Nieoczekiwane spotkanie – rozmowa z Tadeuszem Góralskim ps. „Góral”
    II wojna światowa82 · 17 września4 · powstanie warszawskie22 · bohaterowie historii9
2011-04-21
Biegliśmy jakieś 500-600 metrów nie rozumiejąc co się dzieje. Dopiero na małej leśnej polanie, ustawieni w czworobok dowiedzieliśmy się, że dziś nad ranem Armia Czerwona wkroczyła do Polski (…).

Tadeusz Góralski ps. „Góral”, foto: Bartłomiej Bartoszek

- Gdzie zastała Pana wojna?

- Należałem do Stołecznego Batalionu Przysposobienia Wojskowego. Został on zorganizowany dosłownie w przeddzień wojny. Koszary mieliśmy przy ulicy Ciepłej. Składał się on z ochotników z warszawskich szkół średnich w wieku 16-18 lat. Wszyscy w ramach „przysposobienia wojskowego”, które było przedmiotem obowiązkowym, ukończyli podstawowe szkolenie wojskowe łącznie ze strzelaniem. Tymczasem w nocy 6/7 września nadszedł rozkaz wymarszu na wschód. O świcie ruszyliśmy w drogę. Myśmy sobie nie zdawali sprawy, że nasza armia jest taka słaba, i że Niemcy są tak silni, tak dobrze uzbrojeni.

Nasze uzbrojenie stanowiły pamiętające jeszcze I Wojnę Światową karabiny francuskie. Zielone bluzy charakterystycznych mundurków P.W. z granatowymi mankietami i naszytymi na nich złotymi paskami, których ilość odpowiadała liczbie zaliczonych okresów przeszkolenia wojskowego, zakrywały wyfasowane w koszarach długie płaszcze kawaleryjskie. Do tego mieliśmy ładownice amunicyjne na pasach i czapki polówki. Sprawiało to, że niewiele się różniliśmy od regularnych jednostek wojska.

- Dokąd zmierzał batalion?

- Batalion liczył około 600 elewów. Niemal codziennie nadlatywały niemiecki samoloty. Gdzieś w rejonie Międzyrzecza Podlaskiego nasz marsz przyspieszył niemiecki zagon pancerny. Ostatecznie z niewielkimi stratami, po pokonaniu pieszo ponad 200 kilometrów, najprawdopodobniej w nocy 13/14 września znaleźliśmy się na bocznicy kolejowej w Brześciu nad Bugiem czekając na załadunek. Tam była niesamowita historia bo mój szkolny kolega Tadeusz Tan znalazł w stojącym w pobliżu pociągu pancernym swojego ojca Czesława. Został on zmobilizowany kilka tygodni wcześniej jako oficer rezerwy. Nie zdawałem sobie wtedy sprawy, że jestem świadkiem ostatniego spotkania ojca z synem. Po latach zobaczyłem na liście katyńskiej nazwisko por. Czesława Tana. Nie mogłem również przewidzieć, że podczas okupacji razem z Tadeuszem będziemy w tym samym batalionie AK, ale w różnych kompaniach nic o sobie nie wiedząc. Spotkaliśmy się dopiero pod koniec Powstania Warszawskiego.

W Brześciu załadowaliśmy się do wagonów. Po dwóch lub trzech dniach jazdy zatrzymaliśmy się 17 września gdzieś na stacji między Sarnami a Równem. Większość drogi w pociągu przesypialiśmy. Po przekroczeniu Bugu nie nękały nas już niemieckie samoloty. Byliśmy jakieś 30 km od granicy polsko- sowieckiej. Zaczęliśmy wysiadać z wagonów. Nagle od strony Sarn nadjechał konno żołnierz w kawaleryjskim hełmie wołając: „Rozkaz dla dowódcy transportu”. Dowódca w stopniu majora przeczytał pismo i oddał je kawalerzyście, który pognał dalej. Dowódca natychmiast nakazał wyładunek i udanie się do lasu w kierunku zachodnim. Biegliśmy jakieś 500-600 metrów nie rozumiejąc co się dzieje. Dopiero na małej leśnej polanie, ustawieni w czworobok dowiedzieliśmy się, że dziś nad ranem Armia Czerwona wkroczyła do Polski, a nasz batalion będzie się przebijał na Zachód. Weszliśmy wtedy, a może już w Brześciu, w skład Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Polesie” generała Franciszka Kleeberga.

- Oddział natknął się na czerwonoarmistów?

- Początkowo za dnia przemieszczaliśmy się tylko lasami, a terenem otwartym nocą. Raz przechodząc koło gęstego lasku widzieliśmy demobilizację żołnierzy pochodzących ze wschodnich terenów Polski, puszczano ich do domu. Widok ten budujący nie był i wywarł na nas przykre wrażenie. Przeszliśmy przez Styr i miasteczko Kołki. 24 września nasz batalion zbliżał się do dużej wsi niedaleko Maniewicz. Doskwierał nam głód gdyż nie mieliśmy kuchni polowych, a zapas sucharów wojskowych wtedy już się skończył. Dlatego kilku chłopaków próbowało w polach wyrwać coś do jedzenia. Jeden z oficerów zawrócił ich z powrotem nie szczędząc im ostrych słów za nieżołnierskie zachowanie.

Weszliśmy do wsi, były tam już pododdziały 135 pp. Przechodziliśmy właśnie obok stanowiska przeciwlotniczego ckm-u gdy nadleciało 6 lub 7 jednopłatowców z czerwonymi gwiazdami. Usłyszałem rozkaz kpt. Elsnera z naszego batalionu, który krzyczał do obsługi ckm-u: „Nie strzelać dopóki oni nie zaczną”. Do nas zaś krzyknął: „Lotnik! Kryj się!”. Samoloty tymczasem zatoczyły koło, nadleciały ponownie i wtedy się zaczęło. Wzdłuż drogi stały tabory 135 pp. Część koni na odgłos wystrzałów stawało dęba, inne nie reagowały. Powstało spore zamieszanie. Podbiegłem do wozów i usiadłem w wąskiej przestrzeni między tylnymi kołami wozu, a drewnianym płotem. Tak osłonięty starałem się obserwować atakujące samoloty. Wieś była zadrzewiona więc widziałem je tylko co pewien czas przez kilka sekund co wykluczało strzelanie do nich. Po pewnym czasie poczułem na plecach gorąco. Okazało się, że kryta strzechą chałupa będąca za mną pali się jak pochodnia. Nie potrafię określić jak długo to wszystko trwało, ale było już szarawo gdy zapanowała względna cisza.

- Ilu żołnierzy zginęło w tym ataku lotniczym?

- Byłem tak oszołomiony, że nie rozumiałem, że wciąż grozi mi niebezpieczeństwo. Zbiórka miała być w pobliskim lesie. Po przejściu kilkunastu metrów natknąłem się na kuchnię polową. Z przechylonego i podziurawionego kotła wyciekała zupa. Nie mogłem się oprzeć pokusie i nabierając jej w dłonie załagodziłem głód. Dochodząc do skrzyżowania dróg zobaczyłem martwą obsługę ckm-u. Na łące, która oddzielała wieś od lasu zauważyłem takie niegłębokie, okrągłe dołki. Dopiero gdy zauważyłem pierwszych zabitych domyśliłem się, że są to leje po bombach. Koledzy opowiadali mi później, że wielu żołnierzy biegło tamtędy do lasu przez co stali się łatwym celem dla sowietów. Nie wiem jakie straty poniósł batalion, ale w plutonie nie doliczyliśmy się trzech kolegów.

- Gdzie skierował się batalion?

- Ruszyliśmy w kierunku Bugu na Włodawę Do czasu osiągnięcia tej rzeki marsze były forsowne. Nigdy nie wyobrażałem sobie, że można iść nocą drzemiąc przy tym. Sposób był prosty – karabiny przewieszone przez plecy i trzymanie się pod ręce w czwórkach. To, że nogi nie odmówiły mi posłuszeństwa zawdzięczam owijaczom wojskowym. Okręcone ciasno wokół łydek przyczyniały się do sprężystości nóg w marszu. Po drodze mieliśmy sporadyczne utarczki z sowietami. Pod koniec wędrówki zdarzało się, że nie wszyscy wytrzymywali fizycznie. Miały miejsce przypadki, że podczas odpoczynku nocą w lesie ktoś zapadał w kamienny sen i nie wstawał na komendę: „Powstań! W kolumnie marszowej zbiórka”. Dowiadywaliśmy się o tym po fakcie, w kilka godzin później. Los takiego piechura był przesądzony.

Po drodze była dość przykra historia. Zbliżaliśmy się do miasteczka Kołki. Później dowiedziałem się tego od dowódcy zwiadu kawaleryjskiego, który jechał na czele kolumny, z brygady generała Kmicic-Skrzyńskiego, jeżeli dobrze pamiętam. Mianowicie zbliżali się do Kołek i nagle zauważyli jakąś bramę i cywili. To byli miejscowi cywile, uzbrojeni Ukraińcy i Żydzi. Powiedzmy sobie szczerze, którzy czekali na Armię Czerwoną, a Armia Czerwona nie szła ławą, tylko klinami i były miejscowości, do których jeszcze nie dotarła. Myśmy się właśnie na taką miejscowość natknęli. Co się okazało? Oni rozbrajali małe polskie oddziały. To musiało być 21 września, czyli już cztery dni po wkroczeniu wojsk sowieckich. Mieli uzbrojenie bo rozbroili jakieś inne małe oddziały, pojedynczych żołnierzy i nagle zostaliśmy ostrzelani z ciężkich karabinów maszynowych. Rozpoczęliśmy natarcie na tą wioskę, wioska poszła z dymem, bo w trakcie walk tak się złożyło.

Na zachodni brzeg Bugu przeszliśmy po moście pod Włodawą i pierwszego, albo drugiego października dotarliśmy do Kocka. Tam prosto z marszu poszczególne kompanie skierowano na pierwszą linię frontu. W czasie bitwy pod Kockiem ponieśliśmy spore straty. W dniu kapitulacji SGO „Polesie” nasz batalion miał nie więcej jak 500 ludzi. Mimo okrążenia wielu z nas, w tym ja, zdołało uniknąć niewoli. Zaraz po kapitulacji zacząłem się przedzierać do Warszawy, do której dotarłem bodaj 12 października. Mój dom na ul. Kopernika nie był na szczęście zniszczony.

- Kiedy przyłączył się Pan do ruchu oporu?

- To było niemal natychmiast po powrocie do stolicy. Wstąpiłem do Narodowej Organizacji Wojskowej. Udział w konspiracji mam jednak zaliczony dopiero od 1942 roku bo na to mam świadków. Działać zacząłem jednak wcześniej. W 1942 roku NOW wszedł w skład Armii Krajowej.
Po 1942 roku normalnie przeszedłem przeszkolenie wojskowe, podoficerskie i szkołę podchorążych, którą skończyłem chyba w 1943 roku. Zajmowałem się przede wszystkim szkoleniem. Byłem instruktorem po podoficerskiej szkole, prowadziłem szkolenie z obsługi broni. W latach 1943–1944 byłem natomiast w komórce kontrwywiadu drugiego oddziału okręgu warszawskiego Armii Krajowej.

____________________________________________

Tadeusz Góralski urodził się 24 lutego 1922 roku w Warszawie. Obecnie mieszka w Krakowie. Walczył w czasie kampanii wrześniowej w Stołecznym Batalionie Przysposobienia Wojskowego, który pod koniec walk w 1939 roku wszedł w skład Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Polesie” i wziął udział w bitwie pod Kockiem. Działał w Narodowej Organizacji Wojskowej, a następnie w Armii Krajowej. W konspiracji posiadał numer 1490, potem również pseudonim „Góral”. W latach 1943-1944 był w komórce kontrwywiadu wojskowego okręgu warszawskiego AK. W czasie Powstania Warszawskiego walczył w kompanii „Genowefa” batalionów „Gustaw” i „Harnaś” gdzie został następnie dowódcą I plutonu. Walczył na terenie Śródmieścia Północnego. Służył w stopniu podchorążego, podporucznika czasu wojny.

Wspomnienia Tadeusza Góralskiego z Powstania Warszawskiego


Jeńcy niemieccy z rejonu Śródmieścia PółnocnegoNiemcy wzięci do niewoli po zdobyciu Poczty Głównej„Góral” na stanowisku bojowymTadeusz „Góral” Góralski (pierwszy z prawej) na pozycjach na ul. CzackiegoTadeusz „Góral” Góralski (oparty o mur) na pozycjach na ul. CzackiegoPogrzeb por. „Marabuta”Pogrzeb por. „Marabuta”Pogrzeb por. „Marabuta”Łączniczka kompaniiGazeta z Powstania WarszawskiegoLegitymacja AKTadeusz „Góral” Góralski, czasy PRL-u
Komentarzy: 2

Andrzej
22 kwietnia 2011 (22:56)
to jest to..takie rzeczy
chcę czytać, mam dość polskiej głupiej polityki. To są ludzie, których historię trzeba znać!!!

TomaszO
24 kwietnia 2011 (09:19)
tutaj został poruszony temat praprzyczyn
Jedwabnego. Otóż potwierdzam, że wiele źródeł i wspomnień podaje walki z grupami Ukraińców, Żydów, którzy chcieli się przypodobać Armii Czerwonej, gdy się wpadło w takie ręce, no to albo śmierć na miejscu, albo Sybir kilka miesięcy później.
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
Raporty
zobacz również
Ostatnia ofiara wojny Jom Kippur

W czerwcu 2007 r. arabskie media obiegła wiadomość o śmiertelnym wypadku pewnego egipskiego biznesmena. Aszraf Marwan, bo o nim mowa, w niewyjaśnionych okolicznościach wypadł z tarasu swojego...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".