Naypyidaw - Absurdalna stolica
    Birma18 · junty wojskowe13 · reportaże z podróży201
2010-12-12
W podróży do Naypyidaw wszystko zdaje się być absurdem, lub czystej wody nonsensem. Miasto o założeniach po dziś dzień pozostających tajemnicą. Gród nieoznaczony na mapach, którego plany nie istnieją (bądź nie są dostępne). Miejsce do którego nikt nie chce jechać, a spora część nie wie nawet, gdzie to za bardzo jest. Miasto-widmo. Nowa stolica Birmy.

Foto: Michał Lubina

Powstanie Naypyidaw to projekt obecnego przywódcy junty birmańskiej gen. Than Shwe. W typowy dla tej władzy sposób działania, z dnia na dzień, ot tak, stwierdził, że zmienia stolicę. Rangun okazał się być passé. Za bardzo kojarzył się z kolonializmem, a ostatnio także z protestami i Aung San Suu Kyi. Poza tym – był za blisko morza. Dla myślącej paranoicznymi kategoriami władzy birmańskiej fakt ten automatycznie związał się z Irakiem. Oczami wyobraźni już widzieli amerykańskich marines robiących im desant niczym Brytyjczycy w 1824 r. (tyle, że tych by raczej z cieplejszymi uczuciami witano). Nie, Rangun to nie było miejsce na spokojne rządy. Trzeba było znaleźć coś innego.

Birmańska opozycjonistka na wolności: Wolna Aung San Suu Kyi!

Zresztą – tako tradycja birmańska rzecze, że jak nowy władca zasiada na tronie, to zmienia stolicę. W dziedzictwie birmańskim jest też kilka innych sympatycznych elementów. Tak, jak na przykład obyczaj mordowania, na wszelki wypadek, wszystkich członków rodziny panującej. Co prawda nie wolno było przelewać królewskiej krwi, ale i to – jak pisze B. Góralczyk – odchodzono. Książąt topiono, duszono, miażdżono słoniami…

Generał Than Swe z tradycji korzysta w bardziej nowoczesny sposób: przeciwnicy znikają bez wieści, siedzą w słynnym więzieniu Insein (zbudowane jako największe w całym British Empire i wciąż dobrze służy!), bądź – jak do niedawna pani Suu Kyi – w areszcie domowym. Tradycję przenoszenia stolic też sobie wziął do serca – i nawet nazwał nowy gród stoliczny, z charakterystyczną dla każdej władzy totalitarnej skromnością – Naypyidaw („Królewska Stolica”). To zresztą miało być wyraźnie nawiązanie do tradycji imperiów birmańskich, których Than Shwe czuje się kontynuatorem. Budował więc miasto tak, jak należało, po Bożemu. Najpierw zapytał o radę astrologów. Ci wskazali mu miejsce (geograficzne centrum kraju, połowa drogi między Rangunem a Mandalaj, dawnymi stolicami), następnie dokładną datę ogłoszenia i przeprowadzki. Z wyrokami gwiazd się nie dyskutuje. Nie w tym kraju. Than Shwe przeniósł stolicę. Tyle tylko, że tam… nic nie ma.

Naypyidaw, foto, Michał Lubina

Miałem tego świadomość, a mimo to pojechałem. Samo dotarcie nie jest łatwe, gdyż co prawda leży to w połowie drogi z Rangunu do Mandalaj (dzięki czemu wszyscy podróżnicy mówią potem, że „widzieli Naypyidaw”, przez okna autobusu/pociągu oczywiście), ale na tyle daleko, że nie da się zobaczyć stolicy wyjeżdżając z któregoś z tych miast w jeden dzień. Można albo spać w samym Naypyidaw, gdzie hotele są tylko rządowe (to ma znaczenie w Birmie) i najtańszy kosztuje coś koło 40 USD za noc. Albo też zrobić tak, jak ja – przenocować w Taungoo (też nie mało, 10 USD) i rano pojechać do Naypyidaw.

Pojechałem i mój całodzienny pobyt w tym miejscu spowity był gęstymi oparami absurdu. Sam dojazd nie jest łatwy nie tylko dlatego, że z transportem tak sobie, lecz i z powodu miejscowych. Jak tylko autobus dojeżdża do skrzyżowaniu drogi Rangun-Mandalaj (odnoga na Naypyidaw tam odbija), cały autobus życzliwie pomaga: „to tu, zaraz wysiadasz, tam masz autobusy do Mandalaj”. W dobrej wierze to czynią. Przecież to jedyny rozsądny powód, dla którego mógłbym się tu znaleźć. Wszyscy turyści jadą do Mandalaj, logiczne więc, że skoro tu jestem, to tam zmierzam. Autobus mija skrzyżowanie, zatrzymuje się. Konduktor podchodzi. „Teraz masz wysiąść”. Nie wychodzę. Kierowca się wychyla, zdziwieni współpasażerowie zerkają... A ja twardo: ja chcę do stolicy! Zdziwienie. Szok. Ale po co? Po kiego? W głowie im się nie mieści, że ktoś chciałby zobaczyć Naypyidaw. Przecież tam nic nie ma!
W końcu odpuszczają. Wiadomo: obcokrajowiec to z definicji istota dziwna, niepojęta.

O Birmie: wywiad z prof. Góralczykiem

Dojeżdżamy. Wielki dworzec autobusowy. Jak to w Birmie, od razu ktoś podchodzi, pomaga. Wskazuje autobus… wyjeżdżający z Naypyidaw! Znów z dobrymi intencjami. No bo przecież skoro jakiś biały już się tu znalazł, to tylko przez pomyłkę, nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Z całą pewnością chce się jak najszybciej wydostać. Wyjechać do Mandalaj.

Wychodzę pieszo z dworca. W oddali widzę wielką, złotą pagodę (jak się później okaże, będzie to kopia Shwedagonu, najsłynniejszej pagody Rangunu). Idę, ale diablo to daleko. Nagle podjeżdża autobus miejski. Wchodzę, pokazuje na pagodę – „jedziesz tam?”. Tak, tak. Dobra, jedziemy. 2 minuty, może 5. Nagle autobus skręca w lewo (a pagoda jest na wprost), zatrzymuje się na przystanku… Chcę wysiadać, ale jakaś przemiła staruszka mnie zatrzymuje: „nie, nie, nie tu”! Pokazuję na pagodę. Babcia uspokaja mnie gestem ręki. Dobra – myślę sobie – pewnie jakoś okrąży i dojedzie bokiem. Jedzie i jedzie, wyjeżdżą z miasta. Dojeżdżamy. Tak, jakbym to już skądś znał… Końcowy przystanek. Skrzyżowanie. Babcia uśmiechając się mówi: „tutaj, tutaj. To droga na Mandalaj”.

Naypyidaw, foto, Michał Lubina

Po pierwszym falstarcie postanowiłem spróbować inaczej. Dojechałem do dworca autobusowego, próbowałem wynająć motocyklistę, by mnie obwiózł. To nie było łatwe. Przede wszystkim dlatego, że wszyscy mi wskazywali autobusy… na Mandalaj rzecz jasna.

(o mało przez to nie znienawidziłem Mandalaj, a to fajne miasto jest).

Geograficzne wyszukiwanie tekstów Wybierz kontynent i kraj, czytaj nasze teksty

Jak już byłem w stanie wyartykułować, że ja chcę tu, dookoła, to zaś żaden mnie nie chciał wziąć. Śpiewali jakieś straszne sumy typu 8 USD za godzinę (to naprawdę dużo w miejscowych warunkach). Więc się nie dogadaliśmy. Zresztą – wina leży i po mojej stronie. Absurdalność mojej sytuacji pogłębiał fakt, że ja na dobrą sprawę nie wiedziałem, co chcę oglądać! Dialog nasz był więc czymś w rodzaju dyskusji głuchego ze ślepym: ja nie wiedziałem dokąd chcę jechać, on nie wiedział, gdzie ma mnie zawieźć, ale kwotę pro forma podawał horrendalną. Wreszcie zainteresował się nami jakiś sołdat. Próbował pomóc. W moim Lonely Planet było opisane tylko kilka miejsc, takich jak „hotel”, „targ”, nic mu zresztą niemówiących. Ożywił się dopiero na słowo „shopping center”. No tak! Wreszcie znalazł logiczne dla każdego Azjaty uzasadnienie celu mojego przyjazdu: zakupy.

Moja negatywna odpowiedź trochę go zmartwiła. Nastąpiła ogólna konsternacja. Pojawiła się znana z sąsiednich Chinach postawa: co z tym białym (diabłem) zrobić? Bo obcokrajowiec to z natury rzeczy kłopot. Dogadać się z nim nie da, jest jakiś taki inny, dziwny. Cholera wie, czego chce. To nie jest nieprzyjazny stosunek. To raczej coś takiego, jakbyśmy my zareagowali, gdyby Marsjanin wylądował na Ziemi i zwracał się do nas z prośbą o pomoc.


Komentarzy: 2

Wojtek Sz
12 grudnia 2010 (21:17)
Fajna historia z tym miastem
I bardzo fajnie napisana. PS Jak będę miał wolna miejscówkę do Mandalaj to dam Ci znać :))

abcBirma
4 marca 2013 (12:58)
Dobrze się czyta :)
Bardzo ciekawy artykuł i trafna oraz dająca do myślenia końcowa refleksja na temat władzy. Autorowi można pogratulować wytrwałości w dotarciu do celu (nawet tak nieuchwytnego) oraz umiejętności przelania wrażeń na \"papier\". Z pozdrowieniami www.abcBirma.pl
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Tajlandia - podróż po krainie uśmiechu

Przybyliśmy po piętnastu godzinach podróży na wyspę Koh Ko Khao ( lot + transfer ). Myślę, że nietrudno dociec na podstawie nazwy geograficznej, iż jest to Tajlandia, którą chcieliśmy...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".