OFF FEstival 2010 - relacja z pierwszego dnia
    Off festiwal69 · relacje z koncertów35 · festiwale muzyczne112 · muzyka alternatywna274
2010-08-08
Zacznę uspakajając wszystkich, którzy na Offa nie dotarli, a zależy im na festiwalu będącym ostoją polskiego świata niezależnego- to wciąż ta sama impreza. Mimo zmiany miejsca i wyrośnięcia do naprawdę dużych (choć jeszcze nie Openerowych) rozmiarów, mimo że Scena Leśna leśną pozostaje tylko z nazwy, mimo że mamy trochę dalej do Biedronki ; ). To dalej ten sam Off, z tą samą Offową atmosferą, przyjaznymi ludźmi, artystami przechadzającymi się wśród publiczności, której aż tak znowu wiele nie ma.

The Horrors

Ale ponoć rekordy frekwencyjne padły. Na pewno między innymi przez pojawienie się The Horrors. Skandalicznie wczesna pora na taki koncert. Wolałbym nawet zaczekać do drugiej w nocy i resztkami sił skakać w rytm utopijnej w zgiełku i niepokoju muzyki okraszonej stosownym oświetleniem tworzącą odpowiednią dla takiego występu atmosferę. Publiczność zaskakująco grzeczna. Albo nieśmiała. Albo potraktowała Horrors jako rozgrzewkę. W to ostatnie nie chce mi się wierzyć, w końcu zespół ma u nas liczne grono wiernych fanów, którzy od wydania rewelacyjnej płyty Primary Colours musieli na nich cierpliwie czekać. Lub wybrać się do Berlina. Jednak zjechali i do nas, racząc fanów spójnym setemoparty na ostatniej płycie właśnie. Cóż, nie spodziewałem się na tym koncercie szczególnej wylewności sprawiających wrażenie introwertyków facetów, jednak czasem można było wyczuć, jakby nie zwracali uwagi na publiczność. Jednak gdy tylko ta (no dobra, jakaś jedna czwarta) przejęła się muzyką i stworzyła dość porządny młyn (choć do złotych lat punka brakowało wiele) zabawa była wyśmienita. Wykonawczo, a czego się niby spodziewać, pierwsza klasa. Horrors nie tylko umieją używać przesteru i syntezatorów, umieją też sprawnie grać i tworzyć atmosferę koncertu, świetnie dobierając kawałki. Na duży plus, choć, no cóż, chciałoby się ich w klubie, po dwudziestej trzeciej.

Fotorelacja z pierwszego dnia OFF Festival 2010

Nieopodal Sceny mBank organizatorzy upchnęli Scenę Eksperymentalną. Tak, upchnęli to dobre słowo, bo miejsca nie pozostało wiele, a maleńki namiot z trudem zmieścił publiczność chcącą zobaczyć i usłyszeć Austriaka. Choć przeważała publiczność nastawiona tylko na słuchanie, czyli ci, którzy z zamkniętymi oczami siedzieli skuleni na podłodze. A wśród nich ja. Dostaliśmy to, czego się spodziewaliśmy - Fennesz czarował graniem uczuciami. I to niekonieczne tymi dobrymi - sporo było w tej muzyce momentów, które wielu ludzi uznałoby za kakofonię, jednak zaraz po tego typu wycieczkach znowu wracał przyjemny, choć czasem chłodny ambient. Do tego, trzeba przyznać, środki minimalistyczne - laptop i gitara, dźwięki miksowane i przetwarzane na żywo. Niesamowite wrażenie.

Po koncercie Fennesza przeszedłem jeszcze obok Sceny Leśnej (ej, ej, gdzie ten las?!), gdzie kończył swój set Art Brut. Jednak nie mogłem znieść przeskoku do czysto wiksiarskiej atmosfery, toteż przeszedłem dalej- na Scenę Offensywną.

Ekhem, tak, tak, nie było mnie na Lenny Valentino, przepraszam, znaczy nie przepraszam oburzonych. Po prostu na ten kult się nie załapałem, nigdy fanem supergrupy nie będąc. W każdym razie frafiłem na Efterklang. Chyba najweselszy i jeden z najbardziej szczerych, niepozowanych występów, na których byłem. Co ciekawe, nie było ani odrobiny dysonansu między starym a nowym Efterklangiem- utwory z pierwszej, dość pompatycznej, rozbudowanej aranżacyjnie płyty nie gryzły się z tymi z nowej, elegancko popowej. Do tego chyba najfajniejsza sprawa na festiwalach, wciąż rzadko obecna w Polsce- featuringi. Efterklang zaprosili na scenę polskich artystów, w tym grającego z nimi na "Parades" Czesława Mozila. Do tego muzycy zachwyceni odbiorem i tryskający humorem- czego tu chcieć więcej?

Cóż, o The Fall mógłbym napisać tylko tyle, że niekoniecznie kopie w wersji koncertowej. Szkoda, bo punkowy potencjał jest.

Przez chwilkę posłuchałem jeszcze Zu, czyli ostrzejszą wersję Baaby. Bardzo się spodobało, jednak po chwili postanowiłem zajmować miejsce na A Place to Bury Strangers. Sam nie wiem, czy głośniej było właśnie na nich, czy może na krakowskim koncercie Mount Eerie. Cokolwiek by nie powiedzieć, hałas wiercił daleko za bębenkami. Właściwie nie można było jednoznacznie ustalić, jakie akordy grają muzycy. Co dopiero stwierdzić, czy było równo, czysto, do taktu. Przez większość czasu było po prostu głośno. Jednak punkowy chaos w wykonaniu zespołu wywarł na mnie ogromne wrażenie, szczególnie że w całym przedstawieniu główni aktorzy wyglądali nadzwyczaj autentycznie- wijąc się i rzucając po scenie.
Pierwszy dzień to ogromny plus.


Komentarzy: 1

One blood
15 sierpnia 2010 (12:21)
Może być
Może być ale wyraz "zaspakajanie" w polszczyźnie nie istnieje.
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Iamamiwhoami – Kin

Wszystko zaczęło się od umieszczania tajemniczych klipów na kanale youtube skandynawskiego projektu o nazwie iamamiwhoami. Brak konkretnych informacji sprawił, iż na podstawie stylistyki...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".