Niby Superman, ale niezupełnie
    premiery filmowe37 · kino akcji18 · Superman1 · klasyka gatunku12
2013-06-30
Supermana nie trzeba nikomu przedstawiać. Nie tylko jest najstarszym komiksowym superbohaterem – wielokrotnie można było zobaczyć jego przygody na ekranach kin i w telewizji. Wydawać by się mogło, że te lata doświadczeń pomogą reżyserowi uniknąć błędów i nakręcić przyzwoity film.

Niestety, pomimo dobrych chęci, Zack Snyder zupełnie rozminął się z legendą Supermana i stworzył nie tylko słaby film o Supermanie, ale słaby film w ogóle.

W swoim filmie Zack Snyder ponownie opowiada nam historię o początkach Supermana i stara się wyjaśnić, skąd Clark Kent wziął się na Ziemi i jak stał się jej największym bohaterem. Pokazuje nam narodziny legendy i ostatnie chwile planety Krypton; opisuje zmagania młodego chłopca ze światem, który go nie akceptuje i trudną drogę ku chwale. Przyszły Superman musi odkryć prawdę o swoim pochodzeniu, zrozumieć swoje moce i uratować świat przed generałem Zodem i jego armią – poza Supermanem, jedynymi ocalonymi z katastrofy na Kryptonie.

Na początku trzeba zaznaczyć, że efekty specjalnie w filmie są niesamowite. Żaden dolar przeznaczony na wizualną oprawę filmu nie został zmarnowany. Sceny walk, kiedy już do nich dochodzi, zapierają dech w piersiach – armia generała Zoda niszczy wszystko i wszystkich, a robi to niezwykle efektownie. Do tego dochodzi planeta Krypton, statki międzyplanetarne i kosmici o nadludzkich siłach. W końcu czego innego można się spodziewać po reżyserze takich filmów jak „ 300” i „Watchmen”, jeśli nie zapierających dech w piersiach ujęć. Wizualnie filmowi nie brakuje absolutnie niczego. I w zasadzie, w tym momencie powinnam recenzję skończyć. Bo niestety dalej jest już tylko gorzej.

w przypadku „Człowieka ze stali” dostaliśmy zbuntowanego, mrocznego chłopaka, który nijak się ma do wyidealizowanego obrońcy świata, dobrze znanego z komiksów. Oczywiście uwspółcześnianie komiksowych bohaterów nie musi być z założenia złe, jednak należałoby się zatrzymać, zanim bohater filmu zupełnie straci jakikolwiek związek z pierwowzorem

Pierwsza wielka wada filmu, która rzuca się w oczy, to nieporadny scenariusz. W zasadzie można się było tego spodziewać, w końcu producentem filmu jest Christopher Nolan, który nigdy nie utożsamiał się z „czasem mniej znaczy więcej”, a jak bardzo potrafi zamieszać w filmach o superbohaterach, udowodnił aż za dobrze w „ Mroczny Rycerz powstaje”. Fabuła filmu jest przesadnie skomplikowana i często niezrozumiała, a częste skoki między wspomnieniami Clarka, a wydarzeniami bieżącymi wydają się zbędne i niepotrzebnie komplikują odbiór filmu. Jak bardzo źle jest z fabułą udowadnia zresztą Russel Crowe – grany przez niego Jor-El spędza pół filmu tłumacząc Supermanowi, a jednocześnie widzom, o co w ogóle chodzi. Nie tylko uwydatnia to wszystkie braki scenariusza, ale też do reszty rozbija i tak dosyć niepewne tempo filmu.

Właśnie tempo jest drugim wielkim niedociągnięciem „Człowieka ze stali”. Pierwsza godzina zwyczajnie nudzi. Wiąże się to bezpośrednio ze wspomnianą już skomplikowaną fabułą – chcąc wytłumaczyć powody zdrady stanu na Kryptonie, Zack Snyder serwuje nam pół godziny, być może ładnego wizualnie, ale potwornie nudnego pobytu w kosmosie. Film też nie przyspiesza, kiedy akcja przenosi się na Ziemię. Clark Kent wędruje bez celu po świecie i nawet nie możemy nacieszyć się jego nadludzką siłą, bo ukrywa swoje moce i tylko od czasu do czasu potajemnie ratuje ludzi.

I tu dochodzimy do wady, która ciągnie na dno cały film. Henry Cavill, chociaż bez wątpienia prezentuje się bardzo dobrze, nie jest Supermanem. Ostatnimi czasy wśród filmów o superbohaterach zapanował trend na przedstawianie ich w sposób bardziej realistyczny i, przede wszystkim, poważniejszy – na tyle, żeby odpowiadał starszym widzom. W różnych filmach wychodziło to raz lepiej, raz gorzej, jednak w przypadku „Człowieka ze stali” dostaliśmy zbuntowanego, mrocznego chłopaka, który nijak się ma do wyidealizowanego obrońcy świata, dobrze znanego z komiksów. Oczywiście uwspółcześnianie komiksowych bohaterów nie musi być z założenia złe, jednak należałoby się zatrzymać, zanim bohater filmu zupełnie straci jakikolwiek związek z pierwowzorem, jak to ma miejsce w przypadku „Człowieka ze stali”. Być może twórcy stwierdzili, że bohater, który zawsze był wzorem wszelkich ideałów, był na wskroś dobry i prawy, zwyczajnie nie sprzeda się we współczesnym świecie. Jednak zupełnie ich to nie usprawiedliwia. Dwa lata temu ludzie stojący ze sukcesem filmu „Kapitan Ameryka: Pierwsze starcie” udowodnili, że nie trzeba nakręcić kolejnego „Mrocznego Rycerza”, żeby zainteresować widzów. Zack Snyder tego nie zauważył i tam samym sprawił, że zamiast inspirować, Superman rozczarowuje. Nie tylko jest najbardziej pasywnym superbohaterem, jakiego widział świat, ale przede wszystkim zupełnie odrzuca wszelkie wartości i ideały, przez co staje się nudny i nijaki.

Drażnią również, na pierwszy rzut oka zupełnie nieważne, szczegóły: słowo „Superman” pojawia się gdzieś na końcu filmu, twórcy zapominają przypomnieć widzom, że Daily Planet ma swoją siedzibę w Metropolis, a cała historia Lois Lane i Clarke'a Kenta jest odwrócona o 180°. W ogóle obecność najważniejeszej kobiety w życiu zarówno Clarke'a Kenta, jak i Supermana, jest w filmie wymuszona, a jej wątek wydaje się napisany na siłę. A szkoda. Lois Lane jest postacią niezwykle ważną dla współczesnego komiksu – utorowała drogę dla wielu niezależnych bohaterek, które wykraczają poza stereotyp damy w opresji i doskonale radzą sobie bez pomocy innych. Przede wszystkim jest silną, pewną siebie kobietą, utalentowaną reporterką i bohaterką, która nie ustępuje Supermanowi na krok i zasługuje na wszystko, co najlepsze. Tymczasem w filmie została wepchnięta w stereotypową rolę dziewczyny Supermana i istnieje tylko po to, by na końcu pocałować dzielnego bohatera. Całą sytuację pogarsza fakt, że między Amy Adams a Henrym Cavillem w ogóle nie ma chemii – wątek miłosny jest w ich wypadku niezrozumiałym zaskoczeniem.

Aby zakończyć recenzję chociaż trochę pozytywnie, należy w tym miejscu wspomnieć o generale Zod. Michael Shannon wielokrotnie udowadniał, że jest niebywale utalentowanym aktorem i nie ważne jakiej roli się podejmuje, zawsze cieszy. Również tym razem jest najjaśniejszym punktem filmu. W roli szalonego mordercy, gotowego na zniszczenie całego gatunku ludzkiego, jest nie tylko przekonujący – jego poczynania ogląda się ze szczerą przyjemnością i wdzięcznością, że w środku katastrofy, jaką jest „Człowiek ze stali”, komukolwiek udało się stworzyć coś wartościowego. Jeśli już ktokolwiek zdecyduje się obejrzeć film, Michael Shannon przynajmniej po części wynagrodzi nam stracony czas.




Chcesz odnieść się do stanowiska autora, chcesz polemizować, skomentować ten tekst? A może chciałbyś Drogi Czytelniku napisać na temat innego filmu? Może książki? Lub albumu muzycznego, który zrobił na Tobie ostatnio wrażenie?
Jeżeli jesteś zainteresowany i zdecydowany przeczytaj nasz anons dotyczący współpracy redakcyjnej lub od razu napisz i wyślij do nas swój materiał na adres: redakcja@mojeopinie.pl. Odezwiemy się szybko!!


Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
Raporty
zobacz również
Kręcimy powstanie

O tym, że film dokumentujący „Powstanie warszawskie” wart jest uwagi, nie trzeba nikogo przekonywać. Jednak czy okraszanie go kolorem i dialogami jest konieczne? To już nie jest takie pewne.
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".