NGO i powszechny Internet - obywatele nie potrzebują edukacji
    Internet53 · społeczeństwo116 · akcje społeczne16 · NGO2
2010-04-09

W ostatnich tygodniach na łamach "Gazety Wyborczej" ukazała się seria bardzo ciekawych artykułów na temat roli działających w Polsce organizacji pozarządowych (NGO). Starły się ze sobą głosy entuzjastów, uważających NGO-sy za niezwykle wartościowy element przestrzeni publicznej, z głosami sceptyków. Apologeci NGO-sów twierdzą, że kładą one podwaliny pod bardzo szeroko rozumianą "budowę społeczeństwa obywatelskiego" w Polsce.


Ci drudzy, uważający ów termin za naukową nowomowę są zdania, że "misja edukacyjna" NGO-sów to w rzeczywistości diagnozowanie czasami wyimaginowanych problemów, które następnie rozwiązuje się na potrzeby realizacji grantów badawczych. Krytycy dodają, że rola organizacji pożytku publicznego, jako instytucji edukujących obywateli w kwestiach aktywności publicznej, jest znikoma. Do tego dochodzi tylko pozorna ich apartyjność. Tak naprawdę, każdy NGO-s sympatyzuje z jakąś częścią sceny politycznej i ma ambicje uczestniczenia we władzy. Jednocześnie nie przeszkadza im to występować w roli bezstronnych jednostek badawczych, wykorzystujących modny ostatnimi czasy i nieco już wytarty slogan o "niskim kapitale społecznym Polaków".

Organizują więc kolejne panele dyskusyjne, wydają książki, przedstawiają raporty. Występując w roli autorytetów, narzucają w mediach obowiązujący obraz polskiego społeczeństwa - biernego, nieufnego i niezaangażowanego w sprawy publiczne. Niewątpliwie NGO-sy są cenną zdobyczą liberalnego społeczeństwa, a ich znaczenie dla polskiej debaty publicznej powinno i będzie sukcesywnie rosło. Optymalnym standardem powinna być pełniona przez nie rola zaplecza intelektualnego dla partii politycznych. Do tego droga daleka, gdyż te gros środków wydają dzisiaj na spoty wyborcze i reklamę outdoorową. W czasach postpolityki zapotrzebowanie na wielkie idee niemal nie występuje, ale doraźne opinie i proponowane przez NGO-sy rozwiązania powinny znajdować politycznych "nabywców". Tymczasem organizacje pozarządowe skupiają się w większości na diagnozach społecznych. Tylko czy "społeczeństwo obywatelskie" nie realizuje się właśnie w najczystszej formie w Internecie?

Wydaje się, że NGO-sy w swoich badaniach nie biorą pod uwagę coraz popularniejszych, oddolnych inicjatyw realizowanych lub mających swoje źródło w sieci. A to przecież najczęstsza i najefektywniejsza obecnie forma zrzeszania się obywateli w konkretnej sprawie. Internet daje niesamowite możliwości dotarcia do szerokiej grupy zainteresowanych danym tematem osób, a także niemal darmowej promocji. Dzięki sieciom społecznym i różnym kanałom komunikacji, w Internecie możliwe jest szybkie zaaranżowanie akcji nawiązującej do bieżących wydarzeń, zrzeszenie wokół niej aktywnych członków, a nawet ewentualne przeniesienie działań poza sieć. Tak było chociażby ze słynną inicjatywą "Koniec PZPN". Mająca swój początek w Internecie sukcesywnie ewoluowała, stając się szerokim, ogólnopolskim ruchem niezadowolonych kibiców piłki nożnej. Jego przedstawiciele gościli chyba we wszystkich programach publicystycznych, gdyż media potraktowały inicjatywę bardzo poważnie. Nic dziwnego, skoro jej "dzieckiem" była kolejna głośna akcja "Pusty stadion", w ramach której podczas ostatniego meczu eliminacji Mistrzostw Świata ze Słowacją, obiekt w Chorzowie świecił pustkami. Był to świetny przykład praktycznego działania społeczeństwa obywatelskiego. Cel, czyli sprowokowanie i podkreślenie negatywnego wizerunku znienawidzonej przez kibiców instytucji, jaką jest PZPN, został osiągnięty.

Świadome społeczeństwo obywatelskie nie jest przecież po to, żeby w rozmaitych raportach oceniać, czy rzeczywiście występuje, czy nie. Wręcz przeciwnie, ujawnia się w kryzysowych momentach. Polacy mają w tej materii długie tradycje. Naukowcy cały czas ubolewają nad naszym niskim poziomem zaangażowania w sprawy publiczne. Rzeczywiście, w tzw. realu nie jesteśmy zbyt skorzy do artykułowania własnych poglądów na różne sprawy. Wielotysięczne, znane z ulic europejskich stolic antywojenne manifestacje to rzadkość, chociaż wszystkie sondaże jednoznacznie wskazują na pacyfistyczną postawę Polaków. Wydaje się, że naszą unikalną cechą jest charakterystyczny, republikański, zdrowy rozsądek. Wiedząc, że na pewne "wielkie" rzeczy nie mamy wpływu, wolimy pilnować własnego podwórka. Nie można jednak wyrokować, że w związku z tym Polacy są zacofanym, biernym narodem. Wystarczy zajrzeć do Internetu!

Kiedy zawodzi prawo i instytucje państwowe, to właśnie tam toczą się dzisiaj gorące dyskusje na tematy społeczno-polityczne. Fora internetowe aż kipią od komentarzy nie tylko "politycznej bieżączki", ale również fundamentalnych sporów o aborcję, eutanazję, rolę kościoła w państwie, czy kwestie gospodarcze. Wbrew obiegowym opiniom, Polacy nie uciekają od tego typu dyskusji. W gruncie rzeczy jeszcze nigdy tak wielu obywateli nie rozprawiało na tak wiele zahaczających o sferę publiczną tematów! Internet znacznie ułatwia tego typu interakcje i nie należy ich ograniczać do krótkich, zgryźliwych i często pozbawionych jakiejkolwiek wartości merytorycznej komentarzy na portalach. Na wielu tematycznych forach i blogach toczą się dzisiaj wielostronicowe, rozbudowane dysputy, podczas których konkretne problemy społeczne rozbijane są wręcz na czynniki pierwsze. Uczestnikami tych rozmów są często fachowcy w poruszanej dziedzinie, urzędnicy, którzy być może nie mają wpływu na kluczowe decyzje, ale to nie znaczy, że przyjmują bezkrytycznie zastaną rzeczywistość.

Rozwój nowoczesnych kanałów komunikacji, takich jak Facebook, Twitter czy Blip, jeszcze mocniej angażuje do dyskusji coraz szersze grono aktywnych obywateli. Niedawna debata Premiera z internautami, zorganizowana przez Kancelarię Prezesa Rady Ministrów - co by nie mówić o rzeczywistych intencjach rządu, który zdaniem wielu przeciwników spotkania, chciał je wykorzystać jedynie do poprawienia nieco nadszarpniętego wizerunku - narodziła się właśnie na Blipie. Jeszcze kilka lat temu tego typu pomysł nie miałby najmniejszych szans na realizację. Przecież owa konferencja była efektem kategorycznego sprzeciwu obywateli wobec proponowanych zmian w prawie, których efektem byłaby częściowa regulacja Internetu. Dzięki szybko zawiązanej, internetowej akcji , szef rządu zmuszony był "gasić pożar" poprzez zwołanie debaty, a nowe prawo ostatecznie nie zostało uchwalone (chociaż obecnie próbuje się je wprowadzać tylnymi drzwiami).

Czy to nie był kolejny przypadek, kiedy oddolny ruch społeczny wpłynął na decyzje władz? Tak właśnie działa zdrowe społeczeństwo obywatelskie - kiedy internauci zauważyli, że ich prawa mogą zostać ograniczone, wzięli sprawy w swoje ręce. A gdy do akcji przyłączały się kolejne osoby, nikt nawet nie zastanawiał się, o ile właśnie wzrósł poziom "kapitału społecznego" Polaków. Ludzie po prostu zareagowali, wykorzystując najlepsze, dostępne środki. Zaaranżowanie podobnej inicjatywy poza siecią prawdopodobnie przeszłoby bez echa.

NGO-sy powinny zwrócić baczniejszą uwagę na przestrzeń powszechnego już dzisiaj Internetu. Założenie grupy na Facebooku jest przecież równoznaczne z rozpoczęciem ulicznej zbiórki podpisów z poparciem lub sprzeciwem dla danej sprawy. To sieć jest współcześnie źródłem kolejnych inicjatyw obywatelskich, które żyją własnym życiem już poza Internetem. To w sieci powstają serwisy typu watchdog, kontrolujące lokalne władze w gminach i powiatach.

Twierdzenie, że w Polsce nie istnieje (albo dopiero należy je budować) "społeczeństwo obywatelskie", jest zatem nieuprawnione. Po prostu obywateli nie interesują wskaźniki w raportach, ani pouczanie z pozycji mentorskich, kiedy i jak powinni wykazywać się aktywnością obywatelską. Jeżeli organizacje pozarządowe nie zaczną dostrzegać nowych form owej aktywności, jeszcze długo mogą debatować i realizować kolejne granty "w poszukiwaniu społeczeństwa obywatelskiego" w Polsce.


Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Kto z trójki – Internet, The Pirate Bay, Dennis Rodman – naprawdę był w Korei Północnej

Obserwując Koreę Północną wciąż dziwni mnie fenomen konfucjańskiego bezsprzecznego podporządkowania tamtejszych obywateli władzy. Kult dżucze-kimirsenizmu sprawił, że Koreańczycy z...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".