Naypyidaw - Absurdalna stolica
    Birma18 · junty wojskowe13 · reportaże z podróży201
2010-12-12
W podróży do Naypyidaw wszystko zdaje się być absurdem, lub czystej wody nonsensem. Miasto o założeniach po dziś dzień pozostających tajemnicą. Gród nieoznaczony na mapach, którego plany nie istnieją (bądź nie są dostępne). Miejsce do którego nikt nie chce jechać, a spora część nie wie nawet, gdzie to za bardzo jest. Miasto-widmo. Nowa stolica Birmy.

Naypyidaw, foto, Michał Lubina

Ostatecznie sam rozstrzygnąłem ten problem i poszedłem pieszo. Na azymut – czyli wielką złotą pagodę. To zasadniczo nie jest najlepszy pomysł w Birmie, bo… tam wszędzie są złote pagody. Na każdym wzgórzu, wzniesieniu, czy szczycie. Nie ma miasta czy wsi bez złotej pagody. To jakby w Polsce mieścina bez kościoła, knajpy i sklepu razem wziętych. Bez sensu. Bez pagody ani rusz.

Pagody były… ale miasta nie było. Szedłem wielką, pustą drogą, biegnącą przez coś co według wszelkich miar winno być centrum miasta…. Tylko, że nie było miasta. Droga, pobocze, budujące się domy po obu jej stronach (mało który wykończony). Pagoda w odległym planie. Mniejsze na sąsiednich wzgórzach, dookoła dżungla… A gdzie Naypyidaw? Już w nim jestem? Czy już poza? To centrum, czy przedmieście? Przy tej wielkiej drodze – po której jechał jeden samochód na pół godziny, głównie zaopatrzeniowe ciężarówki made in China – widniał dumny napis „Downtown”. Lecz niczego do downtown (ani w ogóle do żadnego town) podobnego nie było!

Sekwencja niczym z jakiegoś odjechanego, psychodelicznego filmu. Czegoś w konwencji snu, pokroju „Rzeźni numer 5”. Ni to jaźń, ni to jawa. Szukam stolicy Birmy. Jest południe, prawie 40 stopni, łażę z ciężkim plecakiem po mieście, którego nie ma. Bez wody, bez planu, bez nadziei, bez sensu.

Minąłem linie kolejową, jakiś (chyba) hotel (nie miał nazwy – nazwa w hotelu? Niby po co?) kilka bud z jedzeniem, coś à la sklep. Zacząłem się wspinać na wzgórze, za którego grzbietem majaczyła pagoda. Potem się okazało, że po drodze jest jeszcze jedno wzniesienie. Właściwie dwa. A nawet trzy…

Naypyidaw, foto, Michał Lubina

W pierwszym napotkałem na klasztor, przy których spotkałem jedynych życzliwych ludzi w mieście widmie: mnichów. Dali mi wody, porobili sobie ze mną zdjęcia… Pytam ich na migi, gdzie jest Naypyidaw. „Tutaj” wskazują ziemię. „Ale gdzie?!” „No tu”. „Ale tu nic nie ma!” „A tam?” – pokazuje na majaczącą w dole panoramę jednej drogi, kilkudziesięciu budynków, linii kolejowej i otaczającej jej dżungli – „tam też”. „A tam?” – pokazuje na pagodę. „Tam też jest Naypyidaw”. Ruszyłem więc w dalszą część mojej absurdalnej podróży wychodząc z założenia, że skoro nic tu zobaczyć się nie da, to przynajmniej ujrzę wielką pagodę. Ten powód wycieczki przynajmniej dla Birmańczyków byłby zrozumiały…

Człapie się pod górę, gorąco jak w ukropie, leje się ze mnie strumieniami. Mijają mnie kolejne auta i motocykliści. Nawet fajni, uśmiechają się, pokazują, bym wsiadał. Nie, dziękuję. Nie chce jechać do Mandalaj.

Dochodzę do lasu, wchodzę. Zdaje mi się, że tak będzie szybciej. Podchodzę do jakiejś barierki i nagle moim oczom ukazuje się… słoń. Tak właśnie, słoń! To nawet logiczne – Królewska Stolica, więc słoń musi być (słoń jest królewskim zwierzęciem w Birmie, szczególnie biały). Ten jednak nie miał raczej błękitnej krwi. Żaden albinos. Zwykły proletariusz. Przy wyrębie lasu pracujący.

Nie samotnie rzecz jasna – jego opiekunowie zainteresowali się mną w znacznie większym stopniu niż on. Widok białego z plecakiem o 12 w południe idącego przez obóz słoni w dżungli chyba nie był dla nich codziennością. Zaraz zawołali szefa w mundurze. Nawet mili byli: pokazali mi skąd jest ładny widok pagody. Zdjęcie możesz zrobić. Iść dalej: nie. Odprowadzili, bym nie zabłądził (znów), do głównej drogi. Po czym wrócili do swojego słonia. A ja zawróciłem szukać Naypyidaw…. Nie znalazłem.

Naypyidaw, foto, Michał Lubina

Naypyidaw nie ma. Ono jeszcze nie istnieje. Budują go. Mają drogi, czasem domy (częściej: w połowie). Sklepy, restauracje, hotele (dobrze ukryte). Rzecz jasna – pagody. A urzędy? Ministerstwa? Gmachy rządowe? Też tam są. Tylko nie wiadomo, gdzie. Zapytać się nie da, jeszcze za Stirlitza wezmą. Zresztą – poza tą główną drogą i tak jest wszystko off-limits.

W normalnym kraju do stolicy przejeżdżą się zasadniczo po to, by coś załatwić. Na przykład w urzędzie. To jest logiczne, wszak to serce kraju, spoiwo jego funkcjonowania. Nie w Birmie. Tu nie ma urzędów. Administracja dla obywateli jest wciąż w Rangunie. Lecz władza siedzi już w Naypyidaw.

Junta rządzi stąd niczym z jakiejś ukrytej daczy. Miejsca, o którym na dobrą sprawę nie wiadomo, gdzie jest. To nowoczesny ideał ukrytej, despotycznej władzy orientalnej. Ongiś miała jakiś znak rozpoznawczy: niedostępny zamek, pałac. Teraz ma tajemniczą, sekretną siedzibą, na póły realną, na poły wyimaginowaną. Stolicę, która leży nigdzie i do której jechać nie ma po co. Miasto – widmo.

Czyż może być lepszy sposób? Skoro nie wiadomo, gdzie jest władza, to znaczy, że jest WSZĘDZIE. Skoro jej nie widać, to znaczy, że może się czaić za każdym rogiem. Co więcej – przeciw tej władzy nie można wystąpić. Ba! Do niej nie można nawet przyjść. Poprosić. Zaapelować. Nie ma gdzie!

Tragedia Birmy polega na tym, że ta władza, choć niewidzialna, jest jak najbardziej obecna.



Komentarzy: 2

Wojtek Sz
12 grudnia 2010 (21:17)
Fajna historia z tym miastem
I bardzo fajnie napisana. PS Jak będę miał wolna miejscówkę do Mandalaj to dam Ci znać :))

abcBirma
4 marca 2013 (12:58)
Dobrze się czyta :)
Bardzo ciekawy artykuł i trafna oraz dająca do myślenia końcowa refleksja na temat władzy. Autorowi można pogratulować wytrwałości w dotarciu do celu (nawet tak nieuchwytnego) oraz umiejętności przelania wrażeń na \"papier\". Z pozdrowieniami www.abcBirma.pl
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Tajlandia - podróż po krainie uśmiechu

Przybyliśmy po piętnastu godzinach podróży na wyspę Koh Ko Khao ( lot + transfer ). Myślę, że nietrudno dociec na podstawie nazwy geograficznej, iż jest to Tajlandia, którą chcieliśmy...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".