Oscarowe wróżby 2013
    Oscary filmowe21 · kultura26 · film74
2013-02-24
Już najbliższej nocy na najczerwieńszym z dywanów staną ulubieńcy milionów kinomanów na całym świecie. 24 lutego w hollywoodzkim Dolby Theatre rozpocznie się jubileuszowa, 85. ceremonia rozdania nagród amerykańskiej Akademii Filmowej.

Do kogo trafią tegoroczne Oscary? Kto ma najwięcej nominacji, a kto największe szanse? Kto będzie "czarnym koniem" tegorocznej ceremonii? Dziś zapraszam na moją listę pewniaków, a w poniedziałek - na oficjalną listę zwycięzców 85. gali oscarowej.


W najważniejszej kategorii - najlepszego filmu roku - nominowano dziewięć bardzo różnych filmów. Filmów, które poruszają bardzo różną tematykę i robią to przez zastosowanie bardzo różnych środków wyrazu.

Uważam, że najmniejsze szanse na Oscara w tej kategorii mają rewelacyjny „Django” Quentina Tarantino, słaby „Lincoln” Stevena Spielberga i ckliwy „Les Misérables” Toma Hoopera. O ile umieszczenie w tym zestawieniu hollywoodzkiego pariasa Tarantino, którego Akademia nie lubi, nie rozumie i nie docenia od lat, to „Lincoln” (film z 12! nominacjami) może wydawać się pewniakiem. Pewniakiem, bo z rozmachem opowiada o amerykańskiej historii dla Amerykanów. Czy tylko ja słyszałem to zdanie w każdej recenzji tego filmu? Otóż „Lincoln” to film słaby, by nie powiedzieć drewniany. Krytycznie o najnowszym filmie Spielberga pisałem już trzy tygodnie temu i moja opinia nie zmieniła się nawet o jotę. Co więcej, nawet w kategorii "amerykański film o Amerykanach dla Amerykanów" „Lincoln” nie jest w tym roku liderem. Dużo lepiej z tematyką historyczną i amerykańskim patosem poradził sobie Ben Affleck, którego „Operacja Argo” opiera się na wydarzeniach historycznych i na piedestale stawia amerykańskie wartości, ale jednocześnie jest przyzwoitym thrillerem i sprawnie zrealizowanym filmem.

Przeczytaj podwójną recenzję „Lincolna” i „Django”

„Les Misérables” i dwaj inni kandydaci do Oscara, „Życie Pi” i „Bestie z południowych krain”, to bardzo ładne obrazki. Kolorowe, wzruszające i z przesłaniem. Ale są tak niemiłosiernie infantylne, że ich oglądanie jest strasznym wyzwaniem dla cierpliwości. I o ile historię chłopca i tygrysa uwięzionych na jednej tratwie czy małej dzielnej dziewczynki można jakoś przetrawić (nie wiem, może to kino artystyczne, którego nie rozumiem?), to już angażowanie w musicalu aktorów, którzy nie powinni śpiewać (Russell Crowe) jest błędem nie do wybaczenia. Widziałem film Toma Hoopera, widziałem też musical w warszawskiej Romie - nie ma porównania, w filmie udała się tylko ścieżka dźwiękowa (przynajmniej kiedy nie pojawia się w niej gladiator).

Nominacje otrzymał również film „Miłość” niemieckiego reżysera Michaela Haneke, który - ze względu na europejskie pochodzenie - ma niewielkie szanse na zwycięstwo. Dodatkowo na jego niekorzyść działa nominacja w kategorii najlepszego filmu nieanglojęzycznego (w której jest moim faworytem).

Pozostały dwa, moim zdaniem najlepsze, filmy w tegorocznym zestawieniu – „Wróg numer jeden” Kathryn Bigelow i „Poradnik pozytywnego myślenia” Davida O. Russella. Zasłonę ciszy należy spuścić na polski tytuł filmu Bigelow, który nijak nie odnosi się do oryginalnego „Zero Dark Thirty”, czyli w wojskowym żargonie "0:30 w nocy" (godzina rozpoczęcia Operacji Włócznia Neptuna, w której amerykańscy komandosi z Navy S.E.A.L. Team 6 zamordowali Osamę ibn Ladina). Film Bigelow nie jest dokumentem, nie ma też takich ambicji, a jednak ugładzona wersja zdarzeń i tak wielu komentatorom za oceanem wydała się mocno antyamerykańska. Takie opinie nie służą oscarowym szansom produkcji, chociaż „Wróg numer jeden” zdobył w tym roku nagrody AFI oraz krytyków z Bostonu (Boston Society of Film Critics Awards) i Nowego Jorku (New York Film Critics Circle Awards).

Jeżeli Akademia nie będzie chciała nagrodzić Kathryn Bigelow trzecim Oscarem, to moim zdaniem otrzyma go film Davida O. Russella. Nominowany w ośmiu kategoriach „Poradnik pozytywnego myślenia” jest dla mnie tegorocznym faworytem. Świetna gra aktorska, bardzo dobry scenariusz i wybory artystyczne reżysera sprawiły, że to film uniwersalny. Poruszane są w nim kwestie ważkie, jak relacje ojca z synem, radzenie sobie z niedomaganiami psychicznymi czy budowanie relacji międzyludzkiej; mamy też wątki żywcem wyjęte z komedii romantycznej, pojawia się nutka sensacji i wreszcie prawdziwy amerykański happy end. To film dla rodzin, dla par, dla szukających w amerykańskim kinie czegoś nowego. To film z plejadą gwiazd, które bez wątpienia zasłużyły na nominacje i (mam nadzieję) nagrody - Bradley Cooper za pierwszoplanową rolę męską, Jennifer Lawrence za pierwszoplanową rolę żeńską czy niesamowity Robert De Niro, który w walce o Oscara za drugoplanową rolę męską nie ma żadnej konkrecji.

Moje typy na pozostałe kategorie są następujące:

Pierwszoplanowa rola męska: Bradley Cooper za „Poradnik pozytywnego myślenia” albo Denzel Washington za najlepszą rolę alkoholika ostatniej dekady w „Locie” Roberta Zemeckisa. Wbrew utartej formułce „jeśli nominację otrzymał Daniel Day-Lewis, to musi dostać Oscara” uważam, że „Lincoln” to jeden z gorszych filmów w jego karierze.

Pierwszoplanowa rola żeńska: najzdolniejsza amerykańska aktorka młodego pokolenia Jennifer Lawrence za „Poradnik pozytywnego myślenia” (i za „Do szpiku kości”, który niesłusznie przegrał z Natalie Portman w 2011 roku).

Drugoplanowa rola męska: Robert De Niro za „Poradnik pozytywnego myślenia”. Bezapelacyjnie i ponad wszelką wątpliwość. De Niro zasłużył na trzecią statuetkę.

Drugoplanowa rola żeńska: Sally Field za Lincolna. Po pierwsze, „Poradnik” nie może zgarnąć wszystkiego (zresztą rola Jacki Weaver nie była nadzwyczajna); po drugie, Sally jest jedyną aktorką, która „zagrała” w „Lincolnie”. Reszta ekipy po prostu stała jak drągi i robiła marsowe miny.

Najlepszy reżyser: Michael Haneke za „Miłość” albo David O. Russell za „Poradnik pozytywnego myślenia”. Wybór jest prosty, albo „Poradnik”, albo Europa. Za nominację dla Stevena Spielberga Akademia powinna spłonąć ze wstydu.

Najlepszy scenariusz oryginalny: „Django” Quentina Tarantino. Pozostałe historie nie miały w sobie nic oryginalnego.

Najlepszy scenariusz adaptowany: „Operacja Argo” Chrisa Terrio na podstawie książki Tony'ego Mendeza.

Najlepszy film animowany: „Merida Waleczna”. Bo najlepiej się na niej bawiłem.

Najlepszy film nieanglojęzyczny: „Miłość” (Austria).

Najlepsze zdjęcia: powinienem napisać, że Robert Richardson za „Django”. Ale niech będzie patriotycznie - trzeci Oscar dla Janusza Kamińskiego („Lincoln”)!

Najlepszy montaż: „Wróg numer jeden”, bo to świetna realizacja. Najlepsza scenografia: „Anna Karenina” Joe Wrighta. Najlepsze kostiumy: „Anna Karenina” albo „Lincoln”, chociaż osobiście wolę kostiumy zróżnicowane i kolorowe, a nie czarne surduty w ilościach hurtowych.

Najlepsza charakteryzacja: „Hobbit: Niezwykła podróż”, za brody we wszystkich kształtach, wymiarach i kolorach.

Najlepsza muzyka: „Skyfall”. Nie dość, że to naprawdę udana ścieżka dźwiękowa, to jeszcze Thomas Newman otrzymał dotąd jedenaście nominacji i żadnej statuetki - najwyższy czas na nagrodę!

Najlepsza piosenka: „Skyfall”. Tzn. nie tyle „Skyfall”, co niezrównana Adele. To najlepsza filmowa piosenka roku.

Najlepszy dźwięk: „Les Misérables”, bo w końcu to jedyny musical w stawce, albo „Lincoln”, jako nagroda pocieszenia.

Najlepszy montaż dźwięku: „Django”, bo nie dostał nawet nominacji za rewelacyjną ścieżkę dźwiękową.

Najlepsze efekty specjalne: „Hobbit: Niezwykła podróż”, pierwszy odcinek najdroższego serialu fantasy.

Najlepszy pełnometrażowy film dokumentalny: „Sugar Man” Malika Bendjelloula; chociaż za nieprzyjemności „walki z terroryzmem” na LAX mógłby go dostać filmowiec-amator Emad Burnat za „5 rozbitych kamer”.

Najlepszy krótkometrażowy film animowany: „Paperman” Johna Kahrsa (Walt Disney Animation Studios).

W kategoriach najlepszego krótkometrażowego filmu dokumentalnego i najlepszego krótkometrażowego filmu aktorskiego nie widziałem żadnego filmu i nie mam bladego pojęcia, kto zdobędzie nagrodę.

Galę poprowadzi Seth MacFarlane, który maczał palce w takich przebojach jak „Family Guy”, „American Dad!” i „The Cleveland Show”. Jak sprawdzi się w roli gospodarza nocy oscarowej dowiemy się w niedzielę, ale z pewnością nie powtórzy błędów duetu James Franco & Anne Hathaway, po wyczynach których na odsiecz Oscarom musiał przybyć Billy Crystal. A jeśli MacFarlane nie sprawdzi się w roli prowadzącego? Zawsze może powrócić Crystal i poprowadzić swoją dziesiątą galę.




Chcesz odnieść się do stanowiska autora, chcesz polemizować, skomentować ten tekst? A może chciałbyś Drogi Czytelniku napisać na inny temat?
Jeżeli jesteś zainteresowany i zdecydowany przeczytaj nasz anons dotyczący współpracy redakcyjnej lub od razu napisz i wyślij do nas swój materiał na adres: redakcja@mojeopinie.pl. Odezwiemy się szybko!!


Komentarzy: 1

Kozioł Andrew
24 luty 2013 (21:04)
Lincoln to bardzo dobry film
kompletnie niedoceniany, nudny to fakt, ale to akurat nie ma być kino akcji. Choć trochę dymi patosem. Natomiast Wróg nr 1 nie zdobedzie nic. Zbyt duzo tortur, Bigellow się tym upajała chyba...
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
Raporty
zobacz również
Kręcimy powstanie

O tym, że film dokumentujący „Powstanie warszawskie” wart jest uwagi, nie trzeba nikogo przekonywać. Jednak czy okraszanie go kolorem i dialogami jest konieczne? To już nie jest takie pewne.
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".