Piegus, Perełka, Duduś i inni
    Edmund Niziurski1 · polska młodzież3 · polska literatura25
2013-11-23
Kiedy odchodzą twórcy, ich świat powieściowy, poetycki zamyka się, staje się całością. Wracają wspomnienia, specyficzne, jeśli twórczość była przeznaczona dla dzieci i młodzieży. W październiku zmarł popularny niegdyś autor powieści młodzieżowych, Edmund Niziurski.

Edmund Niziurski, foto wikimedia

Przypomniałam sobie bez trudu tytuły jego książek, a także ich treść, z bezkonkurencyjnym „Sposobem na Alcybiadesa” na pierwszym miejscu.

W czasach, kiedy byłam nastolatką, Niziurski nie był moim ulubionym pisarzem. Doceniałam jego poczucie humoru i niezwykłą pomysłowość w komplikowaniu najzwyklejszych sytuacji, a także zaskakującą poprawność w zakończeniu choćby najbardziej zwariowanych przygód i pechów jego bohaterów. Ale to nie były książki dla dziewcząt. Niziurski był znawcą chłopięcych marzeń i ambicji. A urwisy, włóczykije i wspaniali delektowali się przeżyciami, które u dziewcząt w ich wieku budziły niesmak i złość. W imię niepowtarzalnych wrażeń sami ściągali na swoje głowy kłopoty większe od tych, które mogli sobie wyobrazić. Grzeczne dziewczynki nie rozumiały takich pragnień, lubiły porządek i logikę w postępowaniu. I zawsze były uczuciowe. Dlatego oprócz Niziurskiego, Nienackiego i Szklarskiego czytały Ożogowską, Platównę, Minkowskiego, Bahdaja, Jurgielewiczową, Domagalika, Jaworczakową, a później Jackiewiczową, Snopkiewicz, Siesicką.

To zaledwie część nazwisk z bogatej kolekcji, bo wtedy, w latach 70. i na początku lat 80., czytało się te książki, które w bibliotece były, a nie te, które chciało się przeczytać. Znajome panie bibliotekarki mogły upragnioną książkę przechwycić i przechować, żeby znów nie przepadła na wiele miesięcy. Jako nieco starsza nastolatka dowiedziałam się, że są w bibliotece książki, o których istnieniu wiedzą tylko osoby wtajemniczone. W drugim obiegu, który nie miał nic wspólnego z literaturą opozycyjną, krążyły książki subskrybowane przez uprzywilejowanych czytelników. Po wpisaniu swego nazwiska na nieoficjalną listę należało cierpliwie czekać w kolejce. W ten sposób moja babcia, wielbicielka klasycznych opowieści, przeczytała dwa ówczesne bestsellery – „Trędowatą” Mniszkówny i „Przeminęło z wiatrem” Mitchell. Jakie czasy, takie hity… Przeczytałam wtedy książkę Mitchell i nawet byłam nią mile zaskoczona, bo oprócz wątku miłosnego zawierała jeszcze parę innych motywów tematycznych, a nawet tło historyczne.

Książki dla młodzieży, które ukazywały się w PRL, nie miały właściwie tła społecznego. Perypetie bohaterów zamykały się w obrębie rodziny i szkoły. Jedynie wojenne wspomnienia lub jakieś historie sprzed wieków mogły urozmaicić nijakość tamtych czasów. Kiedy w „Grubym” Minkowski pisał o pobycie swego bohatera w republice Komi, napomykał o głodzie i mrozie, ale nie w kontekście zsyłki, lecz wojny. Konflikty z rodzicami i rówieśnikami, ucieczki z domu, młodzieńcze miłości – takie treści zawierały powieści dla dziewcząt. Przy czym szczytem miłosnych perypetii był jeden nieśmiały pocałunek. PRL dzielnie walczył z Dekalogiem, ale promował świecką etykę, tak samo moralną.

Na podstawie popularnych książek powstawały scenariusze do popularnych seriali. Zdaje się, że w tej filmowej konkurencji brylował Adam Bahdaj, a przynajmniej on był współautorem najchętniej oglądanych i do dziś emitowanych seriali: „Do przerwy 0:1”, „Podróż za jeden uśmiech”, „Wakacje z duchami”, „Stawiam na Tolka Banana”. Edmund Niziurski zasłynął jednym, ale niebanalnym serialem – „Niewiarygodne przygody Marka Piegusa”. Filmy dodawały blasku książkom, bo skoro adaptacja porywała i wciągała, to należało sprawdzić, czy książka nie jest jeszcze lepsza. Poza tym był to sposób na przedłużenie czasu przebywania z ulubionymi bohaterami. Odcinek filmu kończył się, a książka leżała pod ręką, ulubione fragmenty czytane były wielokrotnie, także w nocy, przy dwudziestowatowej żarówce. Tylko wtedy nie drażniły mnie rozbieżności w treści i fabule, filmowe perypetie miały dynamikę, wykorzystywały humor sytuacyjny, a bohaterowie posiadali twarze, nie tylko pomysłowe nazwiska albo przezwiska. Co kilka lat przez kolumny kolorowej prasy, a teraz także przez internetowe portale, przemykają całe serie artykułów o dziecięcych gwiazdach, które już dorosły – czym się zajmują, jak żyją, jak wspominają przygodę z filmem. Jedynie Henryk Gołębiewski co jakiś czas wraca na ekrany, pozostali nie związali się bezpośrednio z aktorstwem. Obecnie także nie brak dziecięcych bohaterów, ale zmieniła się zasada, bo dzieci w niedziecięcych serialach dorastają, a potem często kończą aktorskie szkoły.

Młodzieżowe książki starzeją się szybciej niż książki dla dzieci. Może dlatego, że w dziecięcych opowieściach nie przeszkadzają staroświeckie obyczaje, niemodne maniery i cywilizacyjne zacofanie. Dzieciom opowiada się bajki, więc ten sztafaż epoki staje się scenerią, która nie tylko nie drażni, ale nawet rozbudza wyobraźnię. Wszelka odmienność mieści się w ramach baśni, legendy i mitu. Książka dla młodzieży nie ma już takiego uroku, bo zmieniło się prawie wszystko – relacje, sposób myślenia, styl życia. Jest jak relikt przeszłości – nostalgiczny dla tych, którzy dorośli, i zabawny dla tych, którzy teraz są nastolatkami. Choćby nawet nie zmieniły się problemy. Ale ówcześnie autorzy starali się, jak mogli – byli ludźmi wykształconymi, znali języki obce, zajmowali się tłumaczeniami z obcych literatur. Niektórym zarzuca się współpracę ze Służbami Specjalnymi. Trzeba o tym wspomnieć. Myślę, że każdy czytelnik ma swój sposób na niechwalebną biografię ulubionego pisarza: jest mu przykro, przebacza albo zmienia idola. Niezmiennie jest mi przykro, ale kiedy pisarzowi coś zawdzięczam, jakoś znoszę to uczucie.

Polskie książki z tamtego okresu były doceniane na szerszym forum. Na Liście Honorowej IBBY (International Board on Books for Young People – międzynarodowej organizacji wspierającej literaturę dla dzieci i młodzieży, założonej w 1953 r. w Zurychu), znalazłam książki, które kiedyś były dla mnie ważne: „Tego obcego” Jurgielewiczowej (uhonorowany w 1964 roku), „Ucho od śledzia” Ożogowskiej (1966), „Koniec wakacji” Domagalika (1974), „Sposób na Alcybiadesa” Niziurskiego (1978) i „Kilka miesięcy, całe życie” Nowackiej (1979). To są laureaci kategorii autor, a byli jeszcze wyróżniani ilustratorzy i tłumacze. Po nich przyszli późniejsi polscy twórcy, ale oni budują już sentyment następnych pokoleń.


Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
Raporty
zobacz również
„Białoruś dla początkujących” – Igor Sokołowski

„Co wiemy dziś na temat Białorusi?” - pyta polskiego czytelnika okładka książki. I odpowiada za niego, że niezbyt dużo.
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".