Opowieści filipińskie (cz. III) – W pułapce niedopowiedzeń
    reportaże z podróży201 · relacja z wyprawy63 · Filipiny11 · Azja Południowa31
2008-11-23
Czasem warto dziesięć razy zastanowić się, zanim wyruszy się w którąś stronę. Czasem warto zapytać kilku osób, żeby mieć pewność, że wie się, co należy zrobić i gdzie pojechać. Zwłaszcza na Filipinach, gdzie podróż w nawet niezbyt oddalony region trwa bardzo długo, głównie z powodu korków oraz powolnych wielkich promów, na których podróż czasem zamienia się w męczarnię.


Droga do Puerto Galery

Po powrocie znad jeziora Taal od razu wskoczyliśmy w Manili w autobus do Batangasu, miasteczka, które nie kryje w sobie zbyt wielu atrakcji, ale jest przede wszystkim węzłem komunikacyjnym pomiędzy olbrzymią wyspą Luzon, a dużo mniejszą wyspą Mindoro. Ta zaś słynie z pięknych, bajkowych plaż, osłoniętych od wiatru drzewami palmowymi i majestatycznymi górami. Leżenie na plaży co prawda nie brzmiało jak najfantastyczniejsza rzecz na świecie, ale nasz papierowy przewodnik wysnuwał w 2005 roku przypuszczenia, iż poprzez Mindoro można przedostać się na Parawan, a stamtąd miały już być uruchomione nowe połączenia wodne z Malezją. Taki był bowiem kolejny etap naszej podróży.

Podróż do Batangasu zajęła nam kilka godzin. Autobus zatrzymał się na tyle daleko od portu, skąd mieliśmy złapać prom na wyspę Mindoro, że musieliśmy skorzystać z trzykołowej taksówki. Było już po 18 i ryzykowaliśmy, że nie zdążymy na ostatni prom. Kiedy dotarliśmy do przystani, nagle pojawiło się dwóch rosłych panów, chwyciło nasze bagaże i zaczęło krzyczeć: szybciej, szybciej!

Spanikowani zaczęliśmy biec za naszymi uciekającymi bagażami, nie wiedząc o co chodzi. Okazało się, że panowie ci zarabiali dodatkowe grosze na porywaniu bagaży turystów i przenoszenie ich do poczekalni portowej. Pokazali nam, zdezorientowanym, gdzie kupić bilety i pogonili w stronę tejże poczekalni… Byliśmy lekko źli, manipulowani tak łatwo przez ludzi, którzy za żadne skarby nie chcieli oddać nam plecaków przez dotarciem do celu.

Kiedy już znaleźliśmy się w poczekalni, krzyknęli swoją stawkę. Powiedzieliśmy im, że nie prosiliśmy o pomoc i aż tyle im nie damy. Nie ukrywam, byli źli, ale dostali swoje i myślę, że może następnym razem zapytają, zanim zdecydują się porwać czyjś bagaż…A może nakładam w tym momencie myślenie swoje na rzeczywistość egzystencji Filipińczyka?

W każdym razie mieliśmy sporo szczęścia, bo udało się nam dotrzeć do portu przed odpłynięciem ostatniego tego dnia promu na wyspę Mindoro, do miasteczka Puerto Galera.

Dotarliśmy tam w dwie godziny później, a ponieważ nie mieliśmy namiarów na tani nocleg, zdaliśmy się na pomoc kierowcy trzykołowej taksówki. Ten zaś okazał się pomocny, ponieważ po 5 minutach jazdy byliśmy już w niedrogim hostelu, z miłą restauracją na dole, wiatrakami w pokojach, w których było nawet czysto, a właścicielem okazał się podstarzały Niemiec, który, jak potem nam wyznał, mieszka tu już od 25 lat i nigdzie nie zamierza się wynosić.

W hotelowej restauracji menu było, jak na Filipiny, specyficzne – kiełbaski z cebulką po bawarsku, gulasz, oraz świetne omlety, na przykład z grzybami. Wszystko za cenę europejską, ale czasem i na to trzeba sobie pozwolić. Zwłaszcza, że nasze wegetariańskie brzuchy na Filipinach były często puste i niezadowolone.

Po kolacji postanowiliśmy rzucić okiem na nocną wersję miasta i poszukać Internetu. Okazało się, że mieszkamy w mało przyjemnej okolicy – po wyjściu z kafejki internetowej jakiś młokos potrącił z rozmysłem i agresją Krzyśka, chcąc go sprowokować do bójki. Nie udało mu się, a właścicielka kafejki, stojąca przed wejściem, z niewiadomych dla nas przyczyn przeprosiła za ten incydent. Poczuliśmy się nieswojo na słabo oświetlonych uliczkach pełnych podpitych jegomości. Wróciliśmy do zabarykadowanego późnymi wieczorami hostelu.

Drugi dzień okazał się dla naszej podróży sądny. Właściciel naszego hostelu, słysząc, że szykujemy się w podróż autobusem na południe wyspy Mindoro, skąd złapać mieliśmy statek na wschód, ku Palawanowi, uświadomił nam, że na południu wyspy szaleją obecnie powodzie i nie jeżdżą tam żadne autobusy. Powiedział też, że w tej sytuacji, a może potrwać ona jeszcze kilka tygodni, musimy wrócić do Manili. Potwierdził również, że z Palawanu faktycznie kursują statki do Malezji. Pamiętam jeszcze wypowiedziane przez niego zdanie: „Zaufajcie mi, mieszkam tu już 25 lat i wiem o Filipinach wszystko. Do Malezji z pewnością i bez problemu dostaniecie się z Palawanu”. Uwierzylibyście? Ja uwierzyłam, zwłaszcza, że Parawan jest najbliżej położoną Malezji wyspą filipińską.

Plażowanie na Mindoro

Nie pozostało nam nic innego jak spędzić cały dzień wałęsając się po plażach wyspy Mindoro, jednych z najprzyjemniejszych w kraju, gdzie można sobie ponurkować, a na drugi dzień ruszyć w drogę powrotną do Manili.

Wsiedliśmy więc do trzykołowej taksówki, zaopatrzeni w kostiumy kąpielowe, których tu nie trzeba było się obawiać nosić, w dopiero co zakupione pareo na wypadek ciekawskich spojrzeń w stronę mojego bikini, ręczniki i chustki na głowę. I tak, po półgodzinnej jeździe znaleźliśmy się na White Beach, z której bez problemu już wędrować można było ku kolejnym – Aninuan i Talipanan.

White Beach okazała się głośna, tłoczna, pełna knajpek i ośrodków dla nurków. Zjedliśmy tam obiad i spacerkiem ruszyliśmy ku Aninuan Beach, gdzie, ku naszemu zdziwieniu, nie było prawie nikogo, zaledwie kilku błąkających się, znudzonych chłopców. Tu mogliśmy prze kilka godzin leżeć, kąpać się i spacerować w zupełnym spokoju. Mimo naszej niechęci do leżenia na plaży, był to dzień, dzięki któremu porządnie wypoczęliśmy i zebraliśmy siły do dalszej podróży, która wkrótce okazała się bardzo skomplikowana.

Trudna podróż na wyspę Palawan

Na drugi dzień wsiedliśmy na prom, potem do autobusu, aby być przed południem (co nawet się nam udało!) w Manili. Tam – szybkie kroki do agencji turystycznej, gdzie kupiliśmy bilety na statek do Puerto Princessa na wyspie Palawan. Okazało się, że bilety kupowane przez biuro są dwa razy tańsze, niż gdybyśmy kupili je przez Internet. Biura widocznie mają dostęp do korzystnych ofert rabatowych. Warto więc, przy zakupie biletów na statek lub samolot, skorzystać z ich usług.

Mieliśmy jeszcze kilka godzin na obiad i pożegnanie z Manilą (jak się wkrótce okaże, nie na długo). Wsiedliśmy na prom, gdzie w klasie ekonomicznej zakupione mieliśmy miejsca leżące. Najtańsza wersja klasy ekonomicznej to w efekcie trzy piętra pokładu z zadaszeniem, ale bez ścian, na których rzędami ustawione są dziesiątki piętrowych łóżek. Pokład statku śmierdzi niemiłosiernie jakimś środkiem odkażającym. W restauracji pokładowej, mogliśmy zjeść kukurydze gotowaną, ryż lub gotowane jajko – to na tyle, jeśli chodzi o dania wegetariańskie. Trzydziestogodzinną podróż umilać miała maszyna do karaoke stojąca w restauracji. Na statku znajdowały się również prysznice z zimną wodą, a na najniższym pokładzie – droższe kajuty.

Nasza podróż ciągnęła się straszliwie. Statkiem co jakiś czas bujało na tyle, że choroba morska była gwarantowana, wtedy trzeba było się położyć na łóżku – przechodziło. Inni pasażerowie bez żenady wymiotowali przez barierki do morza. Umilaliśmy sobie czas czytaniem głupich gazet, książek, spacerami i obserwacją morza. Wskazówki zegara poruszały się w żółwim tempie, nigdy wcześniej nie zdawałam obie sprawy, że 30 godzin może trwać tak długo. Była to dla mnie wyjątkowo nieprzyjemna podróż.

Kiedy dopłynęliśmy do Puerto Princessy następnego dnia późnym wieczorem, musieliśmy czekać kolejne dwie godziny, aby wypuszczono pasażerów ze statku. W porcie musieliśmy jeszcze podpisać się na liście przyjezdnych cudzoziemców – to samo spotkało nas później w Zamboandze na wyspie Mindanao.

Trudności noclegowe Puerto Princessy i kolejne kłopoty

Przyznać muszę, że tu przewodnik Pascala zawiódł srodze – żaden z wymienionych na stronach hostel czy hotel, nie istniał. Mieliśmy duży kłopot i zajęło nam kilka godzin zanim znaleźliśmy coś sensownego. W jednym hotelu za dość sporo, bo 600 peso był wolny pokój rodzinny, jedyny wolny. Kiedy zdecydowaliśmy się, właścicielka nagle stwierdziła, że zapłacimy jednak 800 peso, i nie potrafiła odpowiedzieć na pytanie, czemu podniosła stawkę. Wkurzeni, wyszliśmy, na tyle na pewno nie było nas stać. Kolejny hostel był bardzo tani – 150 peso za pokój – ale pokoje były brudne, wielkości wnęki na szafę, a imprezę z parteru słychać było tak, jakbyśmy na niej byli - ściany bowiem były z dykty. Był to chyba hotel na godziny.

W kilku kolejnych hotelach w ogól nie było miejsc. Było już po północy, a my staliśmy na ulicy, wyczerpani dźwiganiem bagażu i męczącą podróżą. Taksówkarz, zapytany o hotel, ze złośliwym uśmiechem odpowiedział – 100 peso. Najwyraźniej nie mieliśmy dziś szczęścia do ludzi. W końcu jednak ktoś wskazał nam jakąś małą uliczkę. Wkroczyliśmy na nią niepewnie, nazywała się chyba Manga Street, a na niej znaleźliśmy dość łatwo niewielki szyld. Zapukaliśmy, otworzyła nam miła starsza pani, która potem okazała się świetnym źródłem informacji, robiła świetne śniadania i była dla nas bardzo kochana, i zapewniła nas, że ma kilka pokoi wolnych. I tak oto dostaliśmy czysty, niedrogi (300 peso) pokój z wiatrakiem, w przytulnym drewnianym domku.

Starsza Pani nie była tu sama, miała swoją pomocnicę, a do tego właśnie odwiedził ją jej syn, mieszkający w Wielkiej Brytanii i pracujący tam jako lekarz. Nie była to dla nas wielką niespodzianką – mieszkając kilka miesięcy w Anglii poznaliśmy sporą grupę Filipińczyków, wszyscy pracowali tam jako pielęgniarze lub lekarze. Dzięki temu, że przyjechał, nikt w domu, mimo bardzo późnej godziny, nie spał. Mieliśmy szczęście.

Ale tylko w kwestii noclegu – właścicielka naszego hostelu poinformowała nas, że z wyspy Parawan nie ma legalnych połączeń z Malezją. Są co prawda połączenia nielegalne, ale są to połączenia, których używają nielegalni emigranci lub przemytnicy, całe mnóstwo tych połączeń przechwytywanych jest przez policję, i generalnie wiedziała ona, kto organizuje te podróże, ale uznaliśmy, że nie jest to rzecz interesująca dla nas.

Dowiedzieliśmy się również, że jedyne połączenie wodne, jakie Łączy Filipiny z Malezją, to połączenie z Zamboangi na wyspie Mindanao. A żeby dostać się z Palawanu na Mindanao, trzeba... wrócić do Manili. Była to dla nas ciężka chwila – od dobrego tygodnia byliśmy cały czas w drodze, nie oglądając praktycznie nic, nie odpoczywając, próbując dostać się tanim (czyli lądowym – połączenia lotnicze między dwoma krajami były bardzo drogie) sposobem do Malezji.

W efekcie, nasz sposób okazał się drogi, do tego musieliśmy po raz czwarty już wracać do Manili, której nie pokochaliśmy. Do tego nasza wiza traciła ważność za 3 dni, więc nie mogliśmy sobie pozwolić na pozostanie na Palawanie dłużej niż 1 dzień, którego połowę spędziliśmy na załatwianiu biletów lotniczych do Manili, a potem do Zamboangi. Do tego dochodziły mroczne opowieści o wyspie Mindanao, siedzibie islamskich separatystów, którzy chcą oddzielenia wyspy od katolickich Filipin, gdzie porwania turystów były jeszcze kilka lat temu na porządku dziennym – dlatego też próbowaliśmy dotąd uniknąć podróży tą drogą. Teraz jednak nie mieliśmy wyjścia.

Tego dnia, 9 grudnia, były moje urodziny. Aby poprawić sobie urodzinowy humor, postanowiliśmy, po zakupie biletów lotniczych, udać się na plażę i na smaczne jedzenie. Nie mieliśmy już czasu na żadne atrakcje przyrodnicze Palawanu, jedne z najatrakcyjniejszych na Filipinach, takich jak chociażby podziemna rzeka, która wpisana jest na listę UNESCO.

Okazało się, że w Puerto Princessa, niedaleko naszego lokum jest prawdziwe ukojenie dla wegetariańskich żołądków: Vegetarian House – jego istnienie szczerze nas zaskoczyło, biorąc pod uwagę mięsożerność narodu filipińskiego. Była to pierwsza i ostatnia knajpa wegetariańska w tym kraju, jaką znaleźliśmy. Lokal okazał się skromny i niewielki, lecz menu bogate, pełne potraw przede wszystkim kuchni chińskiej i induskiej, smacznych deserów i przepysznych koktajli mleczno-owocowych. Podobne koktajle smakowaliśmy potem w Kambodży i Laosie, jednak tam były one z jajkiem i bardzo przesłodzone. Filipińska wersja okazała się pyszna, pełna owoców i mleka.

W knajpie dorwały nas dzieci, proszące o pieniądze. Ponieważ postanowiliśmy nie dawać dzieciom pieniędzy, postanowiłam kupić im koktajl. Nie zdążyłam – rozgniewana właścicielka lokalu przepędziła dzieci.

Po naprawdę obfitym posiłku wybraliśmy się na Białą Plażę, jedyną prawdziwie białą, na jaką trafiliśmy w naszej podróży. Znajdowała się ona kilka kilometrów od centrum miasta, mimo to zrezygnowaliśmy tym razem z trzykołowca na rzecz długiego spaceru w palącym słońcu.

Spacer okazał się przy upalnej pogodzie bardzo męczący, lecz ciekawy, wiódł bowiem, kierowany wskazówkami napotkanych osób, przez niewielkie wioski, palmowe lasy, a po drodze zahaczyliśmy nawet o rybacką wieś, pełną drewnianych domów, rozwrzeszczanych dzieci i ciekawskich spojrzeń. Ilość śmieci na wybrzeżu wioski, tam gdzie zacumowane były łodzie, zaszokowała nas mocno. Zaczęliśmy mieć obawy co do stanu Białej Plaży.

Ta jednak okazała się czysta i oślepiająca swoja bielą. Zamiast piasku znajdowała się na niej delikatna glinka, po której z przyjemnością chodziło się boso. Na plaży, z okazji niedzieli, znajdował się spory tłum przede wszystkim dzieci, a dodatkowo napotkaliśmy dwie Amerykanki, bez żenady opalające się w skąpym bikini, jednak w sporej odległości od całej reszty. I ja pozwoliłam sobie na zdjęcie koszulki, kiedy wchodziłam do wody. Po bokach plaży znajdowały się zawieszone po odpływie na drzewach łodzie, a w niektórych miejscach wystawały z wody wielkie korzenie. Miejsce było wyjątkowo urocze.

Wieczorem udaliśmy się do kafejki internetowej. Tam spotkaliśmy 18-letniego podróżnika z Wrocławia, który uraczył nas opowieściami przede wszystkim z Birmy, gdzie nie było wtedy zbyt bezpiecznie (był tam w październiku 2007 roku). Teraz wybierał się na Boracay.

Udało nam się jeszcze dotrzeć na niedzielny festyn miejski z choinką w tle. Prawie jak w domu.

Ostatni raz w Manili, ostatni przystanek – Zamboanga

Kolejny dzień i kolejna podróż. Z malutkiego lotniska w Puerto Princessa, gdzie w oczekiwaniu na samolot oferowany jest masaż leczniczy, wsiedliśmy w samolot do Manili, a stamtąd – do Zamboangi. Na miejscu znaleźliśmy się wieczorem.

Wpisaliśmy się do policyjnej księgi przybywających cudzoziemców (obowiązkowe) i znaleźliśmy na lotnisku informację turystyczną. Tam poprosiliśmy o namiary na najtańszy hotel w mieście, który, notabene kosztował sporo – 500 peso za pokój. Dotarliśmy tam szczęśliwie trzykołową taksówką, której kierowca chciał ekstra dodatek, za to, że nam ten hotel znalazł – mimo, że jego nazwę dostał od nas. Cóż, z turysty wycisnąć trzeba ostatnie peso.

Pokój, jak to w Azji, nie miał okna, ale za to klimatyzację, był ohydny, a do łazienki, nie mytej chyba od bardzo dawna, nikt nie wszedłby bez skafandra. My jednak odważyliśmy się, i żyjemy. Zamiast prysznica – gumowa rura.

Niestety, czasu było za mało, aby zapuścić się gdzieś w głąb wyspy. Po zakupie biletów na statek do Malezji w porcie (tym razem w klasie ekonomicznej z klimatyzacją, aby przynajmniej nie oszaleć z gorąca), wyruszyliśmy na oglądanie miasta. Jedno z największych miasto na wyspie Mindanao, drugiej co do wielkości po Luzonie, wydawało się spokojne, a jednocześnie równie brudne i zaniedbane jak Manila. Przed każdym większym sklepem stali ochroniarze z karabinem maszynowym w ręku i sprawdzali zawartość plecaków, toreb etc. Klimat trochę paranoiczny, ale zdaje się, że na Mindanao zamachy bombowe zdarzają się częściej niż w Manili.

„Tutejsi wyznawcy islamu ludy Yakan - realizują swoje praktyki w bardzo ortodoksyjnej formie, której rodowód sięga XIV wieku. Największe miasto na wyspie - Zamboanga jest pełne wojska. Można się poczuć trochę jak w koszarach. Uzbrojone w długą broń patrole są tutaj na porządku dziennym. Na pytania o przyczynę tak licznej obecności wojska nie ma jasnej odpowiedzi. Chodzi niby o przysłowiowych „robbers” (ang. rabusie), jednak czuć, że w powietrzu wisi coś innego. To zagrożenie działaniem ekstremalnych bojówek komunistycznych NPA (New People’s Arms) i islamskich oddziałów MILF (Moro Islamic Liberation Front)." - donosi jedna z podróżniczek z 2004 roku.

Wiele się jednak od tego czasu zmieniło, my czuliśmy się w Zamboandze bezpiecznie, a nasz spokój zaburzały jedynie kilkuletnie dzieci łapiące za nasze kieszenie w poszukiwaniu drobnych, wszędobylskie : „Hello, where are you going” i duży ruch uliczny.

Odwiedziliśmy miejscową plażę, do której trzeba było pojechać jeepney’em oraz ogród botaniczny z egzotycznymi ptakami i basenem, połaziliśmy po okolicy portu, gdzie znajduje się stary fort hiszpański i poznaliśmy miejscowy dialekt, który bardziej jest podobny do hiszpańskiego niż do wczesnej wszędzie słyszanego tagalog. W efekcie, zamiast swojskiego 'O-o' (tak) wszyscy mówili „Si”.

Ostatnie dwa dni na Filipinach spędziliśmy zajadając się mango, pijąc nasze ulubione mangowe soki i smakując wegetariański bufet w buddyjskim barze. Mieliśmy tu dwie niespodzianki. Po pierwsze mieliśmy ochotę na jajko. W barze oferowano zaś jajka pod niewinną nazwą „salted eggs”. Myśląc, że są to solone jaja na twardo, które w tym kraju sprzedaje się na ulicy i w autobusach dalekobieżnych, poprosiliśmy o nie. Dostaliśmy jajko, które po odłupaniu skorupki przywitało nas straszliwym smrodem zepsutego, niebieskawego jaja. Straciliśmy apetyt i wyszliśmy, a zapach na ręku pozostał cały dzień.

Z tego wszystkiego zostawiłam w knajpie torbę z aparatem – lustrzanką. Do tego zauważyłam jej brak po kilku godzinach przespanych w hotelu. Najbardziej niesamowite było jednak to, że po powrocie do baru, otrzymałam aparat z powrotem z pożegnalnym: „nie zostaw kiedyś głowy” od właścicielki lokalu.

Następnego ranka zaś wsiedliśmy na pokład statku płynącego do Sandakanu na wyspie Borneo w Malezji. Odprawa dokumentów, załadowanie statku i pasażerów trwało, jak to zawsze bywa, kilka godzin, a bagaż jest w porcie obwąchiwany przez policyjne psy, które szukają broni i narkotyków. Podobno zdarza się, ze ktoś podrzuci niewinnie wyglądającemu białemu turyście jakiś niebezpieczny ładunek, dlatego warto dobrze pilnować swojego ekwipunku.

Stojąc w kolejce do odprawy paszportowej, już na statku, przyglądaliśmy się razem z innymi pasażerami wyławiaczom monet. Są to często całe rodziny, które na małych łodziach podpływają do statków pasażerskich, prosząc o drobne. Pieniądze rzuca im się do wody, oni nurkują i je wyławiają, co jak zauważyliśmy, spotyka się ze sporym uznaniem. Z tego powodu wszyscy chętnie rzucają monety.

Po czternastu godzinach podróży z nieco chłodniejszych, niż ostatnio, warunkach. Ujrzeliśmy skaliste wybrzeże Malezji. Cieszyliśmy się, że nasza pechowa końcówka podroży po Filipinach, dobiegła końca.


Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Tajlandia - podróż po krainie uśmiechu

Przybyliśmy po piętnastu godzinach podróży na wyspę Koh Ko Khao ( lot + transfer ). Myślę, że nietrudno dociec na podstawie nazwy geograficznej, iż jest to Tajlandia, którą chcieliśmy...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".