Ostatnie takie safari?
    Kenia2 · Tanzania3 · Afryka114 · reportaże z podróży201
2011-06-28
Kenia, Tanzania… Serengeti, Maasai Mara, Ngorongoro. Wszystkie te nazwy kojarzą się nieodmiennie z safari. Przeciętny turysta odwiedza Kenię i Tanzanię czarterem, na przykład z Biurem Podróży Tui. W wycieczkowym pakiecie, gdzieś pomiędzy chłodnym drinkiem wypitym na basenie a animacjami kulturalnymi, jest też kilka dni na obejrzenie największych atrakcji Afryki, dzikich zwierząt przemierzających ogromne równiny. Niewielu wie, że jak wszystko na świecie, także życie na równinach bezpowrotnie zmienia się. Giną zwierzęta i ludzie.

Foto: Justyna Rybak

Klasyczne safari jest aranżowane przez pracowników biur podróży i ludzie w nim uczestniczący nie mają wpływu na jego przebieg. Nad ranem albo jeszcze poprzedniego dnia przewozi się całą grupę blisko parku narodowego do jednej z wielu baz noclegowych (tak zwanego lodge). Na miejscu aranżuje się prowiant, samochód terenowy z otwieranym dachem i kierowcą - przewodnikiem w jednej osobie, dzieli ludzi na grupy i gotowe. Przeciętny turysta jest i tak bardzo szczęśliwy. Za chwilę stanie w końcu oko w oko z dzikim zwierzem na wolności, którego na próżno szukać w Europie. Na takie safari jeżdżą młodzi i bardzo starzy, dzieci i nastolatki. W sezonie migracji zwierząt przybywają tutaj tak ogromne tłumy amatorów dzikiej afrykańskiej przyrody, że aby móc zobaczyć zagrożonego wyginięciem nosorożca czarnego albo geparda trzeba swoje odstać w ogromnym korku złożonym z samych aut terenowych wypełnionych po brzegi turystami złaknionymi fotografii życia. Nieważne czy dysponujesz aparatem Canon dla profesjonalistów czy też tanim kompaktem, z taką samą dumą będziesz pokazywać swoim znajomym fotki na tle lwa czy stada gazeli w mroźny zimowy wieczór, w Europie.

Z Masajem w kadrze

Szczytem marzeń każdego turysty jest zobaczyć i sfotografować tzw. Wielką Piątkę (Big Five): lwa, bawoła, słonia, nosorożca i leoparda. Jeśli uda się jeszcze do tego spotkać prawdziwego Masaja to safari można zaliczyć do wybitnie udanych. Gdy więc na kamienistej drodze na dnie karteru Ngorongoro pojawia się wysoka postać przyobleczona w klasyczny czerwony koc wszystkie samochody się zatrzymują a turyści w pośpiechu wylewają się z aut, aby móc uwiecznić Masaja na fotografii. Za równowartość kilku dolarów pasterz zgadza się jednocześnie pozować do kilkunastu portretów. I mimo, że dla tych dumnych ludzi to upokarzające zajęcie, Masajowie nie mają wyjścia i nie gardzą żadnym, nawet najbardziej żałosnym zarobkiem.

Safari, foto Justyna Rybak

Jak to się zaczęło…

Siringet oznacza tam, gdzie ziemia rozciąga się w nieskończoność. Masajowie to największa grupa pasterska w Tanzanii, której pozwolono żyć na tych ogromnych obszarach chronionych i hodować ukochane bydło. To ono nadaje sens życia Masajowi. Żywi go. Ubiera, ochrania przed złem a nawet leczy. Bez niego egzystencja tego ludu staje się bezcelowa. Bydło to dla Masaja po prostu życie. To ludzie dumni, niezależni, z zasadami i dużym poczuciem humoru. Tacy byli przynajmniej kiedyś. Do lat pięćdziesiątych XX wieku. Do czasu utworzenia obszarów chronionych. Wtedy powoli zaczęli tracić grunt pod nogami a wraz z nim radość życia. Stopniowo zabraniano im wszystkiego. Najpierw nie zezwolono na polowania, potem wprowadzono zakaz palenia ognisk, a wreszcie zabrano im ziemię. Rozległy obszar Serengeti podzielono na dwie części: zachodnią i Ngorongoro.

Geograficzne wyszukiwanie tekstów Wybierz kontynent i kraj, czytaj nasze teksty

Masajowie zostali zmuszeni do opuszczenia części zachodniej. W zamian obiecano im nowe, wspaniałe tereny Ngorongoro Mieli mieć tam pełne prawa i nowe źródła wody, jako zadośćuczynienie tego, co stracili. Rzeczywistość okazała się inna. Źródła szybko wyschły, bo były wykopane sztucznie. Praw też nie dostali, bo byli niepiśmienni. Nikt z Masajów nie był w stanie walczyć o interesy własne pasterzy. Nie mógł też skutecznie obronić ich przed kolejnymi pomysłami władz regionu. A te były coraz śmielsze. Na nowym terenie, stopniowo znów zaczęto im zabraniać wszystkiego. Zamknięto wiele pastwisk. Zakazano też wypalania traw. To z kolei spowodowało nadmierny rozwój jednego tylko, inwazyjnego gatunku rośliny Eleusine jaegeri. Trawa ta skróciła znacznie sezon wypasania bydła, zagłuszyła, bowiem rozwój wszystkich roślin, które zjadało. Gdyby tego jeszcze było mało wyłączono z użytkowania przez Masajów aż 250 km kwadratowych samego krateru (w celu ochrony!) i wtedy ludzie załamali się na dobre!

Jak to się kończy…

Dzisiaj, więc tubylcy tłoczą się na niewielkiej powierzchni walcząc o przetrwanie. Zwierzęta hodowlane konkurują o pożywienie z dzikimi mieszkańcami parków. Jest za dużo ludzi i za mało dóbr do podziału. Populacja Masajów, od czasów ich przeniesienia, zwiększyła się aż pięciokrotnie, podczas, gdy obszar, z którego mogą swobodnie korzystać drastycznie się skurczył. Tubylcy nie mogą już powiększać stad, bo nie ma ich gdzie wypasać, a przez to nie mają co jeść. Jak radzą sobie Masajowie? Po prostu polują na dziką zwierzynę i powoli wytrzebiają bogate zasoby parków. Szacuje się z powodu kłusownictwa ginie do 200 000 zwierząt rocznie. Do tego jeszcze dochodzą susze, które od lat często nękają ten region i choroby, które dziesiątkują tubylców.

Safari, foto Justyna Rybak

Historia Moma

Był jednym z wielu pomocników, którzy są angażowani do organizacji safari. Do jego zadań należało przygotowywanie prowiantu i sprzętu potrzebnego na tej krótkiej, bo najczęściej trzydniowej, wyprawie. Spotkałam go parnym wieczorem, przy małym sklepiku w wiosce przylegającej do parku, sączącego zimne piwo Kilimanjaro. Zagadał do mnie, bo rzadko widuje się białych ludzi swobodnie wałęsających się po okolicy, bez opiekuna czy przewodnika. Zaczepił mnie, to się przysiadłam. W taki oto sposób zaczął się ten wieczór, pełen ciekawych rozmów, tańców na klepisku czy odwiedzin znajomych. To właśnie od Moma dowiedziałam się jak wygląda życie tubylców, w miejscu tak turystycznym, że zdawałoby się, iż każdy powinien mieć tutaj godziwy zarobek. Bo, trzeba to napisać, samo safari jest bardzo drogie, kosztuje, bowiem aż trzysta dolarów dziennie, jeśli poza tobą, w samochodzie terenowym jedzie jeszcze kolejnych pięć osób! Trzysta dolarów za jeden dzień to sporo pieniędzy. W tym problem, że bardzo niewiele albo wręcz nic trafia do rąk pomocników, to właściciel terenówki i/lub agencji turystycznej zbija kokosy. Reszta liczy głównie na napiwki od bogatych turystów, a ci z kolei niechętnie je dają, bo przecież już i tak drogo za samo safari zapłacili. Taki stan rzeczy rodzi desperację. Próbując związać koniec z końcem tubylcy strzelają do zwierząt w parku, albo ścinają cenne drzewa na opał.

Oszołomiony piwem Moma mówi o tym bez ogródek i prosi o pomoc:
- Zabierz mnie ze sobą do Polski, ja już mam dość Afryki! – rzuca
- Ależ Moma to nie takie proste! - podczas, gdy wyjaśniam mu zawiłości wizowo- prawne związane z takim zaproszeniem, on z minuty na minutę staje się bardziej markotny, by po chwili ni stąd ni zowąd wypalić:
- Nigdy się nie ożenię - stwierdza.
- Dlaczego?- pytam lekko zdziwiona taką nagłą zmianą tematu rozmowy.
- Wiesz, nie rozumiem, co jest nie tak w naszej mentalności! U was, w Europie kobiety nie chcą mieć dzieci, a jak już się na nie zdecydują, to mają ich niewiele… tutaj jest inaczej. Jak tylko wyjdą za mąż zaczynają rodzić, rodzić i rodzić, póki im starczy sił. A to nas pogrąża! Bo niby skąd wziąć pieniądze na utrzymanie tak licznej rodziny? Niektórzy kradną, inni wyjeżdżają do wielkich miast w pogoni za zarobkiem. Często już nigdy stamtąd nie wracają. Zazwyczaj zostają kierowcami mini-busików i giną w wypadkach albo w częstych napadach, bo mają przecież przy sobie gotówkę. To bardzo niebezpieczna praca! - smutno kończy swój wywód Moma. Zupełnie nie wiem, co mu odpowiedzieć…

A może jest jeszcze jakieś wyjście?

Safari, foto Justyna Rybak

Dokładnie tak pomyślał bogaty przybysz z USA, który postanowił pomóc Masajom i stworzył Grumeti Reserves (obok Serengeti). Chce on pomagać tubylcom poprzez budowę szkół i studni, zaopatrzenie w wodę pitną, fundowanie stypendiów czy też tworzenie miejsc pracy w turystyce a nawet naukę uprawiania roślin, które dałyby tubylcom samowystarczalność. Pomysł na uzyskanie pieniędzy jest prosty. Bogacz wybudował właśnie najbardziej ekskluzywny lodge na tym terenie. Udekorowany po brzegi antykami i innymi drogimi bibelotami przyciąga tylko najgrubsze ryby ze świata biznesu czy też właścicieli naprawdę ogromnych fortun. Jedna noc w lodge kosztuje aż 1500 dolarów, ale dodatkowo trzeba zapłacić równie ogromne pieniądze za możliwość ustrzelenia egzotycznego zwierza, lwa albo bawoła.

Po tej atawistycznej radości z zabijania łowczy różnego autoramentu pławią się w luksusach tego świata a to zażywając relaksu w spa, na basenie, czy też grając w tenisa, a to praktykując jogę czy po prostu opychając się wyśmienitym, wyszukanym jadłem. Być może niektórych szokuje to rozwiązanie. Czy powinno się czerpać korzyści dla społeczności z zabijania? Entuzjaści tego rozwiązania przekonują jednak, że zabicie kilkuset sztuk rocznie ma się nijak do masowego kłusownictwa tubylców. Tylko, co będzie, jeśli pomysł nie pomoże biednym i ludzie nie przestaną nielegalnie zabijać? Zginie tylko jeszcze więcej zwierząt…

Wstań i walcz!

Masajowie wierzą, że są wyjątkowi i zostali wybrani przez Boga. To do nich należy całe bydło świata, to oni są jego prawowitymi właścicielami. Ci dumni ludzie, którzy zawsze kradli bydło sąsiednim plemionom, ten lud pasterski, na który nawet arabscy łowcy niewolników nie chcieli polować, zmienia się na naszych oczach. Z nomadów nieznających granic ni płotów i ogrodzeń zmieniają się w osadników, bo źródła wody pitnej stały się już tak odległe, że aby napoić bydło trzeba iść dobre kilka godzin. Zmagający się z niedożywieniem, gruźlicą, malarią, a nawet HIV żyją teraz ze sprzedaży koralików albo z pozowania do fotografii. Stali się też coraz bardziej skorzy do ugody z rządem, coraz częściej bowiem rozważają przenosiny do wiosek położonych poza obszarem chronionym. Nawet ich ubiór się zmienia.

Safari, foto Justyna Rybak

Klasyczne sandały masajskie często zastępują adidasami, a czerwone koce zostają porzucone na rzecz chińskich t-shirtów, no i ta nieodłączna komórka za pazuchą. Coraz trudniej, więc mieć nadzieję, że wszystko jeszcze dobrze się ułoży… ale może warto? Przecież to wojownicy, którzy oparli się Arabom, przetrwali epokę kolonialną! Jak mówi masajskie przysłowie Medol ilala osina - zęby nie widzą ubóstwa, co oznacza tyle, że mimo problemów ludzie powinni się uśmiechać i cieszyć życiem! Aby pozostali na zawsze uśmiechnięci i niezależni na wielkich równinach pod sklepieniem niebieskiego nieba…

Źródło:
National Geographic Robert M. Poole Heartbreak on the Serengeti



Foto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna RybakFoto: Justyna Rybak
Komentarzy: 1

Jadwiga Śmigiera
2 lipca 2011 (09:03)
zdjęcia
zdjęcia piękne,bo i obiekty fotografowane bardzo wdzięczne. Gratuluję.
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Tajlandia - podróż po krainie uśmiechu

Przybyliśmy po piętnastu godzinach podróży na wyspę Koh Ko Khao ( lot + transfer ). Myślę, że nietrudno dociec na podstawie nazwy geograficznej, iż jest to Tajlandia, którą chcieliśmy...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".