O Instytucie „Pamięci Narodowej”, czyli Polaków problemy z pamięcią oraz historią
    historia wydarzenia16 · nauki polityczne4 · Nauka5
2014-05-10
Mało jest sporów w polskiej przestrzeni publicznej, które wzbudzałyby równie wielkie emocje jak kwestie historyczne. Chociaż renoma historii, jako nauki grzebiącej w dawnych dziejach i będącej zbiorem dat do zapamiętania jest raczej marna, to wpływ jaki wywiera na nastroje społeczeństwa wydaje się być odwrotnie proporcjonalny do tej złej sławy.

Patrząc na wydarzenia z ostatnich miesięcy czy lat, można by wymieniać na pęczki: powstanie styczniowe, zabójstwo prezydenta Narutowicza, dekada Edwarda Gierka czy wreszcie stan wojenny – ciężko jest nie zauważyć żywych, gorących emocji, które wybuchały przy każdym z tych tematów i stawały się zaczynem gorących polemik i dyskusji czy nawet marszy i manifestacji. Kwestie historii i pamięci nie są więc jeno sporami akademickimi tyczącymi się wydumanych problemów wyabstrahowanych od realiów życia codziennego, ale także palącą i ważną kwestią społeczną, która wpływa na tożsamość i postrzeganie świata przez większość z nas. Jeśli ktoś nie wierzy na słowo – niech spróbuje przejechać się Alejami Ujazdowskimi wieczorem 13 grudnia. Powrót z pracy do domu może wtedy zająć nieco dłużej niż zwykle i to bynajmniej nie z powodu korków.

W okrągłe 25 lat po uniezależnieniu się Polski od Związku Radzieckiego, warto zatrzymać się i zastanowić przez chwilę nad założeniami oraz skutkami polskiej polityki pamięci w minionym ćwierćwieczu. Warto w tym momencie także wyjść ponad bipolarny podział, który sprowadza się do podziału na „antykomunistów” oraz „obrońców PRLu”. Postulaty obydwu stron są powszechnie znane podobnie jak ich argumentacja faktograficzna – prawa strona akcentuje uzależnienie Polski od ZSRR; zbrodniczy charakter tego systemu, morderstwa i szykany polityczne, które dotykały opozycję, duchowieństwo i zwykłych obywateli; indoktrynację ideologiczną czy też niewydolną gospodarkę lat’80. Strona lewa zwraca uwagę na uwarunkowania geopolityczne; niesamowicie uwodzicielską moc ideologii marksistowskiej, której ulegały najtęższe umysły; szybką odbudowę Polski po II wojnie światowej czy wreszcie największy w historii narodu polskiego skok cywilizacyjny, który doprowadził do awansu społecznego szerokich mas społecznych, likwidacji analfabetyzmu, industrializacji i unowocześnienia Polski.

Nie jest celem niniejszego artykułu przeciąganie liny na korzyść którejkolwiek ze stron (mimo, że autor tego artykułu swoje sympatie i antypatie również ma i nie zgadza się na jednostronnie negatywną ocenę Polski Ludowej), a raczej spojrzenie na samą ideę polityki historycznej oraz polityki pamięci. W pracy tej postaram się dowieść, że ogromna część obecnych nieporozumień tyczących się przeszłości Polski jest efektem braku rozróżnienia dwóch diametralnie różniących się od siebie pojęć - pamięci oraz historii, które w dyskursie publicznym (ale i niekiedy akademickim) używane są często jako synonimy. Przedstawię również propozycję działań i rozwiązań, które mogłyby być podstawą do zmiany kształtu polityki pamięci w Polsce. I to w taki sposób, aby na drzewach zamiast liści nie zawisła ani prawica ani lewica.

Pamięć

Wydawałoby się pojęcie takie jak „pamięć” nie wymaga żadnego tłumaczenia, wszak dotyczy procesu zachodzącego w umysłach każdego z nas, jako że każdy człowiek koduje, przechowuje a następnie odtwarza informacje, w szczególności te dotyczące własnego życia i doświadczeń. Chociaż w potocznym użyciu pojęcie to nie nastręcza zbyt wielkich trudności, o tyle głębsza refleksja nad istotą pamięci – szczególnie w wymiarze społecznym – pokazuje, iż „pamiętanie” nie odnosi się tylko do prostego procesu rejestrowania i zapisu otaczającej nas rzeczywistości, ale stanowi konstrukt mentalny, który podlega nieustannym przeobrażeniom i kształtowaniu przez cały okres naszego życia. Co w tym wszystkim najważniejsze – pamięć stanowi tutaj rodzaj spoiwa i pomostu pomiędzy wydarzeniami przeszłymi a stanem, w którym znajdujemy się obecnie. Jak pisze Michael Rothberg we wprowadzeniu do swojej książki „The Implicated Subject: Multidirectional Memory and the Politics of the Present”, „pamięć jest to przeszłość uczyniona teraźniejszością” („memory is the past made present1” ). Liczy się więc nie tyle zdarzenie z naszej przeszłości jako takie, ale fakt iż jesteśmy przez to zdarzenie w pewien sposób ukształtowani i jego oddziaływanie na chwilę obecną. O ile obiekt historyczny może zostać teoretycznie zapisany i zapomniany jako rzeczywistość miniona, o tyle obiekt pamięci umiejscowiony jest zawsze w teraźniejszości w której żyje i na którą oddziałuje. Z tego też powodu pamięć nie jest statyczna, znajduje się w ciągłym ruchu i podlegać może ona zmianom w miarę jak zmienia się dana jednostka.

Ale pamięć nie jest kształtowana jedynie przez nasze doświadczenia osobiste. Suma indywidualnych przeżyć i sposobów postrzegania świata wielu jednostek składa się na zjawisko, które francuski filozof oraz socjolog Maurice Halbwachs spopularyzował jako „pamięć kolektywna”. Pamięć taka może dotyczyć każdej grupy społecznej, od najmniejszej – czyli rodziny – poczynając. O ile pamięć indywidualna zależna jest w pełni od jednostki, o tyle w przypadku pamięci kolektywnej mamy do czynienia z obrazem przeszłości wypracowanym przez większą społeczność, która decyduje o czym warto pamiętać, a o czym nie i w jaki sposób pamięć tę praktykować.

W tym momencie można by zadać pytanie – skoro ‘pamiętanie’ nie ogranicza się tylko do indywidualnej recepcji i oceny rzeczywistości, a opiera się na narracjach, które nie są naszymi własnymi – czy można to rzeczywiście nazwać pamięcią? Ażeby praktycznie to zobrazować - bardzo częste w polskiej przestrzeni publicznej są nawoływania do tego, aby pamiętać o rzezi katyńskiej. W sposób oczywisty nikt młody nie może pamiętać roku 1940, więc pamięć osobista w tym przypadku odpada. Czy chodzi więc o znajomość faktu historycznego, świadomość że wiosną 1940 roku w tym i tym miejscu rozstrzelano określoną liczbę Polaków? Chyba również nie do końca – czytamy o bardzo wielu tego typu masakrach, mamy świadomość że do nich doszło, nie wpływa to jednak znacząco na nasze jestestwo i przechodzimy obok nich obojętnie. Nie o daty i liczby więc tu chodzi. W takim razie chcemy być może zrozumieć co tamte osoby czuły, złożyć hołd im cierpieniu? Problem w tym, że nikt z nas nie ma bladego nawet pojęcia co tamte osoby czuły – i dziękujmy za to Bogu, bowiem tego typu świadomość byłaby traumą zbyt wielką do udźwignięcia nawet dla odpornej psychicznie osoby.

Powyższe pytanie jest pytaniem otwartym i ma za zadanie sprowokować do myślenia i autorefleksji. Tego typu zaduma jest potrzebna, szczególnie aby odpowiedzieć na inne pytanie, mianowicie w jaki sposób ważne wydarzenia, szczególnie te tragiczne, upamiętniać należy w przestrzeni publicznej. Jest to trudne pytanie i narażamy się tu na wiele niebezpieczeństw. Upamiętnianie na drodze intelektualnej: wykłady i odczyty, są nie tylko mało atrakcyjne, ale nie wydają się nas raczej przybliżać do zrozumienia tego, co w danym miejscu i czasie naprawdę się wydarzyło. Możemy zatem pójść w drugą stronę, w tą w którą poszli autorzy Muzeum Powstania Warszawskiego i starać się ukazać wydarzenie takim jakie ono było, na drodze emocjonalnej, abyśmy mogli poczuć to co czuli ci których chcemy pamiętać. Tego jednak, jak już wcześniej napisałem, oddać się nie da i efektem jest najczęściej banalizacja i trywializacja ludzkich tragedii. Wycieczki szkolne do Muzeum Powstania Warszawskiego są popularne również dlatego, że dzieci chcą pobiegać po kanałach tak jak powstańcy i dochodzą do wniosku, że „ci powstańcy to mieli fajnie”. Powyższa wypowiedź jest autentyczna. Czy o to chodziło autorom muzeum? Problem nie leży tylko w dzieciach, również dla dorosłych osób częste obcowanie z „miejscami pamięci” paradoksalnie może zacierać ich odczuwanie pamięci. To co wyjątkowe staje się czymś codziennym, to co niemożliwe do wyobrażenia i pojęcia – tylko eventem i projekcją na którą przychodzimy razem z rodziną. Wybitny francuski socjolog i filozof Jean Baudrillard określał to mianem „przyprawy-afrodyzjaku”, który zastępuje nam obcowanie z realną tragedią i przemocą.

Po dwóch akapitach częściowo dygresyjnych powróćmy jednak do naszego meritum. Doszliśmy już do wniosku, że pamięć to nie tyle przeszłość, co przeszłość obecna w teraźniejszości oraz, że oprócz pamięci indywidualnej istnieje pamięć kolektywna, wobec której pamięć jednostki najczęściej się podporządkowuje. Na temat zjawiska pamięci powstały całe tomy i nie ma sensu oddawać tu całej złożoności sporu oraz zagadnień związanych z pamięcią (zajęłoby to zresztą również objętość około-książkową), chciałbym wyszczególnić jednak i zaznaczyć cztery elementy, które wyróżniają pamięć od historii i pozwolą nam zrozumieć sedno problemu poruszanego w tym tekście.

Po pierwsze, pamięć jest subiektywna. To pozornie mało kontrowersyjne stwierdzenie, może okazać się problematyczne przy bliższym spojrzeniu. Jeżeli bowiem pamięć jest zawsze i wszędzie subiektywna to nie ma pamięci lepszej i gorszej. O ile nikt nie będzie podnosił alarmu w przypadku pamięci ofiary holokaustu, o tyle wspomnienia nazistowskiego kata mogą wywołać obruszenie czy nawet protest. Taki protest byłby uzasadniony, gdyby jakaś pamięć przybierałaby szaty obiektywnej historii i nie mielibyśmy świadomości jej subiektywności. Tak długo jednak, jak wiemy że mamy do czynienia jedynie ze wspomnieniami, są one równie „dobre” jak każde inne wspomnienia, niezależnie czyjego autorstwa. Właśnie dlatego w sieci sklepów Empik zakupić możemy obecnie dzienniki Josepha Goebbelsa, który – eufemistycznie mówiąc – dobrą reputacją generalnie się nie cieszy. Sugestia na walentynkowy prezent dla ukochanej osoby, szczególnie jeśli interesuje się historią.

Naturalną konsekwencją cechy pierwszej jest cecha druga – mianowicie pluralizm pamięci. Nie trzeba tego chyba tłumaczyć – o ile nawet w rodzinie często bywają różnice w postrzeganiu przeszłości, to co dopiero mówić o większych i bardziej złożonych społecznościach. ‘Pamięć rodzinną’ możemy jeszcze odnaleźć i obronić, poszukiwanie jednak ‘pamięci regionalnej’ czy ‘pamięci narodowej’, która byłaby wspólna wszystkim członkom danej społeczności jest zadaniem co najmniej karkołomnym. Szczególnie w społeczeństwach i krajach od lat podzielonych i używających różnych kategorii do opisu rzeczywistości.

Trzeci punkt to cel, któremu służy pamięć. Celem pamięci jest spełnianie funkcji praktycznej, co oznacza, że dostosowuje się ona do wyobrażeń i pragnień jednostek. Stąd też fenomen chociażby „wspomnień wypartych”, nie pasujących do ogólnie przyjętego schematu postrzegania rzeczywistości w danej grupie społecznej. Nad tym punktem warto zatrzymać się na dłużej. Pamięć spełnia całą masę zadań, których na co dzień nie jesteśmy nawet w pełni świadomi. Wspólne postrzeganie świata pozwala nam na stworzenie silnych więzi międzyludzkich, praktykowanie wspólnych świąt czy rocznic pozwala wytworzyć poczucie wspólnoty. Ten drugi punkt jest kluczowy – pamięć to nie tylko pamiętanie, ale również praktykowanie pamięci w chwili obecnej.

W ten sposób słowa Rothberga, że „memory is the past made present” możemy interpretować w sensie dosłownym. Poprzez pamięć przeszłość żyje tu i teraz, w takiej formie w jakiej chcielibyśmy ją pamiętać. W dzisiejszych czasach zauważamy to już w coraz mniejszym stopniu – pamięć zostaje wyparta przez historię z którą jest w nieustannym konflikcie (do tego dojdziemy jednak później). Znaczenie pamięci w tym wymiarze było najlepiej widoczne w dawnych czasach, szczególnie w środowiskach wiejskich, kiedy to zakres postrzegania świata opierał się na przekazach „z dziada, pradziada”. Wspólna przeszłość była pielęgnowana w codziennych rytuałach i to bliska nam pamięć, a nie obca i odseparowana od nas historia wyznaczała nam rytm naszego życia. O ile współczesna historiografia proponuje nam linearny (czyli historyczny) sposób patrzenia na przepływ czasu, o tyle dawna tradycja pamięci sprawiała, że żyliśmy w czasie liturgicznym, którego przebieg był cykliczny i w przeważającej mierze oparty na pamięci i rytuałach z nią związanych. Zainteresowanych tą koncepcją odsyłam do pracy amerykańskiej historyczki Gabrielle M. Spiegel pt. „Memory and History: Liturgical Time and Historical Time” (z książki „History and Theory” z maja 2002 roku, strony 149-162).

Jeżeli pamięć służy doraźnym celom zlokalizowanym w teraźniejszości to siłą rzeczy musi być ona uproszczona, tak aby oferować spójną i bezpieczną dla danej grupy wizję świata. Wszelka złożoność, niejednoznaczność oraz wgłębianie się w psychiczne i moralne motywy wszystkich stron konfliktu stanowią dla niej zagrożenie i mogą niekiedy powodować reakcję obronną. W tym sensie pamięć jest ahistoryczna i dąży raczej do mitologizacji i uświęcenia przeszłości (na użytek teraźniejszości) niż pełnego jej zrozumienia. Aby zobrazować tę nieco abstrakcyjną kwestię, za przykład ataku na pamięć może posłużyć twórczość Jana Tomasza Grossa, który swoimi książkami porusza trudną dla Polaków prawdę o pogromach żydowskich, których ci dokonywali m.in. w okresie drugiej wojny światowej. Uproszczony obraz pamięci, który podziela wielu Polaków jest taki, że wszyscy Polacy ratowali Żydów przed nazistowskim okupantem.

I owszem – zdecydowana większość Polaków nastawiona była do nacji żydowskiej pozytywnie lub neutralnie i jako naród posiadamy największą liczbę osób odznaczonych medalem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata. Sęk w tym, że byli również i tacy (zdecydowana mniejszość), którzy wyznawców religii mojżeszowej denuncjowali czy nawet sami mordowali i z punktu widzenia historycznego podjęcie tego tematu, co uczynił Gross, jest jak najbardziej usprawiedliwione i słuszne. Nawet pojedyncza, teoretycznie mało szkodliwa książka, która poruszała temat prawdziwy i ważny spotkała się jednak z masowym potępieniem wśród wielu środowisk, które nie chcą, aby ich czarno-biały obraz świata uległ zniekształceniu.

W tym miejscu potrzebna jest jedna bardzo ważna uwaga, odnosząca się do interpretacji powyższego wywodu. Żadna z cech, które dotychczas wymieniłem, nie ma na celu dezawuowania pamięci a już tym bardziej ukazywania jej jako narzędzia manipulacji. Musimy zdać sobie sprawę, że opisany przeze mnie powyżej mechanizm tyczy się wszystkich ludzi i nie ma w postrzeganiu świata poprzez specyficzną pamięć nic nagannego – przynajmniej tak długo jak pamięć pozostaje pamięcią i nie próbuje zająć miejsca historii. Nie jest tak, że istnieją w polskim społeczeństwie „oświecone” grupy, które odrzuciły pamięć i stanęły po stronie historii. Zarówno lewica jak i prawica; konserwatyści, liberałowie jak i socjaliści – wszyscy oni opierają się na uproszczeniach, tradycjach i z góry ustalonych narracjach, gdyż inaczej żyć się po prostu nie da. Pamięć, ze wszystkimi swoimi zaletami oraz niedomaganiami, stanowi niezbędny składnik życia jednostki jak i społeczeństwa. Analiza której właśnie dokonujemy nie służy więc w najmniejszym stopniu kompromitowaniu pamięci poprzez ukazywanie jej ograniczeń. Wprost przeciwnie – w dzisiejszej historiografii coraz mocniej podkreśla się rolę świadectw subiektywnego postrzegania rzeczywistości w celu poznania historycznego i z coraz większym dystansem podchodzi się do wszelakich syntez i analiz, które historię ukazywać chcą z holistycznego punktu widzenia. Pamięć jest więc nie tylko niezbędna, ale i spełniać może bardzo pozytywną rolę w życiu jednostek i społeczeństw. Ale może już dosyć o pamięci – przejdźmy do drugiego kluczowego dla nas pojęcia.

Historia

Nie ma jednej, słusznej definicji historii, którą można by uznać za powszechnie obowiązującą i wyczerpującą temat. Definicji takich są dziesiątki, jeśli nie setki i każda z nich próbuje wyłapać z tego obszernego pojęcia inny, zasadniczy pierwiastek czy ujęcie. Możemy stwierdzić, że historia jest nauką (znaczy, posługuje się ona metodą naukową) opisującą i dążącą do zrozumienia i zinterpretowania dziejów minionych, przy czym jedni historycy będą kładli większy nacisk na odtworzenie, z kolei inni na interpretację a jeszcze inni na odkrywanie nowych źródeł czy też na logiczne i spójne prezentowanie czasów przeszłych czytelnikom i audiencji. Spośród mrowia różnych ujęć i interpretacji, postarajmy się jednak spojrzeć na historię pod kątem czterech punktów, które zastosowałem do opisu pamięci. Spojrzenie takie powinno nam dać nie tylko w miarę jasne pojęcie o naturze historii, ale także wyobrażenie co do różnic między pamięcią i historią oraz ich wzajemnych relacji.

Jeśli chcemy przedstawić historię jako proste zaprzeczenie i odwrotność pamięci, to pierwszym naturalnym pomysłem jest stwierdzenie, że historia musi być obiektywna. Oczywiście, nie trzeba być wykwalifikowanym historykiem, aby dostrzec błędność takiego rozumowania. Skrajni cynicy stwierdzą, że ‘Historię piszą zwycięzcy’, ale nawet dobroduszny idealista nie przystanie na tezę o pełnej obiektywności historii. Pisanie o historii wymaga przyjęcia pewnej narracji, która zawsze i wszędzie będzie nosiła znamiona subiektywizmu. Nawet jeśli – czysto teoretycznie – postanowilibyśmy pozbawić nasz opis dziejów jakiejkolwiek narracji (co ciężko zresztą nazwać historią) i oprzeć się na wypisie suchych faktów, to już sama selekcja i wybór tychże faktów zadawał będzie kłam tezie o ‘obiektywności’ naszego przedsięwzięcia. Jednocześnie jednak każdy z nas widzi intuicyjnie, że historia różni się na tym polu od pamięci i nie może zostać zaklasyfikowana pod identyczną szufladką.

Wyjściem z tej kłopotliwej sytuacji jest uznanie, że historia ma tendencję do obiektywizacji, to znaczy dąży ona do jak najbardziej obiektywnego postrzegania czasów przeszłych, nigdy nie osiągając ideału obiektywizmu, który jest nieosiągalny. Dlatego też, chociaż nie istnieje lepsza i gorsza pamięć, to istnieje już lepsza i gorsza historia. Ta lepszą będzie ta, która korzysta z większej ilości źródeł, podchodzi do nich bardziej krytycznie, uwzględnia jak najszerszy zakres czynników i procesów stanowiących przedmiot jej badań, używa poprawnego rozumowania, dostrzega w sposób właściwy relacje przyczynowo skutkowe etc. Tych czynników jest oczywiście o wiele więcej. Jeśli chcielibyśmy zobrazować to w bardziej wzniosły i filozoficzny sposób, to ‘Obiektywizm’ jest niczym platońska idea do której na tym ziemskim padole nie mamy całościowego i pełnego dostępu, istnieje jednak możliwość częściowego uczestniczenia w tej idei, w mniejszym lub większym stopniu. Warto to uświadomić szczególnie tym polskim historykom, którym wydaje się wyszli już na dobre z platońskiej jaskini ciemnoty i ich prace są niczym światło prawdy. Pracy historyka są potrzebne tymczasem pokora, autokrytycyzm i świadomość swoich własnych ograniczeń.

Podobny zabieg jak poprzednio możemy zastosować do problemu historii i pluralizmu. Tutaj także prosta odwrotność nie spełnia swojej roli – nie mamy przecież tylko jednej i słusznej historii. Mimo wszystko, historia ma bez cienia wątpliwości tendencję do unifikacji oraz tworzenia syntez, nie jest ona pluralistyczna i ekspansywna jak pamięć. Wiedza historyczna akumuluje się poprzez badania historyczne (także badania pamięci), które odrzucają to co nieprawdziwe oraz nieistotne, a wybierają to co prawdziwe i wartościowe w danym temacie dążąc do stworzenia w miarę całościowego gmachu wiedzy na dany temat. Zawsze można dodać następną cegłę czy nawet przeprowadzić gruntowny remont, ale zburzyć całego gmachu w żaden sposób się nie da. Szukając rzetelnego opracowania na temat, na przykład, gospodarki i ekonomii Polski Ludowej sięgamy głównie po dzieła uznanych specjalistów – niech będzie to prof. Zbigniew Landau i prof. Wojciech Roszkowski. Mimo, że obaj różnią się w pewnym stopniu w swoich analizach (wszak jednej, słusznej historii nie ma) to w obu ich pracach znajdziemy masę punktów wspólnych, które można następnie krytycznie zsyntetyzować. I znowu mamy do czynienia ze wspólnym gruntem, który pozwala na konstruktywną pracę nad badaniem przeszłości. (Tematyka gospodarki PRL jest generalnie niezwykle ciekawym i mocno zniekształcanym obecnie tematem i oprócz dzieł prof. Landau, prof. Kalińskiego czy prof. Roszkowskiego, mogę gorąco polecić lekturę niedawno wydanej książki Adama Leszczyńskiego pt. „Skok w nowoczesność. Polityka wzrostu w krajach peryferyjnych 1943-1980” z bardzo ciekawym wstępem prof. Zygmunta Baumana.)

Samo badanie przeszłości spełnia w ujęciu historycznym inną funkcję niż w ujęciu pamięci. Dla pamięci, poznawanie przeszłości służy celom teraźniejszym i praktycznym – dla historii poznawanie przeszłości to cel sam w sobie. Historia pełni funkcję naukową, zasadzającą się na fundamentach pozytywistycznych. Dążenie do prawdy za wszelką cenę jest naukowym paradygmatem, który w starciu z pamięcią bywa iście bezlitosny. Metoda naukowa w naukach humanistycznych zmusza nas także do patrzenia na rzeczywistość w całej jej złożoności i wieloaspektowości i unikania wszelkich uproszczeń. Zmarły niedawno amerykański historyk Peter Novick, który specjalizował się głównie w tematyce Holocaustu, jako warunki zrozumienia historycznego wymienia „świadomość złożoności zjawiska, wystarczające odseparowanie aby móc popatrzeć na nie z wielu perspektyw, akceptowanie niejednoznaczności – w tym również tych moralnych którym podlegają wszyscy bohaterowie historii” (tłumaczenie własne). Przykład konfliktu, do jakiego może dojść w wyniku takiego spojrzenia opisałem już wymieniając prace Jana Tomasza Grossa. Warto jednak ten element zapamiętać i zrozumieć, również w odniesieniu do sporu o dziedzictwo Polski Ludowej, którym tutaj się zajmujemy.

Historia kontra pamięć – spór otwarty

Rozumiejąc teraz na czym polega różnica pomiędzy historią a pamięcią możemy przez chwilę zastanowić się nad relacjami jakie między nimi zachodzą - w końcu ani jedna ani druga nie żyją w oddzielnych rzeczywistościach, tylko stykają się ze sobą na co dzień w naszym codziennym życiu. Na temat ich wzajemnych relacji napominałem już wcześniej, sugerując że między tymi dwoma jakże różnymi od siebie pojęciami często dochodzi do spięć. Ale to nie wszystko – możemy pójść dalej i stwierdzić, że historia i pamięć żyją ze sobą w nieustannym konflikcie. Nie należy na ten konflikt patrzeć w kategoriach absolutnych, jako na starcie dwóch, odwiecznych i przeciwnych sobie pierwiastków na modłę manichejską, tylko raczej jak na spór powstały na przestrzeni historii, a konkretnie od czasu powstania nowoczesnej historiografii. W okresie ‘pre-historycznym’ społeczeństwa i jednostki żyły w cyklu liturgicznym, opierając się tylko i wyłącznie na pamięci, o czym wspominałem już wyżej. W momencie wkroczenia historii, ta nie tylko weszła w konflikt z pamięcią ale bezceremonialnie zaczęła zajmować jej miejsce i powoli ją niszczyć.

Historia dąży więc do unicestwienia pamięci, ta druga z kolei gra figlarnie na nosie tej pierwszej. Taką koncepcję (która wydaje mi się jak najbardziej słuszna i pod którą się podpisuję) zaproponował znany francuski historyk, członek L'Académie française – Pierre Nora. Daje temu wyraz w znakomitym artykule „Pomiędzy pamięcią a historią: Les Lieux de Memoire”, który świetnie oddaje istotę problemu i który warto bezpośrednio zacytować: „Pamięć i historia, nie tylko nie są pojęciami synonimicznymi, ale wydają się być obecnie w fundamentalnej do siebie opozycji. Pamięć (...) pozostaje w permanentnej ewolucji, otwarta na dialektykę zapamiętywania i zapominania, nieświadoma swych kolejnych deformacji, podatna na manipulację i przywłaszczenie, na długi czas wyciszana i okresowo wskrzeszana. Historia, z drugiej strony, jest rekonstrukcją, zawsze problematyczną i niekompletną, tego czego już nie ma. Pamięć jest nieustannie aktualnym fenomenem, więzami spajającymi nas z wieczną teraźniejszością; historia to reprezentacja przeszłości. (...)

W sercu historii jest krytyczny dyskurs, który stanowi przeciwieństwo spontanicznej pamięci. Historia jest nieustannie podejrzliwa wobec pamięci, i jej prawdziwą misją jest jej stłumienie oraz zniszczenie. Na horyzoncie społeczeństw historycznych, zgodnie z limitem kompletnie ‘zhistoryzowanego‘ świata, doszło by do nieustannej sekularyzacji. Celem i ambicją historii nie jest wywyższeniem, ale zgładzenie tego, co wydarzyło się w przeszłości. Uogólniona historia krytyczna pozostawiłaby bez wątpienia niektóre muzea, niektóre medaliony i monumenty – innymi słowy, rzeczy niezbędne do jej pracy – ale opróżniłaby je z tego co czyni je dla nas ‘miejscem wspomnień’. W końcu, społeczeństwo żyjące w pełni pod znakiem historii, nie byłoby w ogóle w stanie (...) stworzyć nowych takich miejsc, dla zakotwiczenia swej pamięci
2 .” (tłumaczenie własne) Jeżeli zagłada i zniszczenie pamięci stanowi cel historii, to nic dziwnego że ta pierwsza broni się rękami i nogami. Pojawia się tutaj jednak pytanie – jeżeli usuniemy pamięć to co wypełni pustkę powstałą na jej miejscu? Czy historia jest w stanie zastąpić pamięć? Stoję na stanowisku że zdecydowanie nie, jako że poznanie historyczne nie jest ani możliwe ani potrzebne szerokim masom ludzkim, wyłączając z nich grupki historyków.

Nie stoimy więc wobec problemu ‘pamięć czy historia’ tylko wobec dylematu ‘pamięć czy ignorancja’. Historia jako nauka ma swą bezpieczną niszę w której będzie zawsze egzystować i bujnie się rozwijać, nie grozi jej tu żadne niebezpieczeństwo. Ale nie jest ani pożądane ani nawet fizycznie możliwe, aby tak skomplikowana, trudna i niejednoznaczna nauka jaką jest historia była w stanie zająć miejsce codziennej, uproszczonej pamięci. Świadomi nieprawdziwości uproszczonej pamięci, a jednocześnie nie będący w stanie pojąć złożonej historii, staniemy wobec pustki. Będziemy się pocieszać tym, że istnieje zapisana w mądrych księgach i potężnych archiwach „prawda historyczna” ale jednocześnie będziemy ignorantami co do ich zawartości. Podobnie jest obecnie z wieloma naukami ścisłymi – wszyscy wierzymy światu nauki, mimo że nie mamy tak naprawdę zielonego pojęcia o przedmiocie i rezultacie jego badań. Ale z historią jest jeszcze gorzej, jako że stanowi ona część naszej tożsamości. Bez pamięci nie będziemy już po prostu ludźmi.

Problem IPNu

Ze świata abstrakcji przeskoczmy na nasze przyziemne, rodzime, polskie poletko. W okresie od połowy lat’40 aż do końcówki lat ’80 XX wieku Polska znajdowała się pod protektoratem radzieckim i na jej ziemiach usiłowano wprowadzić model polityczno-gospodarczy nazywany obecnie „realnym komunizmem”, który – biorąc pod uwagę m.in. względnie liberalny charakter jego polskiej odmiany – określa się w Polsce mianem „realnego socjalizmu”. Model ten pod względem ideologicznym zasadzał się na pryncypiach marksizmu-leninizmu, który był oficjalną ideologią państwową. Jakaż była polityka pamięci marksizmu-leninizmu? W ogromnym skrócie: do pamięci przykładano wagę ogromną i fundamentalną, jednocześnie jednak dążąc do jej inżynierii i kreacji w duchu marksistowsko-leninowskim, jako że pamięć była jedynie sługą wobec wielkiej królowej jaką była historia. Wynikało to ze specyficznego pojmowania historii przez ‘realnych komunistów’, którzy wierzyli, że model socjalizmu naukowego, który zaproponował Marks a zdogmatyzował Engels, pozwala im na dostrzeżenie obiektywnych praw rządzących historią. Marksizm-leninizm nie był więc jeno jeszcze jedną koncepcją i propozycją, ale obiektywną prawdą i z tego powodu historia w ujęciu marksistowskim stanowiła uwieńczenie wysiłków ludzkości i niepodważalny monument, sprawdzany doświadczalnie i będący ostatecznym produktem ludzkiego racjonalizmu.

Skoro Marks i jego następcy doszli do ostatecznej prawdy, to jakakolwiek inna interpretacja historia była zwykłym fałszem, który należało zwalczać. I tu pojawia się wszechobecna i natrętna pamięć, która stanowiła jedynie narzędzie i praktyczny oręż w walce z innowiercami i przeciwnikami idei, którą jej realizatorzy opiewali mianem „komunizmu”. Polityka pamięci miała więc w PRLu postać natrętnej propagandy, wprowadzanej odgórnie, ale też realizowanej w wyższym celu – przekonania ludzi do Ostatecznej Prawdy jaką oferował marksizm.

‘Pamięć socjalistyczna’ miała większość cech wykluczających prawdziwą, naturalną pamięć. Była ona uznawana za obiektywną (ten kto inaczej widział przeszłość, stał po ‘złej stronie historii’), była uniwersalna i miała obejmować nie tylko wszystkich Polaków, ale też cały ruch robotniczy i chłopski na świecie – była więc to nie tylko ‘pamięć narodowa’ (szczególnie po 1956, kiedy polski realny socjalizm stał się mocno nacjonalistyczny), ale też jedna, uniformistyczna pamięć światowa. Dwa pozostałe punkty z naszego zestawienia spełniała – na pewno spełniała funkcję praktyczną i była uproszczona. Czasem aż zanadto.

Wiara w istnienie wspólnej wszystkim ludziom pamięci, było naturalną konsekwencją marksowskiej doktryny o wspólnej naturze ludzkiej. Tak naprawdę jesteśmy identyczni, a fakt że się różnimy stanowi efekt samowzbogacającej alienacji, która zostanie zniesiona w ostatecznym etapie rozwoju ludzkości jaką jest komunizm. Zainteresowanych ideologią marksistowską zapraszam do zapoznania się z moim artykułem pt. „Marksizm – o co naprawdę chodzi?” (dostępny pod tym adresem3) w której tłumaczę m.in. kwestię marksowskiej wolności oraz właśnie samowzbogacającej alienacji. Marksizm jest zresztą zbyt złożoną i wieloaspektową doktryną, aby poświęcać mu w tym tekście tak wiele miejsca. Dlatego też, zapraszam do powyższego artykułu.

U marksistów-leninistów tworzenie jednej, uniwersalnej pamięci podyktowane było więc wiarą, że działają w imię naukowej prawdy. Ten kto wyłamywał się z komunistycznego szeregu był niczym ktoś kto krzyczy że dwa plus dwa równa się pięć i musiał zostać ‘nawrócony’, w końcu świat komunizmu miał być światem najwyższego racjonalizmu i jego członkowie też musieli być racjonalni. Zmanipulowany, reakcyjny biedak mógł jednak liczyć na pomoc realno-komunistycznego aparatu państwa – całe szczęście po 1956 w coraz mniejszym stopniu.

Zdiagnozujmy zatem, dwa główne grzechy marksizmu-leninizmu w sferze polityki pamięci: pierwszym było odstąpienie od zasady, że pamięć jest pluralistyczna i subiektywna (i w zamian tworzenie uniwersalnej pamięci dla całej dużej grupy ludzkości); drugim – zatarcie granicy między pamięcią a historią - ta druga stanowiła usprawiedliwienie dla manipulacji tą pierwszą, brak było rozgraniczenia i rozróżnienia tych dwóch koncepcji. Wsiądźmy teraz w nasz wehikuł czasu i przetransportujmy się nieco dalej – do III RP, której symboliczny początek stanowi rok 1989 (obrady Okrągłego Stołu? Wybory Czerwcowe? Utworzenie Rządu Mazowieckiego? a może nowelizacja konstytucji z 30 grudnia 1989 roku?). Jeśli ktoś jest mocno zakręcony to dodam, że jest to ustrój, w którym żyjemy również obecnie, pomimo częstych i gęstych zapowiedzi powstania IV RP. Łatwo więc się doliczyć, iż mija w tym roku równe ćwierćwiecze uwolnienia się od Związku Radzieckiego. Jest to też ćwierćwiecze wolnej Polski - do której można (a nawet trzeba) mieć wiele zarzutów, ale która z całą pewnością jest państwem demokratycznym, a konkretnie jest państwem ucieleśniającym zasady demokracji liberalnej, o którą tak długo walczyliśmy.

Mówiąc o polityce pamięci i polityce historycznej III RP pierwszą i podstawową instytucją, na której musimy się skupić jest powstały w 1999 roku (a raczej reaktywowany po wielu perturbacjach i ewolucjach) Instytut Pamięci Narodowej – Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. To właśnie na tej instytucji opiera się polityka pamięci obecnego ustroju i dlatego też to przez jej pryzmat będziemy tę politykę oceniać. Problemów z IPNem jest sporo. Jednym z nich może być jałowa i nieskuteczna praca pionu śledczego, który przez blisko 12 lat wszczął blisko 12 tysięcy śledztw spośród których aktami oskarżenia uwieńczone były... 300 z nich4 . Chęć znalezienia zbrodni jest wielka, ale doprowadzenie sprawy do końca jest już trudniejsze, nawet mimo przesłuchania w tym celu około 80 tysiąca świadków. Jak na pensję w wysokości 12 tysięcy złotych miesięcznie wypadałoby by wymagać nieco większej skuteczności od panów prokuratorów.

Za inny problem można uznać sam pomysł łączenia funkcji historyka z prokuratorem, badacza ze ścigającym. Efektem może być taka efektowna kompromitacja jak ekshumacja szczątków gen. Sikorskiego, która nie miała szans wniesienia czegokolwiek nowego do śledztwa, przeprowadzona została mimo to z wielką pompą. Głosy o konieczności odłączenia pionu śledczego od IPNu nie milkną od lat, ale tej słusznej decyzji nikt póki co podjąć nie umie.

Ale to nie te problemy stanowią sedno tego wywodu. Skoncentrujmy się na zasadniczej funkcji jaką spełnia IPN z punktu widzenia pamięci oraz historii, czyli na jego Biurze Edukacji Publicznej. Jak sama nazwa wskazuje – IPN jest instytucją pamięci, która ma na celu uświadamianie, przypominanie, kształtowanie i honorowanie pamięci. So far, so good. Tylko jakiej pamięci?

Na pewno nie ‘pamięci narodowej’, ponieważ absurd tego pojęcia już został omówiony. Implikuje ono istnienie pamięci wspólnej wszystkim Polakom, wspólnej interpretacji dziejów minionych oraz sposobów jej honorowania i upamiętniania. Każdy kto chociaż raz na rok ogląda telewizję, czyta gazetę albo wychodzi na ulicę wie, że Polacy nie zgadzają się w interpretacji przeszłości tak fundamentalnie i na tak wielu płaszczyznach, że utrzymywanie jakiejś iluzji o ‘pamięci narodowej’ jest sprawą z góry przegraną. Trzeba więc coś zrobić z tymi którzy wyłamują się z góry narzuconego schematu i śmią twierdzić, że Polska Ludowa, pomimo wszystkich swoich wad i przywar, była legalnym państwem polskim, i że za działanie na jej rzecz nie należy się wstydzić, a można być wręcz dumnym. Karać należy za konkretne przewiny (a tych było sporo) ale nie za fakt działania na rzecz państwa polskiego, nawet jeśli było ono uzależnione od potężnego sąsiada. W tym miejscu najczęściej rozpoczynają się argumenty historyczne i sypanie datami oraz nazwiskami. Pomylone zostają porządki. To, że co trzeci Polak ma pozytywne odczucia co do PRLu (badanie TNS Polska z 2013 roku5) jest faktem pamięci i argumenty ‘historyczne’ są historyczne jedynie z pozoru, tak naprawdę stanowiąc arsenał pamięci przeciwnej. Każda pamięć korzysta z argumentów historycznych (a przynajmniej próbuje), jednak jak już zauważyliśmy historia oznacza ujmowanie przeszłości w całej jej złożoności i obu stronom takiego podejścia brakuje. Tak samo IPN, koncentrując się jedynie na pewnym wycinku rzeczywistości PRLowskiej pozuje na instytucję historyczną chociaż jest to jedynie instytucja jednej z wielu pamięci, i to nawet niekoniecznie dominującej w Polsce.

Cały grzech i problem IPNu polega więc na tym, że będąc zaledwie jedną z opcji pamięci jaka jest bliska Polakom, zawłaszcza on sobie miano do jedynie słusznej pamięci, a tych którzy jej nie podzielają określa się niekiedy mianem zmanipulowanych i chce się ich edukować i ‘uświadamiać’, inną pamięć traktując jako kłamstwo. To zagarnięcie przestrzeni pamięci wyraża się głównie w państwowym monopolu, w ramach którego IPN otrzymał w roku 2013 IPN otrzymał z budżetu państwa blisko 250 mln złotych na swoją działalność. Dużo to czy mało? Polska Akademia Nauk otrzymała w tym samym roku 81 mln złotych. Z kolei potężna i bardzo ważna instytucja jaką jest Najwyższa Izba Kontroli otrzymała 259 mln6. Gdybyśmy rzeczywiście mówili o dobrze ogólnopolskim nie byłoby to problematyczne. Ale na pewno problematyczne jest obdarowywanie tego typu pieniędzmi instytucję pamięci prawicowo-antykomunistycznej, nie honorując za to w żaden sposób pamięci Polski Ludowej. Z innymi pamięciami bywa lepiej – honorujemy pamięć Żydów polskich, pamięć marszałka Piłsudskiego i wiele innych. Nie zmienia to faktu, że mamy do czynienia z problemem sięgającym głęboko poza PRL – pamięć masakry w kopalni Wujek (9 zabitych, rządy „komunistów”) ma poparcie państwa, poparcia tego brakuje dla krakowskich robotników z listopada 1923 (18 zabitych, rozkaz strzelania do robotników przez prawicowy rząd Witosa7).

Warto na końcu wskazać na rozróżnienie motywów jakimi kierowały się władze realno-komunistyczne od tych które kierują dzisiejszym IPNem. W przypadku tych pierwszych chodziło o racje naukowe, wierzono bowiem że socjalizm naukowy jest ostateczną wykładnią naukową świata, więc odmienną pamięć tępiono tak jak błąd w obliczeniach. IPNem kierują racje moralne, które pozwalają postawić samego siebie po ‘właściwej stronie historii’ i uznać drugą stronę za skompromitowaną i nie godną pełnego uczestnictwa w sferze publicznej. Zdradziecka lewica powinna dziękować że nie została w ogóle zmieciona z powierzchni Polski i jest tolerowana przez patriotycznych Polaków. Tego typu szantaż emocjonalny działał jeszcze w niedługim czasie po 1989 roku, kiedy działacze byłego PZPRu rzeczywiście mogli czuć się przegranymi i skompromitowanymi. Po 25 latach warto by nareszcie ostatecznie stanąć wyprostowanym i popatrzeć się ideowemu rywalowi prosto w oczy – nawet jeśli wyciągnięcie przyjaznej ręki nie wchodzi jeszcze w grę.

Nie palcie IPNu, zakładajcie własne

Głównym postulatem środowisk lewicowych odnośnie rozwiązania tego palącego problemu jest całościowa likwidacja Instytutu Pamięci Narodowej. Już od paru lat trwa wytrwała krucjata lewicy w celu usunięcia ze sfery publicznej tego repozytorium „narodowej” pamięci. Problem w tym, że tego typu wyjście nie rozwiąże wcale problemu, a będzie stanowiło jedynie zamiecenie go pod dywan. Pamięć jest potrzebna, ale nie może pretendować do miana historii. W tym celu potrzebne jest parę działań.

Przebudowa i rekonstrukcja IPNu jest oczywiście niezbędna – chodzi tutaj o odłączenie pionu śledczego od reszty instytucji i przekazanie kompetencji śledczych normalnym sędziom i prokuratorom, którzy kontynuować będą swoje dochodzenia i śledztwa bez presji ideologiczno-politycznej. IPN powinien być instytutem pamięci prawicowej, zajmującym się okresem PRLu jak i okresem okupacji nazistowskiej w sposób jaki mu się żywnie podoba. Zamiast likwidować pamięć, dążmy zatem do jej dywersyfikacji poprzez uwzględnienie również innych pamięci. Polska jest zbyt różnorodnym i bogatym w różne światopoglądy krajem, aby próbować ulokować wszystkich pod jednym mianownikiem. Popatrzmy chociażby na okres II RP – czy możliwa jest „pamięć narodowa” wspólna dla: 1) konserwatystów i ziemiaństwa, którzy są przeciwnikami wszelkich przemian społecznych czy politycznych, 2) narodowej demokracji, która nienawidzi Piłsudskiego, jest przeciwna reformom społecznym i jest nacjonalistyczna 3) piłsudczyków, którzy nienawidzą Dmowskiego, są zwolennikami umiarkowanych reform w duchu pro-państwowym i popierają prawa mniejszości narodowych, 4) ludowców, którzy gorąco domagają się reform społecznych (reforma rolna) pozostając często w duchu konserwatywnymi i religijnymi, 5) socjalistów, którzy domagają się postępowych reform i przemian zarówno w sferze politycznej jak i społecznej i ideologicznej, 6) polskich komunistów, którzy są przeciwnikami istnienia samodzielnej burżuazyjnej Polski i chcą rewolucji komunistycznej? Zupełnie inaczej na morderstwo Gabriela Narutowicza reagowała endecja, zupełnie inaczej socjaliści. W inny sposób interpretowali 11 listopada piłsudczycy, a inaczej komuniści. Już po wybuchu wojny, jedni modlili się o wskrzeszenie Piłsudskiego, drudzy chcieli powiesić go na stryczku. Pamięć jest subiektywna i pluralistyczna i nawet jeśli komuś nie chce się sięgać po dzieła Pierra Nory to niech sięgnie po prostu po historię Polski XX wieku. A jeszcze lepiej po wspomnienia uczestników tej historii.

Nie niszczmy więc IPNu, tylko stwórzmy więcej instytutów pamięci (oczywiście, nie pobierających już 250 mln z budżetu państwa). W PRLu mieliśmy radykalną opozycję antykomunistyczną, która nie chciała iść na żadne kompromisy. Była opozycja antykomunistyczna uznająca konieczność kompromisu i w ten sposób dążąca do zniesienia realnego socjalizmu. Była opozycja socjalistyczna, która waliła w PRL jak w bęben, ponieważ ten zdradził hasła socjalizmu i utworzył despotyczne państwo „czerwonej burżuazji”. Ci chcieli zachować socjalizm, lecz walczyć z wypaczeniami. Byli ci, którzy PRLu z całej siły bronili ze względów taktycznych (geopolityka, realizm) i ci którzy gorąco wierzyli w ten system (szczególnie do połowy lat ’60) jako najlepszy możliwy ustrój. Byli w końcu i ci, którzy mieli o wszystko gdzieś i tęsknią za PRL-owską oranżadą i wodą z saturatora. Każda z tych pamięci powinna być traktowana w sposób równorzędny i zasługuje na obecność w sferze publicznej – chyba, że ktoś ma naprawdę ogromny sentyment do marksowskiej idei „wspólnej natury gatunkowej człowieka”.

Rozwiązaliśmy problem pamięci (a przynajmniej zaproponowaliśmy jakieś rozwiązanie), zastanówmy się teraz co z historią. Jeżeli pamięć powinna zostać zdywersyfikowana, to zgodnie z naszym dotychczasowym wywodem, logicznym wydaje się być, że historia powinna zostać sprofesjonalizowana i oddzielona od pamięci. Tu jednak ktoś powinien podnieść rękę i zaprotestować – przecież od tego postulatu tylko mały krok do hasła przypominającego niebezpiecznie Marzec ’68 – „historia dla historyków”. Co począć z tym problemem?

Musimy pamiętać, że pamięć i historia żyją ze sobą w nieustannym splocie, oddziałują na siebie i wzajemnie na siebie wpływają. Dywersyfikacja pamięci (patrzenie na przeszłość pod większą ilością różnych kątów) sprawi zatem, że poznanie historyczne (które zakłada właśnie ogląd rzeczywistości w całej złożoności, pod każdym kątem) również powinien ulec poprawie. Kwestie historyczne powinny znaleźć się w pełni w gestii ośrodków akademickich, uniwersytetów, z dala od wszelkich nacisków polityczno-ideologicznych (tak ze strony lewicy jak i prawicy). Oczywiście, uniwersytet nie jest oddzielony murem od świata zewnętrznego, ale to bez wątpienia tam są relatywnie najlepsze warunki na pielęgnowanie tak trudnej nauki jaką jest historia.

Multi-kierunkowa pamięć powinna więc znieść z historyków nacisk ze strony jedynej, słusznej pamięci. Pytanie teraz – czy należy historię promować poza mury uniwersyteckie, czy nie schodzimy do poziomu beznadziejności mówiąc że szerokie masy i tak nie pojmą historii, zostawmy ją więc specjalistom? Ano, historię promować należy, ale bez przymusu ideologicznego. Historią nigdy interesować się nie będzie większość Polaków (podobnie jak większość Polaków nie będzie się zachwycała najnowszymi koncepcjami socjologicznymi czy kognitywistycznymi), ale wyższy poziom badań historycznych powinien zachęcać relatywnie większą liczbę osób do zainteresowania się historią.

Historię należy także promować, poprzez tworzenie nie tylko opasłych tomów, ale też w miarę przystępnych opracowań, które będą przybliżały dzieje przeszłe w sposób ukazujący ich złożoność – na tyle, na ile dzisiejsza historiografia jest w stanie sobie z tym problemem poradzić. Należy też postawić jasny znak między pamięcią a historią – ta pierwsza może być dowolna, o ile mówi jasno, że jest świadectwem pamięci. Ta druga musi podlegać ścisłej krytyce, weryfikacji i sprawdzeniu ze strony środowiska naukowego. I dla argumentów emocjonalnych – o tym kto jest prawdziwym patriotą, a kto nie – nie powinno być tam miejsca. Czy tego typu rozwiązania pomogą? Tego dowiemy się tylko empirycznie, sprawdzając to w praktyce. A to wcale nie musi być trudne – i jeżeli chcemy chociaż w małym stopniu przyczynić się do zasklepienia obecnych różnic ideologicznych Polaków, to to jest podstawowy krok. Owszem, różnice są konieczne i pożyteczne – gorzej, gdy jedna strona nie uznaje drugiej strony jako pełnoprawnego partnera i chce go wyrugować ze sfery publicznej. Pomnik czterech śpiących to tylko jeden przykład.

A mogłoby się wydawać, że w 25 lat po marksizmie-leniniźmie wyciągnęliśmy jakieś wnioski.

Przypisy:
1. http://www.ihc.ucsb.edu/research/identity_articles/Rothenburg2009MultidirMemoryIntroOCR.pdf
2. http://www.history.ucsb.edu/faculty/marcuse/classes/201/articles/89NoraLieuxIntroRepresentations.pdf
3. http://www.mojeopinie.pl/marksizm_o_co_naprawde_chodzi,3,1390670931
4. http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kraj/1524299,1,marny-bilans-prokuratorow-z-ipn.read
5. http://www.polskieradio.pl/10/485/Artykul/885995,Polacy-tesknia-za-PRL
6. http://historia.org.pl/2012/12/10/kilkaset-milionow-zlotych-na-historie-w-budzecie-na-2013-r-najwiecej-dostanie-ipn/
7. http://pl.wikipedia.org/wiki/Zamieszki_krakowskie_1923_roku

Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Sprawa „bestii” a jakość państwa

Nie należę do tych, którzy we wszystkim, co dzieje się dookoła widzą jakiś przejaw słabości państwa. Myślę wręcz, że wiele rzeczy w Polsce funkcjonuje znacznie lepiej, niż przyjęło...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".