Pobudka w dżungli Taman Negara
    Malezja4 · Indochiny38 · reportaże z podróży201 · Taman Negara1
2010-03-28
Obudzić się – i być w samym sercu dżungli: oto przeżycie wyjazdu do Malezji. I to bynajmniej nie po nocnej wędrówce, oswojeniu się, stopniowym poznawaniu, czym jest leśny żywioł. Nie – tu dzieje się to nagle, gwałtownie, nieoczekiwanie. Nowocześnie. Dzięki temu trochę niesamowicie. Nierealnie.

Zdjęcia: Michał Lubina

Malezja jest kolejnym krajem w którym odnoszę wrażenie, że najlepsze co Brytyjczycy pozostawili w spadku po swoim władaniu 1/3 świata – to kolej. Na północnym wschodzie Półwyspu Malajskiego, przy granicy z Tajlandią, biegnie najciekawsza droga żelazna Malajów: Kolej przez Dżunglę (Jungle Railway). Nazwa jest jak najbardziej adekwatna: pociąg dosłownie wbija się w połacie drzew, pędząc godzinę za godziną w owej niezwykłej scenerii nieustannego lasu tropikalnego. A że odjazd ma o 3 rano, to zdrzemnąć się w nim trochę trzeba. I obudzić się w środku dżungli.

Obserwowanie fascynującego świata tropikalnych lasów zza szyby jest niezwykle wygodne. Nie odczuwa się tego, co jest w realu: a więc przede wszystkim potwornej duchoty. Wilgotność dochodzi tu do 90 stopni, jest parno i duszno. Efekt tego jest taki, że człowiek jest mokry po 5 minutach od wyjścia z klimatyzowanego przedziału (żeby była jasność – to jest pociąg zwykły, osobowy; ot malajskie Przewozy Regionalne). Drugim następstwem temperatury jest to, że nic się nie chce. Ponoć lenistwo, będące następstwem malarii, jest przypisywane Malajom jako ich cecha narodowa. Tak przynajmniej podają Robert Stiller i Janusz Warda w „Malezji: zarysie wiedzy o kraju i ludziach”. Ale tu nie trzeba żadnej malarii, tu wystarczy wilgotność powietrza, by się skutecznie odechciało robić cokolwiek.

Drugą cechą, której nie uświadczy się w pociągu, a która jest codziennością pobytu w Taman Negara: głównym parku narodowym Malezji, obejmującym właśnie ową dżunglę (ze względu na znaczenie nazwanym Parkiem Narodowym z dużej litery, bo to właśnie oznacza nazwa Taman Negara). Są nią pijawki. Tutaj: oczywistość. Nie ma przed tym ucieczki. O dobrej ochronie można zapomnieć. Po butach, nawet najlepszych, owe urocze stworzonka się ślizgają, sunąć w krwiożerczym instynkcie do środka, w stronę skóry. Gryzą przez skarpety, spodnie i koszule. Bezboleśnie. Nie wiadomo kiedy. Nie wiadomo jak. Człowiek sobie nieświadomie idzie przez las, a one sączą, sączą, sączą…

A po przejściu 10 km moje uprzednio niebieskie skarpety stały się czerwone. Od krwi. Kolonialnym sposobem można je przypalać papierosem, ale jest to wyłącznie zbyteczne okrucieństwo wobec Bożych (choć chciałoby się powiedzieć: diabelskich) stworzeń, usprawiedliwione jedynie chęcią zemsty. Zresztą uczynione i tak post factum, bo pijawka wgryza się w skórę nie zadając żadnego bólu i niezauważalnie żłopie sobie krew. Dopiero jak się ją zerwie, to boli, czy też raczej: szczypie. A czy się ją oderwie, czy przypali, to i tak nie ma znaczenia, bo co się napiła, to jej. Żywej, bądź martwej.

Pijawek jest cała masa: od najmniejszych do kilkunastocentymetrowych. To ostatnie żerują koło tzw. „Canopy Walkway”, głównej atrakcji parku, dostępnej dla każdego. Docierają tam wszyscy, w tym spasieni masowi turyści, głównie z Niemiec, Holandii i reszty Zachodu. Przychodzą w klapkach, krótkich spodenkach i bluzkach… a potem pijawki dochodzą do pół metra wielkości.

Ukryta pod niemożliwą do dosłownego przetłumaczenia na polski nazwą Canopy Walkway (luźno przełożyłbym to jako „podniebny chodnik”), jest najzabawniejszą i sprawiającą największą frajdę atrakcją Taman Negara. Zawieszone na wysokości 50- 100 metrów nad ziemią chodniki, przytrzymywane są przez grube liny i swym wyglądem kojarzące się z jakimś niezwykłym, zatopionym w tropikalnej roślinności, wiszącym mostem. Wijącym się wśród korony drzew. Prowadzącym wzdłuż bujnej roślinności. Pozwalającym przekonać się, jak wielkie i potężne są drzewa w dżungli. Ciągnącym się przez 30-40 metrów, raz w górę, raz w dół. Kołyszącym przy każdym kroku. Jak na wielkiej, podniebnej huśtawce.

Drugim najciekawszym miejscem Parku Narodowego są przełomy Lota Berki. Płynie się do nich łódką przez górską rzekę, by wreszcie dotrze się do mini wodospadu. Choć nie rzuca on na kolana, to wrażenie robi niesamowite... kolorem wody. Czerwonym! Od mułu i barwy podłoża rzecz jasna, tym niemniej można zafundować sobie jednorazową przyjemność skąpania się (niczym) we krwi. Co – z czym pewnie zgodziłby się Lestat – jest niezwykle orzeźwiające.

Zresztą pływanie to najlepszy sposób na dotarcie i wydostanie się z Parku. Kolej przejeżdża tylko przez jego część. Dalej trzeba się przesiąść na łódki (można też na autobusy, lecz zabije to cały urok). Płynie się nimi 3 godziny w jedną stronę, samotną rzeką otoczoną zewsząd przez tropikalny las i żywcem wyjętą ze scenerii filmów przygodowych o Amazonce.

Swoistym rozczarowaniem są za to trasy po Parku. Chociaż jest w tym element survival, uzyskany dzięki źle oznaczonym trasom, biegnącym nad skarpami i wiodącymi obok nieoczekiwanych krawędzi, a także wymagającymi minimum sprawności (włażenie po linach, wspinaczka po skałach i przewróconych drzewach), to całość zawodzi. Fakt, ma się satysfakcję, że dało się radę w trudnych warunkach, ale to wszystko. Namęczy się człowiek, nałazi, nawłazi, napoci, da sobie zdrowo popuścić krew pijawkom i komarom, a na końcu zobaczy panoramę takiego samego jak wszędzie lasu. Punkty widokowe Taman Negara nie są warte tej określenia. Ani tym bardziej wysiłku, który się w ich osiągnięcie włoży. Za to teraz z większym zrozumieniem będę oglądał amerykańskie filmy o Wietnamie (choć lewaka Stone’a i tak nie polubię!)

Ostatnia atrakcja jest dość niespodziewana, a tworzy ją możliwość spędzenia noclegu w „kryjówkach”. Pod tą poetycką i trochę mylącą nazwą (przywodzącą na myśl jakieś wykopane w ziemi doły) kryje się zwyczajne, znane z Tatr, czy Beskidów, schronisko. Na podmurówce, z rzędami piętrowych łóżek, a nawet ubikacją. Fakt, nie ma kuchni, a płaci się za te przyjemność dosłownie symbolicznego ringita (1 MRG = 1 PLN) w gmachu głównym parku, położonym hen daleko. Wszystko prawie jak u nas. Tylko sceneria inna: schroniska ukryte są w środku dżungli, te odleglejsze o kilkanaście kilometrów drogi. Tam najlepiej jest spędzić noc – samotnie, w samym środku tropikalnego lasu.

Dżungla w nocy to przede wszystkim odgłosy: świergot, pisk, jazgot, gwizdanie, pohukiwanie – słowem tysiące ptasich odgłosów. Do tego dźwięki lasu, kumkanie, trzask łamanych gałęzi i tysiące innych brzmień, tworzących jedyną w swoim rodzaju naturalną kakofonię. Różniącą się od sztucznej, ludzkiej, jednym: nieuchwytną harmonią. A także – paradoksalnie: ciszą. Nie dosłowną, lecz jak najbardziej metaforyczną. Symbolizującą wieczność. To właśnie ta cisza sprawia, że pobudki w realnej dżungli z tą kolejową porównać się nie da.


Foto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał LubinaFoto: Michał Lubina
Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Tajlandia - podróż po krainie uśmiechu

Przybyliśmy po piętnastu godzinach podróży na wyspę Koh Ko Khao ( lot + transfer ). Myślę, że nietrudno dociec na podstawie nazwy geograficznej, iż jest to Tajlandia, którą chcieliśmy...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".