Nie, tak, lampa - II tom felietonów Kisielewskiego
    Stefan Kisielewski2 · felieton28 · komunizm25 · PRL51
2013-10-19
Kilka miesięcy temu miałem niekłamaną przyjemność recenzować pierwszy tom „Felietonów” Stefana Kisielewskiego. Zbiorem tym byłem po prostu zauroczony, z tym większą więc ochotą zabrałem się za lekturę tomu drugiego, zatytułowanego „100 razy głową w ściany”, który jakiś czas temu ukazał się nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka.

II Tom felietonów Stefana Kisielewskiego

„100 razy głową w ściany” to wybór (dokonany przez samego autora) felietonów Kisiela, ukazujących się w latach 1945-1971 na łamach „Tygodnika Powszechnego” (w rubrykach „Pod włos”, „Łopatą do głowy”, „Gwoździe w mózgu”, „Głową w ściany” i „Bez dogmatu”). Wybór ten został pierwotnie opublikowany w 1972 roku w Paryżu nakładem Editions du Dialogue (dzięki temu, że książkę wydano w oficynie emigracyjnej, zawiera ona także felietony skonfiskowane w kraju przez cenzurę), następnie zaś – w 1996 przez Iskry w ramach „Pism wybranych” Kisielewskiego. Obecne wydanie wchodzi w skład przedsięwziętej przez Prószyńskiego i S-kę serii „Cały Kisiel”.

Polecamy: TOM I Felietonów Kisielewskiego

Jaki jest tom drugi w porównaniu z pierwszym, zatytułowanym „Rzeczy małe”? Przede wszystkim – znacznie mniej obszerny (nieco ponad 400 stron, w porównaniu do prawie 700). Ale, choć tu i tu mamy zbiór felietonów Kisiela, to są to różne książki. I różnica ta nie polega tylko i wyłącznie na objętości. Podczas lektury odniosłem wrażenie, że teksty utrzymane są w jakby innej tonacji, że ich treść wypływa z nieco innych zakątków duszy i umysłu Kisielewskiego niż tych zamieszczonych w „Rzeczach małych”.

Jak być może Czytelnicy pamiętają, moja recenzja poprzedniego tomu miała dość nietypową formę. Otóż na podstawie treści felietonów pokusiłem się o próbę zrekonstruowania ogólnego światopoglądu autora. Być może dla niektórych był to nazbyt zuchwały zabieg, ale tamte teksty wydawały się doskonale do tego celu zdatne. Gdybym taką próbę oparł na zawartości tomu „100 razy głową w ściany” zadanie takie byłoby znacznie trudniejsze.

Felietony zamieszczone w tym tomie pochodzą z trzech, dość różniących się w swych uwarunkowaniach, okresów życia Kisielewskiego oraz jego publicystycznej i okołopolitycznej działalności. Okres mówienia nie, mówienia tak i mówienia lampa (zafrapowanych tym enigmatycznym określeniem zapewniam, że jego wyjaśnienie znajdą w jednym z zamieszczonych w zbiorze felietonów.)

Pierwszy z nich to lata tuż-powojenne. Polska oficjalnie nie jest jeszcze całkowicie skomunizowana, czas stalinizmu przyjdzie później. Ale jednocześnie zachodzą już procesy odgórnego ujednolicania życia politycznego, gospodarczego i społecznego. Są one wyjątkowo nie w smak ceniącemu sobie indywidualizm i nonkonformizm współpracownikowi powstałego niedługo przedtem „Tygodnika Powszechnego”. Warto przy tym zaznaczyć, że owe przejawy niezadowolenia nie są umotywowane jakąś silną postawą antykomunistyczną czy też wynikającą z konkretnej ideologii (dająca się zauważyć krytyka marksizmu jest dość zawoalowana, zapewne ze względów cenzuralnych, także autocenzuralnych). Raczej wynikają one z dość praktycznego konserwatyzmu, zasadzającego się na konstatacji, że jeżeli coś się sprawdzało, to nie warto tego zmieniać. Wynikają też po prostu ze zdrowego rozsądku, sprzeciwu wobec ideologizacji wszelkich sfer życia. Nade wszystko jednak mierzi Kisiela odgórny przymus myślenia tak samo. Nawet jeśli autor nie potępiał wówczas w czambuł wszystkich dokonujących się reform społecznych, to jednak rościł sobie prawo do krytycyzmu względem różnych ich aspektów, wykonania, a także przyniesionych efektów. Najważniejszym chyba tekstem z tego okresu jest felieton „Bęc-Walski jestem”, wybornie broniący prawa do bycia „na nie” oraz posiadania własnego zdania. Można wysnuć przypuszczenie, że ogólny ton felietonów z tego okresu miał na celu, np. poprzez aluzje do brytyjskiego konceptu Opozycji Jego/Jej Królewskiej Mości, wywalczenie prawa do bycia w opozycji - przynajmniej w niektórych sprawach.

Drugi okres to czas „neopozytywizmu”, kiedy to po październikowej odwilży Kisielewski niejako zrealizował swój wcześniejszy plan minimum, zasilając szeregi konstruktywnej i koncesjonowanej opozycji (choćby istniejące z poparciem prymasa Wyszyńskiego koło poselskie „Znak”). Akceptacji stanu rzeczy w materiach geopolitycznych oraz ograniczeń ustrojowych Polski Ludowej towarzyszyła walka o zachowanie bądź przywrócenie normalności – wszędzie tam (i tylko tam), gdzie jawiło się to jako możliwe i prawdopodobne. Z tego okresu pochodzą też refleksje autora z podróży do Francji. Jak wspomniałem w recenzji poprzedniego tomu „Felietonów”, Kisielewski był wielkim admiratorem „burżuazji”. Szczerze podziwiał styl życia francuskiego mieszczaństwa i ubolewał, że wzorców takich nie można implementować w naszym kraju (tym niemniej z biegiem czasu nie wszystko musi zmieniać się na gorsze – impresje z wizyty Kisiela w jednym z francuskich hipermarketów, będącej dlań wielkim przeżyciem, wywołują dziś uśmiech na naszych twarzach, ale i uświadamiają jak wielkim przemianom podlegała rzeczywistość na przestrzeni półwiecza). Kisiel, w głębi duszy człowiek prawicy (choć co ciekawe – jako krytyk socjalizmu i komunizmu, określający swe poglądy jako lewicowe – przez lewicowość rozumiejąc przywiązanie do swobody myśli; refleksje autora o utracie przez słowa „prawica” i „lewica” jakiegokolwiek praktycznego znaczenia wyprzedziły zresztą o kilkadziesiąt lat analogiczną tezę silnie obecną we współczesnej politologii) nie jest politycznym fantastą. Zdaje sobie sprawę, że skazany jest na życie w kraju socjalistycznym – skupia się jednak na walce o estetykę, modernizację, westernizację. Brzmi to szumnie, ale ogranicza się do małych rzeczy – bardzo pragnął Kisiel np. by na spacerowych promenadach Warszawy więcej było knajpek oraz punktów gastronomicznych szybkiej obsługi. Bardzo ciekawie Stefan Kisielewski odniósł się do twierdzenia, które wyszło z kręgów (o dziwo!) ateistycznych, a do złudzenia przypomina jeden z argumentów dzisiejszej katolickiej prawicy. Otóż – głosiła owa teza – może i w Szwecji jest dobrobyt, ale kraj ten jest całkowicie wyjałowiony pod względem duchowym. Kisiel, katolik i współpracownik katolickiego pisma, odpowiadał dowcipnie, że najpierw powinniśmy osiągnąć poziom materialny owej Szwecji, a potem będziemy mogli ewentualnie martwić się jej duchowymi problemami.

Okres trzeci („lampa”) charakteryzuje się rosnącym i coraz bardziej otwarcie artykułowany krytycyzmem wobec peerelowskich realiów. Kisielewski zwraca uwagę na marnotrawstwo środków w gospodarce, nieprawidłowe zarządzanie życiem ekonomicznym i społecznym, utrwalanie negatywnych wzorców – tak w sferze zbiorowej, jak i indywidualnej. Bardzo boli go upadek warszawskiego drobnego handlu.

Jak na publicystę pisma katolickiego bardzo mało uwagi poświęca Kisiel sprawom kościelnym. Przypomnijmy, że jest to czas reform Soboru II Watykańskiego. Bardzo ciężko na podstawie felietonów zrekonstruować całościowy stosunek autora do tychże zmian. Jedyna w miarę oryginalna refleksja natury teologicznej, to przypisanie wzrostu roli zła na świecie zanikowi wiary w diabła (w tonie przywodzącym nieco na myśl „Listy starego diabła do młodego” C.S. Lewisa). Na marginesie innych spraw rozważana jest także kwestia ewentualności życia pozaziemskiego (i problemy eksploatowane w „teologicznej” science-fiction – by napomknąć choćby o „Trylogii kosmicznej” wspomnianego Lewisa – czy mieszkańcy innych planet posiadają duszę i jakie implikacje niosłoby to dla wiary).

Jak wspomniałem, ciężko na podstawie felietonów zawartych w tym akurat tomie rekonstruować całokształt światopoglądu Stefana Kisielewskiego (przynajmniej w porównaniu z tomem poprzednim), choć oczywiście wiele z jego poglądów poznajemy. Książka jest za to fenomenalnym zbiorem tekstów źródłowych do najnowszej historii Polski. Jest to także ważne świadectwo roli, jaką w polskim życiu intelektualnym odgrywał „Tygodnik Powszechny”. Zaznaczyć jednak muszę, że nie wszystkie felietony prezentują równie wysoki poziom, czy może raczej nie wszystkie są tak samo interesujące dla współczesnego czytelnika. Lektura pierwszego tomu była jednak łatwiejsza i bardziej porywająca. Aż chciałoby się też prosić wydawnictwo o nieco bardziej rozbudowany aparat krytyczny.

Tym niemniej „100 razy głową w ściany” to książka, którą obowiązkowo powinien przeczytać każdy zainteresowany działalnością Stefana Kisielewskiego. Zaczynającym dopiero swą przygodę z Kisielem zalecałbym jednak wpierw lekturę tomu pierwszego. Sam zaś z niecierpliwością czekam na kolejne części serii „Cały Kisiel”.




Drogi Czytelniku chcesz napisać na temat innej książki? A może jej nie masz, a chciałbyś ją dostać i zrecenzować? Jeżeli jesteś zainteresowany i zdecydowany przeczytaj nasz anons dotyczący współpracy redakcyjnej lub od razu napisz i wyślij do nas swój materiał na adres: redakcja@mojeopinie.pl. Odezwiemy się szybko!!


Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
Raporty
zobacz również
„Białoruś dla początkujących” – Igor Sokołowski

„Co wiemy dziś na temat Białorusi?” - pyta polskiego czytelnika okładka książki. I odpowiada za niego, że niezbyt dużo.
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".