Nieskazitelny Che. Subiektywnie o filmie „Che. The Argentine”
    Steven Soderbergh1 · recenzja filmu43 · Che Guevara1 · Kuba12
2009-03-30
„Che. The Argentine” (polski tytuł: „Che – Rewolucja”) to najnowszy film biograficzny o Ernesto Che Guevarze, symbolu buntu wobec niesprawiedliwości i rewolucji XX w. Jest to pierwsza z dwóch części filmu w reżyserii Stevena Soderbergha z Benicio del Toro w roli tytułowej. Soderbergh to twórca chociażby takich obrazów, jak „Ocean's 11” (i kolejne części), „Erin Brokovich” czy „Traffic” (oscar za reżyserię). Del Toro to niezapomniany odtwórca ról m.in. we wspomnianym „Trafficu” (oscar za rolę drugoplanową), „21 gram” czy „Las Vegas Parano”. Film zapowiadał się więc bardzo interesująco. Z drugiej strony jednak obrazy podejmujące kontrowersyjne tematy rzadko oddają ich złożoność i są obiektywne, co budziło we mnie pewne zaniepokojenie. Niemniej, nie mogąc doczekać się polskiej premiery kupiłem film w Internecie i wreszcie miałem okazję go obejrzeć.

Na początku zaznaczyć muszę jedno: nie jestem fanem hagiografii Che - z różnych powodów, na które nie czas i nie miejsce przy tej okazji. Czytając wcześniej o filmie wyrobiłem sobie o nim opinię i spodziewałem się, że będzie utrzymany w tonie czczo-pochwalnym wobec Guevary. I... niby tak było, i momentami bardzo mnie to drażniło, ale jednak z przyjemnością obejrzałem go do końca.

Obraz jest utrzymany w formie naprzemiennie pokazywanych wątków z różnych okresów życia Che, przy czym tematem dominującym jest walka rewolucyjna na Kubie z dyktatorem Batistą. Ta wielowątkowość, z początku denerwująca bo zdawać się może, że wprowadzająca chaos, z czasem nadaje filmowi blasku i przesądza o tym, iż oglądamy go z zapartym tchem. Dochodzą do tego bardzo dobre zdjęcia: i pięknych krajobrazów, i parnej dżungli, i zadymionych gabinetów. To zdjęcia właśnie wespół z montażem są tą rzeczą, które niepostrzeżenie i w niewytłumaczalny sposób wciągają najbardziej. Montaż - rzadko się o tym mówi, jako o jednej z największych zalet (lub wad) filmu, ale w tym przypadku nie bez kozery. Nie chodzi już nawet tylko o to, że w jednej chwili jesteśmy z eleganckim Che w połowie lat 50., po chwili już z mniej eleganckim w roku 1958, gdzieś w zabłoconej dżungli pokrywającej góry Sierra Maestra, aby po następnych kilku minutach przenieść się w lata 60. i spotkać dojrzałego już Guevarę otoczonego amerykańskimi dziennikarzami.

Każda ze scen osadzona w zupełnie innej scenerii, każda doskonale oddająca sobie przypisaną atmosferę. To, co pozytywnie zaskakuje, to interesujące i szybko zmieniające się ujęcia. Kamera jest oczami Che, po chwili innego partyzanta, w następnym momencie widzimy tylko cygaro, które pali Guevara (obecne niemal w każdej ze scen) i słyszymy jego głos, podczas gdy samej twarzy bohatera już nie widać, a kamera błądzi gdzieś w obłokach dymu. Momentami kamera "biegnie" z partyzantami, momentami obraz jest czarno-biały. Czasem mamy wrażenie, że to film dokumentalny lub reportaż. Czapki z głów dla montażystów, którzy z tej jednej wielkiej „mieszaniny” scen i ujęć zrobili bardzo interesującą w odbiorze oraz – wbrew pozorom - spójną całość.

Kolejnym plusem jest to, że film nagrany jest w języku hiszpańskim. To oraz jak zwykle bardzo istotna dla całości odbioru dobra muzyka nadają filmowi niezwykłego klimatu. Osobiście wiele radości przysporzyła mi barwnie skrojona i zagrana postać Camilo Cienfuegosa. Dokładnie tak wyobrażałem sobie tego bohatera Rewolucji Kubańskiej: romantyczny wojownik, prześmiewca, dusza towarzystwa, dowódca, za którym żołnierze pójdą w ogień, a kobiety do łóżka... Postać Fidela również została dobrze zagrana, przypomina rzeczywisty wzorzec (ta gestykulacja...) jest jednak miej wyrazista od "boskiego" Camilo. Po seansie tak naprawdę zostają w pamięci trzy postaci: Camilo, Fidel i oczywiście Che. Rola Benicio del Toro, podobnie jak większość w jego karierze, zasługuje na pochwałę. Ma się wrażenie, że tak właśnie mógł zachowywać się Ernesto Guevara.




Jak widać, pozytywów jest dużo, jest jednak i druga strona medalu. Zgodnie z tym, czego się spodziewałem, film pokazuje kontrowersyjną bądź co bądź postać Che w samych superlatywach. Che dążący do wyzwolenia Kuby i całej Ameryki Łacińskiej spod amerykańskiego jarzma. Che dbający o chłopów kubańskich. Che karający rewolucjonistów, którzy dopuszczają się kradzieży lub wykorzystują lud kubański. Che pokorny. Che schorowany, ale uparcie walczący. Che odważny i mężny. Che inteligentny. Che lubiany, podziwiany i kochany. Che siejący trwogę wśród wrogów. Che leczący ubogich. Che piętnujący imperializm. Che przez wszystkich poważany... Litanię można kontynuować niemal w nieskończoność.

O trybunałach wojennych i zabójstwach bez sądu tysięcy osób ledwo wspomniano, a jeśli już to w bardzo dobrze zakamuflowany sposób. O tym, że bez żadnego przygotowania zarządzał gospodarką kraju - z fatalnymi jak się można domyślać skutkami, ani słowa. Nie chcę wdawać się w polemikę z fanami symbolu, jakim niewątpliwie jest Che. To, co mnie uderzyło jednak, to ciągnąca się przez cały film martyrologia Guevary. Nie ulega wątpliwości, że był osobą nadzwyczaj wrażliwą, że silniej od większości odczuwał weltschmerz. W filmie pokazany jest jednak, jako drugi Chrystus. Jakby od początku wiedział, co musi zrobić, jakie ma zadanie i jak skończy się jego droga na tym świecie. Jakby na swoich barkach niósł brzemię całej ludzkości - i był tego świadom, a mimo to kroczył tą drogą, dla dobra ludzi, "aby się dokonało", aby zmienić świat. Jakby podjął się tego zadania i mimo ogromnych trudności z niego nie zrezygnował, gdyż „wiedział”... Nie mógł wiedzieć. Nie mógł wiedzieć (na pewno nie w latach 50.), jakim symbolem się stanie, jaką otuchę przyniesie jego osoba uciskanym narodom.

Na pewno był idealistą, ślepo wierzącym w swe przekonania i dogłębnie im oddanym, gotowym poświęcić w ich imię nawet swoje życie. Ani prorokiem, ani mesjaszem jednak już nie. Był człowiekiem. Człowiekiem, który też lubił się napić, śmiać się, porozmawiać z przyjaciółmi na "normalne" tematy, a niekoniecznie o amerykańskim imperializmie i szkodach przezeń uczynionych ludowi pracującemu miast i wsi Ameryki Łacińskiej. W filmie jest całkowicie odczłowieczony, bardziej podobny do Chrystusa czy antycznych półbogów niż każdego z nas, maluczkich. Wiąże się z tym jeszcze jedna kwestia. Po obejrzeniu obrazu możemy odnieść wrażenie, że prawdziwym motorem Rewolucji Kubańskiej był właśnie Guevara, a Fidel to tylko przybudówka, to "formalna" część Rewolucji na pokaz, to biurokrata, który dogadał się ze złymi komunistami; że ludzie tak naprawdę kochali i szli nie za Fidelem, tylko za Guevarą, gdyż to Ernesto był prawdziwym (i jedynym) Rewolucjonistą przez duże "R" - a nie Castro… Z tych dwóch postaci bardziej „lubię” Che, jednak przekaz filmu wypacza rzeczywistość. Fidelowi należy oddać, co jego: Rewolucja to Fidel, a Fidel to Rewolucja - wie o tym każde dziecko na Kubie.

Poruszyć należy jeszcze jedną kwestię. Bardzo ciekawym, propagandowym, ale w tym dobrym znaczeniu tego słowa, był wątek filmu nawiązujący do stosunków amerykańsko-kubańskich, perspektyw ocieplenia (rozważanych w pierwszej połowie lat 60. - sic!) i embargo nałożonego przez Waszyngton na wyspę. Szczególnie ta ostatnia kwestia wydaje się oczywistym nawiązaniem do obecnej sytuacji geopolitycznej w regionie. Ostatnimi czasy coraz większego rozpędu nabiera debata w Stanach Zjednoczonych dotycząca konieczności zmian polityki wobec Kuby. W pierwszym rzędzie mówi się oczywiście o zniesieniu trwającego już prawie pół wieku embargo.

Podsumowując, można stwierdzić, że od strony czysto filmowej „Che. The Argentine” zaskakuje pozytywnie, od strony historycznej już nie. Obraz wybiela, a przez to wypacza postać Guevary. Che wielkim idealistą był. Ideałem – nie, a film niestety jako takiego właśnie go przedstawia. Szkoda. Niemniej na drugą część filmu będę czekał z niecierpliwością, a pierwszą polecam wszystkim: miłośnikom Che, jego przeciwnikom, jak również tym, którzy dopiero chcą sobie zdanie o nim wyrobić. W tym ostatnim przypadku sugeruję jednak zweryfikować przekaz filmu przy pomocy innych źródeł wiedzy.


Komentarzy: 9

Akrobat
31 marca 2009 (00:33)
kurcze to film niszowy będzie
wątpię żeby grali go w dużych kinach. Max za recenzję + tło historyczne ze tak rzucę.

Grzegorz Wasiluk
31 marca 2009 (06:16)
Postać tragiczna do kwadratu
Owoc wielu katastrofalnych i tragicznych pomyłek, a raczej zbiorowych obłędów (szaleństwa ideologicznego) nawarstwiających się przez wiek XVIII, XIX i XX. Podobno swemu (administracyjnie do tego wyznaczonemu) mordercy powiedział: "Strzelaj! Zabijesz tylko człowieka." Należy jednak bardzo wątpić w to, czy idąc wskazaną przezeń drogą narody Ameryki Łacińskiej cokolwiek zwojują. Zresztą widaś, że obecni lewicowo-narodowi przywódcy tej części świata na ogół pochylają przed nim głowę z szacunkiem, ale na całe szczęście wystrzegają się powielania błędów tak jego, jak drugiego "świeckiego Chrystusa" - Allendego.

Marcin Maroszek
31 marca 2009 (09:00)
co do Allende...
Co do Allende nie do końca się zgodzę. Może reformy, które wprowadzał nie były udane, ale to, co robiły wtedy USA, a potem Pinochet zdecydowanie bardziej w mej opinii zasługuje na potępienie. Allende nie mordował z rozmysłem tysięcy osób bo mieli "wywrotowe" poglądy... Ale wracając do meritum, Guevary - cel mu przyświecał szlachetny (walka o dobrobyt biednych i wykorzystywanych), metody, jakich używał szlachetne zdecydowanie już nie były, ani skuteczne... Nie szufladkowałbym jednak tej postaci. Dla jednych umarł marnie, dla innych poległ śmiercią męczennika. Dla całego świata (a zwłaszcza jego biednych regionów) jest symbolem buntu wobec niesprawiedliwości.

Grzegorz Wasiluk
31 marca 2009 (10:14)
Rosyjski prawicowy publicysta
Michał Leontiew użył takiego porównania. Gdyby Korniłow w sierpniu 1917 dokonał zamachu stanu i wytępił tych parę tysięcy działaczy bolszewickich, to osądzano by go do dzisiaj ta, jak się osądza Pinocheta. Ludzie oburzaliby się: Jak to? Ci biedni bolszewicy chcieli przecież tylko pokoju bez zaboru i daniny oraz fabryk dla robotników i ziemi dla chłopów i tylko za to ich rozstrzelano! Biedni, nieszczęśliwi marzyciele! Otóż dobry doktor Allende był już bardzo bliski wepchnięcia swój kraj w podobne nieszczęście co szlachetny szlachcic rosyjski - mecenas Aleksander Kiereński. Przy tym niestety jednak mordy polityczne w Chile zaczęli lewacy, nie wojsko i skrajna prawica. Z tym wszystkim - szkoda człowieka. Jednego i drugiego. Na zdrowy rozum można było ich internować, uznać za jeńców wojennych i na kogoś wymienić, wypchnąć za granicę itp. Robić z nich męczenników to był przejaw nazwyklejszej głupoty, tępactwa i jeszcze gorzej. Pozdrawiam.

Marcin Maroszek
31 marca 2009 (12:21)
Gdybanie...
Gdyby...to słowo klucz. Nie możemy stwierdzić nigdy, co by było gdyby. Nigdy nie będziemy mieć pewności, że wydarzenia potoczyłyby się tak, a nie inaczej. To po pierwsze. Po drugie, jak sam Pan zaznacza mówi to prawicowy publicysta :) Po trzecie porównywanie bolszewizmu i być może stalinizmu (bo jedno wynikło z drugiego) do socjalizmu w wykonaniu latynoamerykańskim jest bardzo nie na miejscu w mej opinii. Nawet na Kubie nigdy nie osiągnęło to w jakikolwiek sposób podobnej skali, co zbrodnie Stalina. Zdecydowanie bliżej tutaj dyktatorom pokroju Trujillo na Dominikanie, Pinochetowi w Chile, czy generałom argentyńskim. Etykieta prawicowości wcale nie jest wolna od zbrodni. Na pewno nie na zachodniej półkuli. A porównywanie "terroru" za czasów Allende do terroru za czasów Pinocheta, też nie znajduje potwierdzenia. Nikt jakoś nie myśli o powoływaniu komisji do rozliczenia zbrodni Allende, za to do zbrodni czasów Pinocheta (i innych krwawych dyktatur latynoamerykańskich) takowe istnieją. Nie bez powodu. A skalę zbrodni reżimu Pinocheta obrazuje dobrze chociażby film "Desaparecido" Costa Gavrasa. Pokazuje, jak ludzi gromadzono tysiącami na stadionie i zwyczajnie mordowano. I nie tylko członków partii socjalistycznej, lecz nazwijmy to przedstawicieli wolnych zawodów - tylko dlatego, że nie popierali zamachu stanu. A wycieczki w głąb historii są niebezpieczne - jeśli sięgniemy do XIX-XX w. okaże się, że na długo zanim do władzy w Chile doszli lewacy, rządzili tam i mordowali przeciwników konserwatywni prawicowcy. Można jeszcze dodać, że to prawicowe dyktatury mordowały swoich przeciwników politycznych za granicą (jak m.in. ambasadora Chile w USA, przeciwnika zamachu stanu) i tworzyli do tego celu specjalne siły i siatki. Więc internowanie czy ucieczka przeciwników dyktatury też nie były często wyjściem bo prostu ich ścigano i mordowano. Daleko więc, bardzo daleko zbrodniom chilijskiej (i ogólnie latynoamerykańskiej) lewicy do tamtejszej prawicy. Nie mówiąc o porównaniu POTENCJALNYCH zbrodni, jakich MÓGŁBY dokonać Allende, GDYBY go nie obalono i nie zamordowano do realnych zbrodni, za jakimi stał Pinochet... Meritum jest takie, że szafowanie pojęciami "lewica", "socjalizm", "prawica" jest nie na miejscu. W zależności od regionu, od konkretnych przypadków miały różne oblicze. Nie można ich porównywać.

Grzegorz Wasiluk
31 marca 2009 (13:56)
Niemiecko-austriacko-szwajcarska telewizja 3Sat
Nada dzisiaj o 15. 30 film p. t. Castro, Che und schöne Frauen (Porträt von Hans-Peter Weymar, BRD 1995). Zamierzam sobie nagrać i może za jakiś czas krótko o tym, co tam pokazano. W każdym razie nie da sią zaprzeczyć, temat, jak to mówią nośny i odpowiadający na zapotrzebowanie społeczne...

Marcin Maroszek
31 marca 2009 (14:51)
Fakt
I tu się zgadzam :)

Grzegorz Wasiluk
1 kwietnia 2009 (09:33)
Ten film był o kubańskim fotografie
Nazwiskiem Cardosa, o ile dobrze pamiętam. Najciekawszą rzeczą w nim byo chyba pokazanie przez owego fotografa negatywu błony, na której w marcu 1960 na wiecu wykonał zdjęcie Ernesta Guevary, które potem zostało powielone w postaci niezliczonych nadruków na koszulkach, wzorów do malowania po murach itd. Sporo ludzi zarobiło na tym sporo pieniędzy, a ów fotograf ani grosza (z wyjątkiem pensji, którą dostawał od kubańskiej agencji prasowej). Ciekawa była jego refleksja ogólna, że robił te wszystkie zdjęcia, aby zarobić na chleb,a tu nagle ku jego zaskoczeniu wyszła z nich historia przez duże H...

Marcin Maroszek
1 kwietnia 2009 (10:34)
Podobizna Guevary
Co do podobizny Guevary, obecnej często i już niemal wszędzie: na ścianach, koszulkach, kubkach, brelokach - jest to paradoks historii. Po pierwsze kapitalizm zżarł postać Guevary, wykorzystał ją. Ten sam kapitalizm, z którym Che walczył. Po drugie, podobiznę tą noszą dumnie na piersi dzisiejsi młodzi "buntownicy" od Los Angeles po Tokio, najczęściej nie mając pojęcia, jak złożoną postacią był Geuvera... nie mówiąc już o tym, że często uosabiają to, z czym Che walczył.
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
Raporty
zobacz również
Kręcimy powstanie

O tym, że film dokumentujący „Powstanie warszawskie” wart jest uwagi, nie trzeba nikogo przekonywać. Jednak czy okraszanie go kolorem i dialogami jest konieczne? To już nie jest takie pewne.
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".