„Pacific Rim” - lekka, wakacyjna uczta dla oka
    film74 · science fiction46 · Guillermo del Toro1
2013-07-21
„Pacific Rim” to nie tylko przyjemny wakacyjny film, ale również – a może przede wszystkim – doskonały przykład na to, że w całym morzu adaptacji, remake'ów i sequeli nadal możemy liczyć na znakomity, oryginalny pomysł w przednim wykonaniu.

Recenzja z założenia jest tekstem raczej subiektywnym. Nawet starając się obiektywnie ocenić poszczególne warstwy filmu, niezwykle ciężko jest całkowicie odciąć się od całego ładunku emocjonalnego, jaki dzieło ze sobą niesie i uczuć, które wzbudza w odbiorcy. W przypadku „Pacific Rim” sytuacja jest beznadziejna. Jak bowiem ocenić obiektywnie film, na który czekało się całymi latami?

Jako że urodziłam się w latach 80-tych, moje dzieciństwo zostało nierozerwalnie związane z wielkimi robotami walczącymi o przyszłość Ziemi z jednej strony, z drugiej zaś z kolejnymi seriami Power Rangers, regularnie oglądanymi na Polsacie. Jako dziecko, podobnie jak wielu moich rówieśników, marzyłam o tym, że gigantyczne potwory i roboty obronne, które pojawiały się w moich ulubionych serialach, zostaną przeniesione na duży ekran. Z pierwszymi nie było problemu – w końcu mieliśmy Godzillę, Mothrę, czy nawet King Konga. Jednak roboty bojowe przez długi czas pozostawały głównie domeną niezliczonych japońskich seriali animowanych.

„Pacific Rim” jest jak spełnienie tych wszystkich dziecięcych marzeń. Jedynym założeniem filmu jest ukazanie gigantycznych robotów walczących z najprzeróżniejszymi potworami z kosmosu. Tylko tyle, a może aż tyle.

W filmach takich jak „Labirynt Fauna” czy „Hellboy” i jego sequel, Guillermo del Toro pokazał, że jego wyobraźnia nie zna granic. Jego filmy są prawdziwą ucztą dla oka – czasem jest baśniowo, czasem piekielnie, ale zawsze zachwycająco. „Pacific Rim” tylko potwierdza to, o czym wszyscy wiedzieli od dawna i jest kolejnym sukcesem tego meksykańskiego reżysera

Wydarzenia przedstawione w „Pacific Rim” rozgrywają się w niedalekiej przyszłości. Przez międzygalaktyczny portal, który pojawił się w szczelinie na dnie Oceanu Spokojnego, na Ziemię przedostają się gigantyczne potwory Kaiju (jap. „dziwny stwór”). W atakach giną miliony ludzi i upadają kolejne metropolie. Wkrótce staje się jasne, że ich pojawienie się nie było jednorazowe i należy się spodziewać kolejnych inwazji. Widząc jak małe szanse w starciu z potworami mają regularne wojska, ludzie postanawiają bronić się w inny sposób i budują serię robotów, z języka niemieckiego nazwanych Jaegerami. Jednak ciężar kierowania Jaegerem jest tak wielki, że jeden człowiek nie jest w stanie go udźwignąć. Jaeger potrzebuje dwóch pilotów, rozumiejących się tak dobrze, by między ich umysłami można było stworzyć połączenie nerwowe, które scalają ich wszystkie myśli, wspomnienia i uczucia w jedno.

Wbrew oczekiwaniom film nie przedstawia nam historii pojawienia się pierwszych Kaiju i nie ukazuje początków inwazji. Nie widzimy też powstawania Jaegerów. W momencie rozpoczęcia filmu Kaiju najeżdżają Ziemię już od ponad dziesięciu lat. Ich ataki są coraz częstsze. Jaegery są regularnie niszczone, a budowa nowych pochłania zbyt wiele pieniędzy i czasu, przez co roboty są powoli wycofywane z użycia – rząd decyduje się przeznaczyć całe środki na budowę murów, mających odgrodzić ocalałych ludzi od morza. Stacker Pentecost (Idris Elba) – główny dowodzący siłami Jaegerów, postanawia na własną rękę zaatakować Kaiju po raz ostatni.

Ten szybki przeskok w sam środek akcji, w połączeniu z prostą fabułą i wręcz stereotypowymi bohaterami jest pierwszą wielką zaletą filmu. Travis Beacham i Guillermo del Toro zrezygnowali z wyjaśniania założeń i budowania skomplikowanej historii wokół głównych wydarzeń (cechy, która ostatnio pogrążyła wiele filmów, m.in. „Człowieka za stali”). Tym samym udowodnili, że czasem mniej znaczy więcej, a przede wszystkim lepiej. W końcu „Pacific Rim” to film o gigantycznych robotach walczących z potworami z kosmosu. Większość widzów, całkiem słusznie, pójdzie na film właśnie po to, żeby zobaczyć te walki. Wątpię, żeby ktokolwiek wymagał od filmu czegokolwiek więcej poza fantastycznymi pojedynkami.

A pojedynki te są prawdziwie spektakularne. Guillermo del Toro wielokrotnie udowadniał, że w jego wykonaniu film nie ogranicza się tylko do ciekawego scenariusza, ale jednocześnie ma zadziwiać wizualnie. W filmach takich jak „Labirynt Fauna” czy „Hellboy” i jego sequel, Guillermo del Toro pokazał, że jego wyobraźnia nie zna granic. Jego filmy są prawdziwą ucztą dla oka – czasem jest baśniowo, czasem piekielnie, ale zawsze zachwycająco. „Pacific Rim” tylko potwierdza to, o czym wszyscy wiedzieli od dawna i jest kolejnym sukcesem tego meksykańskiego reżysera. Walki są doskonale wyreżyserowane; Kaiju, jak na olbrzymie potwory z kosmosu, są zaskakująco realistyczne; Jaegery wyraźnie powstały w oparciu o najlepsze tradycje wielkich robotów, od lat szlifowane w filmach i serialach anime.

Również obsada filmu stanęła na wysokości zadania. Może i bohaterowie przez nich grani są raczej stereotypowi, jednak aktorzy bardzo dobrze odnajdują się w swoich rolach – Idris Elba jest inspirujący, Charlie Hunnam prostolinijny i waleczny, a Rinko Kikuchi zdeterminowana. Na uwagę zasługuje również przesympatyczny duet tworzony przez Charliego Day'a i Burna Gormana oraz jak zawsze charakterystyczny Ron Perlman w roli handlarza organów Kaiju.

Ciężko jest zachęcać kogokolwiek do obejrzenia „Pacific Rim” - zwiastuny filmu mówią same za siebie, a całość jest jeszcze lepsza. Jest to seans obowiązkowy. Po obejrzeniu pozostaje tylko z nadzieją czekać na nieuchronny sequel i liczyć, że „Pacific Rim” zainspiruje twórców i wkrótce powstaną kolejne, jeszcze lepsze filmy o gigantycznych robotach.




Chcesz odnieść się do stanowiska autora, chcesz polemizować, skomentować ten tekst? A może chciałbyś Drogi Czytelniku napisać na temat innego filmu? Może książki? Lub albumu muzycznego, który zrobił na Tobie ostatnio wrażenie?
Jeżeli jesteś zainteresowany i zdecydowany przeczytaj nasz anons dotyczący współpracy redakcyjnej lub od razu napisz i wyślij do nas swój materiał na adres: redakcja@mojeopinie.pl. Odezwiemy się szybko!!


Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
Raporty
zobacz również
Kręcimy powstanie

O tym, że film dokumentujący „Powstanie warszawskie” wart jest uwagi, nie trzeba nikogo przekonywać. Jednak czy okraszanie go kolorem i dialogami jest konieczne? To już nie jest takie pewne.
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".