Nie ten Timor, czyli o Timorze Zachodnim
    Timor Wschodni5 · Azja Południowa31 · Indonezja6
2011-07-10
Pierwszym który zainteresował mnie tym Timorem, był mój pekiński kumpel z drużyny piłkarskiej, Jonio. Fascynująco opowiadał o losie swojej ojczyzny. Co więcej – słysząc go odnajdywałem w losie tego kraju swojsko brzmiące wątki. To, co opowiadał, to były pierwsze konkrety jakie usłyszałem o tym kraju. Ze studiów pamiętałem jeszcze, że jego stolicą jest Dili. Wiedziałem też, że to była kolonia portugalska. Państwo dość młode. Co rzadkie w Azji – chrześcijańskie. I to by było na tyle mojej wiedzy o Timorze Wschodnim (o Zachodnim nie wiedziałem kompletnie nic, poza domysłem, że skoro jest wschodni, to zachodni być musi).

Timor mnie zaintrygował. Podobnie jak dokładniejsze przyjrzenie się mapie: Timor leży na samym kraju Azji. Dalej jest już tylko Australia. Istny „koniec świata”! To zawsze działało na moją wyobraźnie. To jak w wierszu Kiplinga:

„Coś w ukryciu, Idź to znaleźć. Idź poszukać za górami.
Coś, co znikło za górami, wciąż na Ciebie czeka. Idź!”
(„Poszukiwacz”)


Narodził mi się plan dotarcia tam drogą lądową. Niezupełnie bezpośrednio z Polski, ale już z Singapuru – tak. To tam dotarłem najdalej od domu lądem. Podróż do Timoru byłaby tego logicznym przedłużeniem. Pomysł przejechania szmatu Indonezji idealnie wpisywał się w moją filozofię podróżowania, której literacki wyraz odnalazłem we wstępie do „Wróżbity” Terzaniego.

Odkładałem więc podróż do Timoru aż będę miał wystarczająco dużo czasu. A tego było coraz mniej. Rzeczywistość coraz skuteczniej uświadamiała mi, że życie ma swoje priorytety, a włóczęgostwo po świecie staje się powoli „idee fixe”. Ponadto pojąłem, że nie muszę sobie nic udowadniać, a przejechane kilometry nie robią(już) na mnie wrażenia. No i wreszcie – zrozumiałem, że tak naprawdę Indonezja mnie nie interesuje. Za to Timor: wciąż tak!

Geograficzne wyszukiwanie tekstów Wybierz kontynent i kraj, czytaj nasze teksty

Mając więc miesiąc czasu wolnego w Azji (który planowałem na Sumatrę i Jawę) i bilet powrotny z Dżakarty do kraju, postanowiłem, że „okazja raz zmarnowana, jest okazją zmarnowaną na zawsze” i kupiłem przelot na Timor via KL i Denpasar. Dawnych zasad nie podeptałem jednak w pełni: poleciałem do Kupangu, stolicy Timoru, ale zachodniego (indonezyjskiego). Stamtąd chciałem się lądem przedostać na do drugiej części wyspy: niepodległego Timoru Wschodniego.

To był dobry wybór. Bowiem jeżdżenie lądem, samo w sobie wartościowe, zamieniło się u mnie chyba w „sztukę dla sztuki” – a nie o to przecież chodzi. Ponadto latanie w tej części świata może być równie poznawcze jak inne formy podróżowania. Bo ten sposób przemieszczania się kojarzy się nam z czymś drogim, elitarnym wręcz. Na słowo terminal staje nad przed wyobraźnią wielkie lotnisko, z pełną elektroniką, tysiącem lotów, cyferek, tłumem pasażerów i wielką, sprawnie działającą maszynerią współczesnego świata. Terminal: to brzmi dumnie.

Timor Zachodni, foto Michał Lubina Timor Zachodni, foto Michał Lubina

Tymczasem pierwsze odwiedzone „prowincjonalne” lotnisko – w stolicy Timoru Zachodniego, Kupangu – wygląda niczym hangar w dżungli (dopiero potem zrozumiałem, że było naprawdę stoliczne). Wychodząc można było wziąć bagaż już na płycie lotniska – nikomu to nie przeszkadzało. Jeszcze lepszy był aeroport w Dili. Miał dwie sale i emploi powiatowego dworca. Rozkład lotów (2 dziennie) był wydrukowany na kartce papieru i przybity pineską. Zresztą oba samoloty przylatywały o tej samej porze, nikt nikogo nie sprawdzał przy wyjściu na płytę, co sprawiło, że – oczywiście – polazłem nie tam, gdzie trzeba i dopiero spóźniona kontrola przy wejściu na pokład sprawiła, że nie wylądowałem na Celebes (zamiast w Denpasar). Wtedy uwierzyłem w słowa szefa Lonely Planet, który pisał kiedyś, że mu się pomylił Kupang z Dili, a zorientował się w swojej pomyłce dopiero gdy zobaczył, że morze jest nie z tej strony, co trzeba. No i w końcu doświadczenie latania samolotami w tej części świata pozwoliło mi wreszcie nabyć uczucie empatii dla osób, które boją się latać.

Doleciawszy do Kupangu, chciałem od razu jechać do Dili – po drugiej stronie granicy. Na szczęście miejscowi Timorczycy u których nocowałem byli na tyle przytomni, by upewnić się, czy mam wizę. „Jaką wizę?!” Przecież – zgodnie z tym, co pisało w LP, wjeżdżając do Timoru uzyskuje się wizę na granicy (30USD). Tak było. Ale już nie jest. Teraz procedurę sformalizowano. Trzeba się zgłosić do konsulatu Timoru Wschodniego w Kupangu, gdzie wypełnia się aplikację, czeka 3 dni, po których upływie uzyskuje się Zaświadczenie. Dopiero z tym Dokumentem (koniecznie z dużej litery, bo waga jego wielka), można jechać i uzyskać… wizę na granicy. Kosztuje on 30 USD, a sama procedura aplikacji i uzyskania Zaświadczenie jest bezpłatna. Tym niemniej niezbędna, bo bez Zaświadczenia wizy na granicy nie dostanie się… Po tym pierwszym kontakcie z (wschodnio) timorską rzeczywistością prawną uznałem, że kraj mający kałasznikowa w herbie nie może być jednak do końca normalny.

(potem, na granicy, okazało się jeszcze, że Zaświadczenie trzeba było skserować, a że tego nie uczyniłem, bo nikt mi tego w Kupangu nie powiedział, musiałem czekać na pojawienie się prądu na granicy – planowo o 11 (była 8). Jako, że czekanie jest wpisane w istotę Azji – oddałem mu się fatalistycznie. I spotkała mnie nagroda – prąd pojawił się już po godzinie).

Wracając do Timoru Zachodniego. Była sobota, a konsulat, jak na Urząd (znów świadomie z wielkiej litery) przystało, był otwarty tylko w dni robocze. Pozostało mi więc czekanie na Zaświadczenie do środy. W efekcie utknąłem w Kupangu. Miasto, dawniej holenderski port, jest dziś stolicą indonezyjskiej części wyspy. Wyróżnia się bardzo barwnymi mikrobusami: oblepionym pstrokatymi plakatami z hasłami w stylu „Jezus loves you” począwszy, a na Eminemie skończywszy. Krążą po mieście z włączonym na full hip-hopem i chłopakami uczepionymi w szpanerskiej pozie za otwarte drzwi.

Timor Zachodni, foto Michał Lubina Timor Zachodni, foto Michał Lubina

W sumie jednak Kupang, jeśli by tylko odjąć od niego sufiks „ng” – byłby w pełni godny swej nazwy. Na pocieszenie zostawało mi to, że w utknięciu w tym miejscu nie byłem pierwszy. To tutaj pod koniec wieku XVIII-tego zbuntowani marynarze statku Bounty (tego od filmu, a potem od batonika), wysadzili obalonego kapitana. Czekał jakiś rok, aż wreszcie zgarnął go inny statek. Świadomość, że inni mają – albo raczej mieli – gorzej, jest uniwersalnie pocieszająca.

Tymczasem pojeździłem trochę po interiorze wyspy. Początkowo było trudno bo starałem się to robić sam, a to w indonezyjskiej głubince sprawa dość trudna, przede wszystkim z powodu bariery językowej (to wątek na osobny tekst, więc go na razie porzucam). Wreszcie spokorniałem i gdy naczelnik policji w jednym z miasteczek zaoferował mi, że mnie poodwozi, w zamian za „zwrot paliwa”, to się zgodziłem. Opłaciło się – ja zobaczyłem miejsca, których bym sam nie ujrzał, a on miał na miesięczny zapas benzyny. Typowy azjatycki układ - obaj zyskaliśmy, wszyscy zadowoleni.

Zawiózł mnie przede wszystkim do wiosek znanych z miejscowej specyfiki: domku „lopo”. Jest to krzyżówka indiańskiego tipi z naszą kawiarnią. Chatka o stożkowatym dachu, w środku której znajduje się podmurówka, na której mieszkańcy wsi w czasie wolnym siadają, żują betel, gadają. Właśnie poczęstowanie betelem stanowi miejscowy odpowiednik naszego „chlebem i solą”. Jakkolwiek miałem już z tym paskudztwem kilkukrotnie do czynienia, to nigdy w formie „pierwotnej” (zawsze już jakoś przerobionej). Podają to człowiekowi w specjalnej sakiewce. Jeden z kwiatów wygląda niczym cebula – trzeba ogryźć skórę i gryźć środek. Do tego dochodzi drugi, kokon przypominający, który, umoczywszy w aromatycznym proszku, należy razem z pierwszym wziąć do ust i namiętnie rzuć. W rezultacie mamy czerwone niczym od krwi dziąsła i całkowicie obrzydliwy smak – a to wszystko przy świadomości, że nie dość, że odmówić nie sposób, to jeszcze trzeba robić dobrą minę do (bardzo) złego betelu.

Prawdziwe lopo znaleźć można już tylko po wioskach, ale mimo nowoczesności tradycja nie ginie. Współczesne lopo mają w środku ławki, a nawet elektryczność, ale funkcja pozostaje ta sama. W jednej z takich lopo gadaliśmy z miejscowym radżą, znajomym mojego przewodnika. Radża szczycił się dość osobliwym cmentarzem przodków. Leżał tam m.in. dziadek właściciela, dobry chrześcijanin, oddany mąż 40 żon. Po cmentarzu oprowadzała mnie jedna z córka radży, która jako jedyna w powiecie pracowała w USA. Sam radża był dobrym przykładem tego, że miejscowe stosunki społeczne, jakby to ująć najdelikatniej, charakteryzowała wierność tradycji. Żony i córki podchodząc doń, najpierw klękały przed nim, potem całowały go ręce, a dopiero następnie, z pozą lokaja ze zgiętym karkiem, przedstawiały sprawę, z jaką ośmieliły się przyjść i niepokoić cenny czas władcy. Podając jakąkolwiek rzecz, czyniły to z uniżonością i nie śmiejąc dotknąć bezpośrednio rąk Pana. Sam radża, rozsiadłszy po królewsku się w swym sarongu na środku lopo opowiadał, jak to wieś dobrowolnie zrzuciła się na bilet córki do Stanów, dzięki czemu w regionie postępuje edukacja i następuje coraz większe otwarcie się na świat.

Timor Zachodni, foto Michał Lubina Timor Zachodni, foto Michał Lubina

Potem, jak już doczytałem trochę więcej o Timorze, to skojarzyłem fakty i zrozumiałem, dlaczego mój przewodnik był z radżą w tak dobrej komitywie (i dlaczego był naczelnikiem policji). Otóż nazywał się on Da Costa, a jest to nazwisko jednego z dwóch najważniejszych rodów od wieków kontrolujących Timor Zachodni.

Don – bo tak miał na imię – też miał kontakty. Jego bratanek był we Włoszech i przywiózł stamtąd iście hiobową wieść: młodzi Europejczycy nie chodzą już do kościołów! Dla Azjaty, potomka ochrzczonych przez portugalskich, bądź holenderskich misjonarzy, takie apokaliptyczne wieści burzą fundamenty, a co najmniej spójną wizję świata.

Po kilku dniach podróżowania, Timor Zachodni wydał mi się bardzo ładną miejscem, z panoramą biegnących przez środek wyspy gór w tle, raz po raz przekraczanymi rzekami i dominującymi dżunglami. Do tego było to miejsce nietknięte przez współczesność i komercję, wciąż autentyczne i spokojne. Na końcu świata.

Jednak czegoś mu brakowało, jakiejś iskry. Było ładnie, nawet bardzo, ale nie pięknie; ciekawie, ale nie fascynująco; intrygująco, ale nie porywająco. Ucieszyłem się, że je zobaczyłem, bo dzięki temu mam obraz całości. Lecz bez żalu ruszyłem, z Zaświadczeniem w kieszeni, ku drugiej części wyspy. Do Timoru Wschodniego.


Foto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał Lubinafoto Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał Lubinafoto Michał Lubinafoto Michał Lubinafoto Michał Lubinafoto Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał Lubina
Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Tajlandia - podróż po krainie uśmiechu

Przybyliśmy po piętnastu godzinach podróży na wyspę Koh Ko Khao ( lot + transfer ). Myślę, że nietrudno dociec na podstawie nazwy geograficznej, iż jest to Tajlandia, którą chcieliśmy...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".