesiąt różnej maści i wielkości insektów i pajęczaków i syfiasta, odsalana woda.

Wynosząc się z tego syfu jeszcze dostaliśmy opieprz od kolesia z obsługi, gdy zapytaliśmy o drogę (bush fire) i cyklon. Krzyczał coś, że dosyć ma głupków takich jak my, że jesteśmy debilami, że chcemy zginąć, że nie wiemy co to cyklon itd. No w sumie nie wiemy, w końcu z Polski jesteśmy. Niestety droga dalej na północ jest zamknięta, więc już wiemy, że skręcamy tu do Shark Bay i zwiedzamy. Pierwszą miejscówką na trasie jest stara stacja telegraficzna (przerobiona na informację turystyczną), bowiem paręset metrów stąd idziemy oglądać najstarsze żyjątka na świecie. Stromatolity, żyjące skałki w kolorach szarych, brązowych i czerwonych. Mają ponad 3 mld lat i wytworzyły 10-20% tlenu na Ziemi. To kolejne miejsce o wysokim natężeniu much. Są wszędzie. Dodatkowo przeżywam atak jakiegoś dużego żuka, który wyraźnie atakuje moje kolorowe spodenki.

Teren nad oceanem w tym miejscu składa się tylko i wyłącznie z muszelek, malutkich posklejanych ze sobą muszelek. Ani grama piasku. Mijamy też "kopalnię muszelek", czyli miejsce, gdzie pierwsi osadnicy wycinali te muszelki w blokach jak pustaki i budowali z nich domy. W okolicy stoi jeszcze kościół z takich muszelek. Pływając na pobliskim Shelly Beach spotykamy w końcu jakichś innych turystów i po raz pierwszy obserwujemy ludzi kąpiących się w oceanie, jak to nazwaliśmy „na morsika”. Ludzie po prostu siedzą w ciepłej wodzie po szyje i rozmawiają.

Wracając off road’em z kolejnej miejscówki, gdzie można było obserwować lemon sharks, nervous sharks i diugonie natykamy się na pierwsze emu. Kilka sztuk – rodzinka emu powoli przechodzi nam poprzez drogę i się oddala. Oczywiście stajemy i próbujemy podejść. Emu zdają się w ogóle nas nie zauważać i powoli odchodzą.

Wyprawa do Australii - Kalbarri Park Wyprawa do Australii - Kalbarri Park

Docieramy do Denham (600 mieszkańców), jedynego miasteczka w Shark Bay. Po uzupełnieniu zapasów żywności decydujemy się jechać dalej do położonego obok Monkey Mia, które okazuje się być tylko dużym kempingiem położonym na skraju Parku Narodowego Francois Peron. Kemping pełna kulturka, aczkolwiek są i muchy i inne atrakcje, jak chociażby latające ptaszki w łazienkach czy jaszczurka w kabinie prysznica. Podczas formalności na kempingu dowiadujemy się, że zmienił się tor Iggy’iego i teraz jego planowane uderzenie jest dokładnie w miejscu, w którym się znajdujemy. W sumie dla nas to na plus, bo znaczy to, że jak otworzą drogę dalej na północ to będziemy mogli bez obaw o cyklon pojechać do Exmouth. Mimo, że planowane uderzenie cyklonu ma być za jakieś 3 dni i cyklon obniżył swoją kategorię do dwójki, ludzie z recepcji pouczają nas na temat ewentualnej ewakuacji…

Nurkowanie w Monkey Mia bez większych atrakcji, dodatkowo Iggy obniżył już znacznie widoczność w wodzie, aczkolwiek B. dostrzegł raz przy dnie Wobbegong Shark. Po wieczornej przechadzce po parku w poszukiwaniu zwierzątek (duże kraby, jaszczury i kangury) siedzimy sącząc burbonik, gdy nagle zrywa się mocny wiatr. My uradowani, że w końcu może będzie lżejsza noc, zawsze to przyjemniejsze 30 stopni z wiatrem niż bez. A tu nagle “pyk” i koniec wiatru, jakby ktoś przełączył guziczek na off i jeszcze gorętsza noc niż poprzednie. Tego dnia stwierdzamy również, że muchy z komarami pracują na wyraźne zmiany. Jak tylko zachodzi słonce muchy znikają, a pojawiają się komary.

Kolejny dzień zaczynamy od karmienia dzikich delfinów, które przypływają w to miejsce od 50 lat. Ludzie z obsługi kempingu dokładnie rozróżniają każdego delfina (po płetwie), a na kempingu wiszą rozrysowane drzewa genealogiczne przypływających tu rodzinek. Przypływa ich około dziesięciu, w tym dwa malutkie. Trochę się bawią, podpływają do brzegu do ludzi, odpływają. Przy okazji dowiedzieliśmy się ciekawych faktów z życia seksualnego delfinków. Otóż chłopaczki delfinki skrzykują się w grupkę, upatrują sobie najlepszą laskę w stadzie. Wspólnymi siłami odciągają wybrankę od stada, a później - wiadomo co… brutalnie i po kolei. Ot, takie słodkie zabawy słodkich delfinków.

Oprócz delfinów mamy okazje obserwować przepływające żółwie i pelikana. Pelikan wygląda śmiesznie, a jego duże żółto-czarne oczy wyglądają jak sztuczne.

Oczywiście my byśmy chętnie popływali z dzikimi delfinami, jednak w miejscu ich karmienia nie wolno. Ale - biorąc pod uwagę fakt, że delfiny pływały również kawałek dalej - postanawiamy następnego dnia rano ze sprzętem wybrać się popływać w okolicy licząc, że do nas podpłyną.

Wyprawa do Australii - skolopendra Wyprawa do Australii - insekty, owady, stonogi

Uffff co za ulga, udało nam się kupić coś super skutecznego na muchy – siatki na głowę. Niesamowita ulga, już niestraszne nam miejscówki o wysokim natężeniu owadów. Zmierzając w stronę domku natykamy się na solidne stado emu. Kilkanaście sztuk, dużych i małych. Większość sobie spokojnie chodzi, tylko jakieś trzy gdaczą, warczą, walczą ze sobą i ganiają się, mało mnie przy tym nie taranując. Docieramy do campervana, a tam… kolejnych kilkanaście sztuk emu, z czego kilka podeszło na poranną kawkę pod sam samochód. Nie boją się w ogóle, my boimy się ich bardziej, niż one nas.

Po południu, po paru godzinach w oceanie idziemy pochodzić po parku. Niestety, możemy zwiedzić tylko okolicę, gdyż większa część tego parku jest dostępna już tylko dla samochodów 4x4 – głęboki piach. Nie jest to jednak wielkie zmartwienie, bowiem dowiedzieliśmy się, że właśnie otworzyli drogę w kierunku Exmouth, więc kolejnego dnia i tak ruszamy dalej. Podczas eksplorowania parku po raz pierwszy poważnie boimy się o siebie. Byliśmy parę km od kempingu, gdy nagle niebo zaczęło zmieniać kolory z błękitnego na granatowy a później już gdy widoczna była idąca burza na białe. Mija kilka minut gdy zaczyna wiać bardzo mocny wiatr mocno ciskający w nas piaskiem. Powoli robi się strasznie, strzelają pioruny, zaczynają padać olbrzymie krople deszczu. Uderzają w ciało z taką siłą, że boli jak cholera. Biegniemy do domu, w trakcie obserwujemy jak w ciągu jakiś 30 sekund nagle plaża zniknęła pod wodą. Pod drodze mijamy kolejną rodzinkę emu, która zarówno nas, jak i straszną dla nas burzę ma gdzieś. Poobijani burzą tropikalną docieramy do domu. Nagle B. krzyczy, że ma coś na ręce i zrzuca to na ziemię, a ja rozgniatam to leżącą obok muszlą. Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że to co rozgniotłem swoja budową bardzo przypominało...skorpiona.

Tego dnia doświadczamy jeszcze dwóch burz tropikalnych, z czego jedną spędzamy na brzegu pod łódką bowiem znowu wybraliśmy się do parku. Owe burze tropikalne mają już ścisły związek z będącym jeszcze daleko, ale już mocno oddziaływającym cyklonem Iggy’im. Niebo przed, podczas i po tych burzach niesamowite. Zmienia się z minuty na minute przyjmując całą paletę kolorów – wszelkie odcienie niebieskiego, szarego, aż do granatowo-czarnego. Kształty chmur są również niewiarygodne.

Plan pływania z delfinami niestety nie wypalił. Delfiny następnego dnia po burzach w ogóle nie przypłynęły. Wobec czego ruszamy w kierunku Exmouth, po drodze odwiedzając kilka miejscówek, w tym akwarium położonego nad brzegiem oceanu, gdzie osaczeni chmarami much uczestniczyliśmy czynnie w karmieniu rekinów oraz innych przeróżnych stworów morskich (często dużo groźniejszych od samych rekinów). Dorosłe lemon sharks i nervous sharks (najpopularniejsze w tym rejonie) skacząc i wyrywając sobie kawałki mięsa swoim zachowaniem przypominają mi atakujące pitbulle. Poza tym wydają się dosyć nierealne, ciekawe przeżycie. Po drodze znowu rodzinki emu, które już na nas nie robią wielkiego wrażenia.

Po skręcie przy syfiastym Road House’ie zaczęły się nowe drogowe atrakcje. Co chwila, przy każdym zagłębieniu drogi pojawiają się znaki Floodway (miejsca gdzie regularnie droga jest zalewana), miarki do mierzenia poziomu wody (2 do 4m) oraz znaki wskazujące jak dalej biegnie droga. Jako, że czytaliśmy o tym wcześniej, wielkiego strachu w nas to nie już nie budzi. Lekką konsternację odczuwamy jedynie gdy trafiamy na rzeczywiście lekko zalane fragmenty drogi z całkowicie zalaną okolicą. No cóż, mamy tylko nadzieję, że droga będzie przejezdna podczas naszego powrotu.

Droga jak droga, kolejne pustkowia, górki, śliczne widoki i powoli zmieniająca się roślinność na jeszcze bardziej tropikalną. Po drodze pierwszy raz obserwujemy orły. Gdy stanęliśmy okazało się, że zajadały się trupem kangura. To nieciekawy temat, ale wspomnieć trzeba. Cała Western Australia jest usłana nieżywymi, rozjechanymi kangurkami. Leżą przy drodze co chwilę, a im jedziemy bardziej na północ tym jest ich więcej. Zdarza się, że w jednym miejscu, obok siebie leży kilka.

Dojeżdżamy do Carnarvon (5 tys. mieszkańców). Podczas wjazdu do miasteczka przez pozalewane tereny przeżywamy kolejną burzę tropikalną. Przez chwilę leje tak, że nic nie widzimy i musimy stanąć. Gdy przestaje padać okazuje się, że stoimy na parkingu w połowie zalanym przez rzekę wpadającą do oceanu. Miasteczko nazwałbym takie typowo cyklonowo-tropikalne, jak z filmów o cyklonach. Domki brzydkie, tandetne, parterowe, wiele razy naprawiane. Samochody stare, porozwalane. I ludzie – dziwni, i aborygeni, i biali.

Geograficzne wyszukiwanie tekstów Wybierz kontynent i kraj, czytaj nasze teksty

Dalej droga i kolejne dziwne zjawisko na niebie wywołujące lekki niepokój. Po lewej mamy piękne błękitne niebo i słoneczko, natomiast po prawej niebo przybrało kolor brązowy – kawy z mlekiem. To chyba były burze piaskowe, ale do tej pory nie wiemy bo udało nam się tego uniknąć, jechaliśmy wzdłuż tego zjawiska jakieś 100 km. Po drodze spotykamy jeszcze stada dzikich krów, dzikie kozy i stada owiec. Znów ciemno, ale postanawiamy dojechać już do końca. W tej krainie obserwujemy już znacznie więcej kangurów, a im bardziej zbliżamy się do Parku Cape Range tym jest ich coraz więcej. Dodatkowo w tych rejonach kangury są dużo mniej płochliwe i pojawiają się w ogromnych ilościach jeszcze przed zmrokiem. Podczas jednego z postojów dostrzegam w światłach vana coś jakby bardzo dużą stonogę jedzącą szarańczę. Dopiero w Polsce dowiaduję się, że była to skolopendra – gatunek wija, której ukąszenie powoduje ogromny ból i gorączkę ponad 40 stopni. A ja w klapkach.


Tam na dole na plaży jest dwójka ludzi - klify w Parku KalbariPark Narodowy Cape RangeJezioro Pink LakeKalbarii ParkStromatolity - najstarsze żyjątka na Ziemi, jak kamienie a żyją
Komentarzy: 1

Maggi
15 marca 2013 (11:38)
Cudowna Australia
Pięknie zrelacjonowana wyprawa,ciekawie z humorem,zdjęcia zachwycają,chciałabym też pojechać...
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Tajlandia - podróż po krainie uśmiechu

Przybyliśmy po piętnastu godzinach podróży na wyspę Koh Ko Khao ( lot + transfer ). Myślę, że nietrudno dociec na podstawie nazwy geograficznej, iż jest to Tajlandia, którą chcieliśmy...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".