Podróż do krainy marzeń - Bombaj
    Indie57 · Bombaj1 · hindusi5 · reportaże z podróży201
2010-04-06
Dawno-dawno temu miałam takie marzenie: pojechać do Indii. Nic w nim nie było oryginalnego, bo kto choć trochę nie chciałby pojechać do Indii. Nawet wśród zwykłych zjadaczy chleba takie pragnienie nie zda się niczym niezwykłym, nie mówiąc już o przedstawicielach dowolnej alternatywy – dla takich Indie są Mekką od czasów hipisów.

zdjęcia: Michał Lubina

Zawsze jednak jakoś było tyle innych rzeczy do zrobienia i miejsc do zobaczenia. Przez tę nieosiągalność, Indie stawały się coraz bardziej pociągające i na kredyt ukochane. Do tego stopnia, że gdy wreszcie udało się kupić bilet do Bombaju, a w paszporcie pojawiła się pierwsza indyjska wiza, zaczęłam się bać, że konfrontacja tylu wyobrażeń z rzeczywistością skończy się bezwzględnym odbrązowieniem.

Zapis pierwszych wrażeń jest chaotyczny i, jak to zwykle bywa u nowicjuszy, pełen zbędnych szczegółów – gdy wszystko oszałamia, a zawartość talerza, wygląd zabytku, małpa przebiegająca obok i historia są tak samo ważne.

Zaczęło się w Bombaju, a właściwie Mumbaju – godzina 23.30, 29 stopni ciepła. Sam początek lutego. I nikt się mną nie zainteresował – nie było tłumu tragarzy, naganiaczy, nachalnych sprzedawców. Gdy już trochę postałam przed lotniskiem z głupią miną, podszedł wreszcie pan, by zapytać, czy nie szukam hotelu. No szukam. To on zna kogoś, kto zna właściciela hotelu. Ale ja nie chcę przy lotnisku (28 km od centrum). A, to moja strata – bo w mieście wszystko jest zajęte.

Pojawiają się kolejni życzliwi, jeszcze następni – i wreszcie trafiam do informacji turystycznej na lotnisku. Tam idzie szybko, krótkie targi i za cenę dwukrotnie wyższą od zamierzonej mam nie tylko zaplanowany nocleg, ale też informację o autobusie do centrum. Przystanku nigdzie nie widać, życzliwi twierdzą, że ten właśnie kawałek chodnika, na którym stoję – to jest przystanek. Akurat. Potem podjeżdża autobus i zatrzymuje się dokładnie przy moim kawałku chodnika.

zdjęcia Michał Lubina

Wytargowany hotel jest na drugim piętrze, na pierwszym – hotel Sea Lord, powyżej – hotel Sea Shore. Pokoje powstały przez podzielenie przestrzeni przy pomocy dykty na małe kostki, nie zamknięte jednak od góry. Gdy zapali się światło w jednej kostce, nie trzeba go już zapalać w drugiej. Gdy jednak zapalam swoje o 2.30, tym w sąsiedniej kostce wcale się to nie podoba. Rano wszystko wraca na miejsce – zgodnie z oczekiwaniami, opada mnie tłum sprzedawców, naganiaczy, ciekawskich. Żar, hałas, zapach jedzenia, pasty do butów i kadzidełek. Wszyscy krzyczą, chcą mi sprzedać taaaaakie ogromne balony, słodycze, bilety na wyspę Elefanta... Przy okazji okazuje się, że mieszkam tuż przy Gate of India!

Prawie wszyscy - tak mi się wydaje - mają kropki na czołach. Tej kropki mi brakuje. Ale chyba Mumbai działa na zasadzie "mówisz i masz", bo od razu podchodzi pan, ubrany na biało, z koszyczkiem żółtych kwiatów. Daje mi jedne, na przegubie ręki zawiązuje żółtoczerwony sznurek na szczęście, na czole rysuje czerwona kropkę na szczęście, a na dłoń wsypuje białe kulki - do zjedzenia, na szczęście (widząc, ze się waham, sam zjada jedną).

– To nie jest zwykły człowiek, to święty – szepcze nabożnie pan obok. Ja bym nawet uwierzyła, gdyby święty pan nie zażądał od razu 10 dolarów. Albo 500 rupi. Trochę się rozczarowałam i dałam 30 rupi. Ulice oszołamiają mnie, jak ulice Warszawy przybysza z dziewiętnastowiecznej Koziej Wólki. Za każdym razem trzeba wziąć udział w rodeo, walce z tysiącem byków: riksz, motorów, autobusów i taksówek, z których każdy jedzie we własnym tempie i stylu. Raz jeden udało mi się znaleźć przyjście dla pieszych, ale kiedy zapaliło się zielone światło, to nawet autobus miejski się nie zatrzymał. Ba - nawet nie zwolnił. W Bollywood po raz pierwszy zobaczyłam bollywódzki film. Pierwsze słowa, które padły z ekranu (no nie z ekranu, ale przyjmijmy umownie), były: I love you. Już się byłam ucieszyłam, że będzie po angielsku. By za chwilę ze zdumieniem skonstatować, że to jest taki patent bollywódzki, że wśród konwersacji po hindusku bohater co jakiś czas wtrąca angielskie frazy. Są tacy, którzy mówią tylko po hindusku (taksówkarz), a znów aktorzy grający aktorów mówią stosunkowo dużo po angielsku (zwłaszcza słowa typu "relax", "honey", "I love you"). W tym moim filmie była też jedna bohaterka Angielka (i blondynka) - ta mówiła tylko po angielsku, miała zaś kilka wstawek po hindusku w celu rozbawienia publiki chyba – sądząc po powszechnej wesołości, którą wywołała w kinie. Po seansie (od 21 do 1) pewien Hindus zapytał mnie po co Europejczycy chodzą w Bombaju do kina - przecie i tak nic nie rozumieją (popularna wśród podróżników rozrywka). Ale gdy później oglądałam filmy z Bollywood z napisami, było dużo gorzej.

Gdy przyszła pora przemieszczenia się, postanowiłam kupić bilet kolejowy. Najpierw nie mogłam znaleźć kas pociągów dalekobieżnych. Gdy się odnalazły, na wszystkich było napisane "unreserved tickets", co mnie martwiło, bo w przewodniku wyczytałam, że jak na takim bilecie pojechać, to przy pierwszej próbie zmiany klasy na wyższą, pojawi się konduktor, by wyegzekwować karę – nawet jeśli zechcę dopłacić, a w upragnionej klasie będą wolne misja. Problem rozwiązał się sam, bo zaraz podszedł pan i powiedział, ze w tej kolejce mam nie stać, tylko iść na piętro, bo tam są właściwe kasy. Na piętrze, w małym pokoiku, rzeczywiście było okienko z napisem „sleeper”. Ale od razu przyszedł drugi pan i powiedział, ze mam tam nie stać, bo to jest okienko dla żołnierzy, a w ogóle to dokąd chcę jechać. Ja na to, że do Aurangabad. On na to, że nie ma już biletów, tylko w wagonach klimatyzowanych za 2 tys. rupii, ale mam szczęście, bo on wie, gdzie znajdę fajny autobus. Podziękowałam panu i wróciłam na dworzec sprawdzić czy faktycznie nie ma tych biletów.

W międzyczasie inny pan również pochwalił się, że wie, gdzie znaleźć fajny autobus. Wróciłam na piętro i pan, tym razem ten w okienku, powiedział, że mam stać na piętrze, ale nie na tym, tylko na tamtym, gdzie jest kasa 52. Ta okazała się kasą dla zagranicznych turystów, gdzie za bilety można płacić w dolarach lub funtach wyłącznie. Powiedziałam, że nie mam jednych ani drugich i najchętniej kupię w okienku dla zwykłych obywateli. Wtedy pani (tym razem) powiedziała, bym wróciła na dół, znalazła kasę 22 i poprosiła o specjalną pieczątkę. Na dole pan (znów), który rozdawał formularze, na których przybija się specjalne pieczątki powiedział, że tanich pociągów już nie ma, ale że za to zna on miejsce, gdzie stoją fajne autobusy.

Tym sposobem podczas mojej pierwszej podróży do Indii przemieszczałam się wyłącznie autobusami. Nie wiedziałam wtedy, że przyjdzie moment, gdy będę wykorzystywać swą cudzoziemskość, by kupić ostatnie pozostałe bilety w kasie, gdzie trzeba się było pochwalić nie tylko posiadaniem dolarów (lub funtów), ale także dokumentem, stwierdzającym nieindyjskie obywatelstwo (i niechby nawet bengalskie – byle nie indyjskie).


Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Wyjazdy egzotyczne coraz popularniejsze

Za nami szczyt letniego sezonu turystycznego. Ci, którzy nie zdążyli wykorzystać urlopu, a marzą o relaksie w ciepłym miejscu, nie stoją jednak na straconej pozycji. Za oknem co prawda słota,...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".