Nowy „Hobbit” czyli o zawartości Tolkiena w Jacksonie
    Peter Jackson4 · Władca Pierścieni2 · Hobbit2 · premiery filmowe37
2013-12-28
Jak być może niektórzy z Czytelników pamiętają, pierwszą część ekranizacji „Hobbita” powitałem entuzjastycznie. Na drugą część wybrałem się równo rok później, na dodatek do tego samego kina. Ale czy moje odczucia były równie pozytywne jak przed rokiem?

„Pustkowie Smauga” niestety nie oczarowało mnie tak jak „Niezwykła podróż”, raczej wzbudziło mieszane uczucia. Oczywiście jest to raczej prequel filmowego „Władcy Pierścieni” niż ścisła ekranizacja „Hobbita”. Powieść z 1937 roku charakteryzowała się specyficznym, dość kameralnym klimatem. Czytelnik nie miał jeszcze pojęcia że jest niejako wstępem do większej historii, była to po prostu opowieść dla raczej młodszego czytelnika, przesiąknięta atmosferą podań Północy. W filmie ukazany zostaje szerszy kontekst wydarzeń – wiemy już, że pierścień znaleziony przez Bilba jest TYM Pierścieniem, poznajemy też cały kontekst „geopolityczny” (odradzania się potęgi Saurona i związane z nią zaniepokojenie czarodziejów i elfów). Rok temu zwracałem uwagę, że wynika to po prostu z kolejności kręcenia filmów. Ekranizowanie „Hobbita” w inny sposób po „Władcy Pierścieni” nie miałoby moim zdaniem większego sensu. Przy opinii tej pozostaję.

Niestety mniej jestem skłonny do obrony elementów, które przyniosła część druga, choćby wprowadzonych w niej postaci. Totalnie bez wyrazu był Beorn – a w książce była to intrygująca osoba (czy może raczej – istota), jakby żywcem wyjęta z mitologii germańskiej – trochę berserker potrafiący w szale walki zmieniać się w zwierzę (i to dosłownie, a nie w przenośni), szczerą nienawiścią darzący orków i gobliny. Niestety filmowy Beorn jest całkowicie bezbarwny i kojarzy się raczej z wampirem czy wilkołakiem z różnych modnych obecnie filmów młodzieżowych. Inną nową postacią, co należy wyraźnie zaznaczyć: nie występującą w książce, stworzoną na potrzeby filmu, jest grana przez znaną z serialu „Lost” Evangeline Lilly leśna elfka Tauriel. Samo jej wprowadzenie nie byłoby jeszcze takie złe, ale piramidalnym nonsensem jest wątek jej relacji z jednym z członków drużyny Thorina, a są to relacje o dość oczywistych podtekstach (padają nawet aluzje co do rozmiarów krasnoludzkiego przyrodzenia, które brzmią nawet dowcipnie i naturalnie, ale nijak nie pasują do ducha dzieła Tolkiena). Romantyczne zauroczenie i erotyczne napięcie pomiędzy elfką a krasnoludem jest nie do pomyślenia – o ile mi wiadomo te gatunki się nie krzyżują. A wątek ten jest w zasadzie jedynym powodem obecności Tauriel w filmie. Bo niby czemu innemu miałaby ona służyć? Dowartościowaniu żeńskiej części widowni poprzez wprowadzenie silnej postaci kobiecej? A może ukontentowaniu części męskiej z racji tego że wypowiadane przez Lilly kwestie w języku elfickim brzmią bardzo zmysłowo i ponętnie (na co zwrócił uwagę w wywiadzie z aktorką Conan O’Brien). Nie czuję się przekonany. No i te kocie ruchy, niczym z „Matrixa” czy chińskiego kina walki, Legolasa (też zresztą w książkowym „Hobbicie” nieobecnego) i Tauriel, gdy uśmiercają oni niezliczone hordy orków. Wprawdzie sceny takie zostały zapoczątkowane bodaj już w „Dwóch wieżach” (Legolas zjeżdżający na tarczy niczym na deskorolce), ale mimo swej widowiskowości czasami wywoływały u mnie uśmiech zażenowania.

W zasadzie, biorąc pod uwagę tak liczne odejścia od ducha i litery, jest to raczej film „na motywach” książki Tolkiena niż „na podstawie”. Podczas seansu nie mogłem pozbyć się wrażenia, że to co oglądam więcej ma wspólnego z „uwspółcześnieniami” i „odświeżeniami” jak „Sherlock” czy też nowy „Doctor Who”, aniżeli z poprzednimi ekranizacjami dzieł Tolkiena dokonanymi przez Petera Jacksona

Nie przekonał mnie też skądinąd lubiany przeze mnie znakomity brytyjski komik i satyryk Stephen Fry w roli groteskowego władcy miasta Dal. Za bardzo przypomina w tej roli Ludwika XVI tuż przed wybuchem rewolucji. No i pewnym zgrzytem wydało mi się samo Dal, z jednej strony wyraźnie stylizowane na Północ (germańsko-skandynawskie imiona córek Barda), a z drugiej posiadające społeczność Czarnoskórych (którzy Śródziemie zdaje się też zamieszkiwali, choć raczej na południu) – ale to handlowe miasto, więc można zrozumieć, że nie było kulturowym i etnicznym monolitem. Trochę sobie oczywiście drwię, obecność czarnych statystów w niczym mi nie przeszkadza, bo niby w czym by miała, ale świadczy o tym, że twórcy filmu czasem nie pomyśleli, albo pomyśleli za dużo.

Trochę dziwacznie wyglądał też Gandalf, który jest tutaj niejako quasi-egzorcystą (z ust jednego z orków pada nawet kwestia „Jest nas legion”). Tutaj zapewne twórcy chcieli popisać się efektami specjalnymi obrazującymi magię i musieli znaleźć do tego jakiś pretekst. Jest to niejako „efekt uboczny” „szerokiego spojrzenia” jakie daje nam film. W książce Necromancer (w filmie Nekromanta, w – przynajmniej starym – tłumaczeniu powieści Czarnoksiężnik) był tajemniczą postacią z zamierzchłej przeszłości, dopiero po latach uważny czytelnik „Władcy Pierścieni” miał się przekonać, że był nim Sauron.

I teraz może niektórzy się zdziwią, ale ja wcale nie uważam tego filmu za zły. Przeciwnie – jest on bardzo dobry! W skali 1-10 dałbym mu 8 punktów, przy czym zaznaczyć muszę, że ocena ta jest owocem pewnego zawodu. Nie patrzę bowiem na film jako na film, ale jako na adaptację prozy Tolkiena. Fakt, że z dosyć cienkiej książki robi się trzy bardzo długie filmy od początku mógł się wydawać „podejrzany” – postawiono na kasowość produkcji. Trudno żebym miał pretensje iż twórcy celują w „target” szerszy niż grono ortodoksyjnych tolkienistów. Oni też mogą z „Hobbita” czerpać niemałą przyjemność, obserwując w jaki sposób wydarzenia z powieści zostały umieszczone na szerszym planie historii Śródziemia. Skupiłem się na elementach trudnych do zaakceptowania, ale też na drobnostkach, które nie mają większego znaczenia przy odbiorze dzieła. Może jestem złośliwy, ale to też trochę wina Petera Jacksona, który „Niezwykła podróżą” wyjątkowo wysoko ustawił sobie w moich oczach poprzeczkę. Film ma też niezaprzeczalne walory. Przede wszystkim trzy godziny seansu mijają właściwie niezauważalnie. Dłużyzny są nieliczne, a w toku akcji trudno się nudzić. Zaletą jest humor (choćby wspomniana już jako pewne złamanie Tolkienowskiego decorum konwersacja o zawartości spodni Kilego czy też kryjówka krasnoludów w domu Barda i reakcja jego córek). Jeżeli ktoś ceni sobie efekty specjalne, to też powinien być usatysfakcjonowany, gdyż pod tym względem trudno mieć jakiekolwiek zarzuty.

W zasadzie, biorąc pod uwagę tak liczne odejścia od ducha i litery, jest to raczej film „na motywach” książki Tolkiena niż „na podstawie”. Podczas seansu nie mogłem pozbyć się wrażenia, że to co oglądam więcej ma wspólnego z (budzącymi u mnie umiarkowany sceptycyzm) „uwspółcześnieniami” i „odświeżeniami” jak „Sherlock” (a pamiętajmy, że Smauga obdarzono głosem i obliczem Benedicta Cumberbatcha, kreującego w tej adaptacji rolę najsłynniejszego z detektywów, zaś Bilbo to Martin Freeman, czyli serialowy Watson) czy też nowy „Doctor Who” aniżeli z poprzednimi ekranizacjami dzieł Tolkiena dokonanymi przez Petera Jacksona. Myślę, że sam Tolkien nie zaaprobowałby takiej adaptacji, choć jestem też świadom iż jego dzieła to już pewien „wspólny” kulturalny budulec, z którego teraz tworzą inni.

Byłem świadkiem, jak w internetowych dyskusjach co bardziej podekscytowanym premierą nowego „Hobbita” dyskutantom grożono: „Zdradzę ci zakończenie, bo czytałem książkę”. W odniesieniu do tych gróźb oraz dość swobodnego podejścia jakie przybrał Peter Jackson względem literackiego pierwowzoru życzę sobie i wszystkim, abyśmy po trzeciej części „Hobbita” nie wyszli z kina za bardzo zdziwieni.




Chcesz odnieść się do stanowiska autora, chcesz polemizować, skomentować ten tekst? A może chciałbyś Drogi Czytelniku napisać na inny temat?
Jeżeli jesteś zainteresowany i zdecydowany przeczytaj nasz anons dotyczący współpracy redakcyjnej lub od razu napisz i wyślij do nas swój materiał na adres: redakcja@mojeopinie.pl. Odezwiemy się szybko!!

Komentarzy: 3

cez
29 grudnia 2013 (19:46)
Właśnie wróciłem z kina. Film skończyłem oglądać ponad godzinę temu.
Moje odczucia są bardzo pozytywne. Druga część podobała mi się nawet bardziej od pierwszej. Jedyne co mnie drażniło to trochę nierealne sceny, ale szczegółów nie będę zdradzał, żeby nie psuć zabawy. Hobbita nie czytałem, więc pewnie dlatego nie mam jakiś dużych zastrzeżeń.

Dominik
2 stycznia 2014 (02:09)
Hobbit
Skąd pomysł, że Elfy i Krasnoludy się nie krzyżują? Bo Tolkien tak nie napisał? Nie musiał, w świecie, w którym te dwie rasy żyją (w miarę) obok siebie to dość oczywiste, że znajdą się przynajmniej pojedyncze próby skrzyżowania. Ludzie na Ziemi przecież też od lat krzyżują się pomiędzy rasami i nikogo to specjalnie nie dziwi. Inna sprawa: Te trzy bardzo długie filmy nie są robione z dosyć cienkiej książki. Przyznaję, że główny wątek jest oparty na wydarzeniach z Hobbita, ale w dwóch dotychczasowych filmach da się wyłapać też odniesienia do Silimarilionu, Niedokończonych Opowieści i zapiskach Tolkiena, które można przeczytać pod koniec Powrotu Króla. Uważny czytelnik i widz powinien to zauważyć, dzięki temu długość i ilość tych filmów wydaje się już bardziej uzasadniona :)

Machiavelli
3 stycznia 2014 (19:48)
Esgaroth
W filmie nie ma miasta Dale, jest ono zrujnowane i spalone przez Smauga. Pokazana jest tylko upadająca mieścina Esgaroth
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
Raporty
zobacz również
Kręcimy powstanie

O tym, że film dokumentujący „Powstanie warszawskie” wart jest uwagi, nie trzeba nikogo przekonywać. Jednak czy okraszanie go kolorem i dialogami jest konieczne? To już nie jest takie pewne.
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".