Polska bez tarczy - Egida zamiast tarczy?
    tarcza antyrakietowa65 · bezpieczeństwo narodowe62 · polska polityka zagraniczna163 · polityka zagraniczna USA47
2009-09-26
W ubiegłym tygodniu byliśmy świadkami radykalnego zwrotu amerykańskiej polityki dotyczącej „tarczy” antyrakietowej – forsowana przez ekipę prezydenta G. W. Busha idea europejskiej bazy systemu Missile Defense ostatecznie odeszła do lamusa.

Czy oznacza to koniec idei „tarczy” jako takiej?

Ogłoszona oficjalnie 17 września decyzja nie jest, a przynajmniej nie powinna być zaskoczeniem. Pamiętać należy, iż z obozu Demokratów, jeszcze gdy Barak Obama był jedynie kandydatem na urząd prezydenta, napływały sygnały, iż po jego ewentualnym wyborze nowa administracja dokładnie przyjrzy się pomysłom poprzedników na obronę antyrakietową jako całość, a w szczególności na zasadność budowy europejskiego komponentu tzw. Ground based Midcourse Defense. Po wyborach zapowiedziany został przegląd, którego miał potrwać do drugiej połowy bieżącego roku i który właśnie się kończy. Zaskakujące jest jednak to, w jaki sposób i jak dobitnie zakomunikowano światu (i sojusznikom) tę zmianę. Nocne telefony i bezceremonialne wycofywanie się z umów (bez względu na ocenę słuszności ich zawarcia), nie dodają nowej administracji blasku i mogą przynieść Stanom Zjednoczonym więcej szkody niż pożytku.

Zredefiniowane cele

Nie ulegając emocjom warto przyjrzeć się przesłankom jakimi kierowali się Amerykanie, odchodząc od pomysłu budowy baz w Polsce i Czechach.

* po pierwsze uznano, iż irański program rakietowy i nuklearny nie jest tak dalece zaawansowany, aby uzasadniał on potrzebę rozmieszczenia GMD w Europie;

* po drugie, choć nie jest to przyznawane, rezygnacja z tego komponentu ma służyć poprawie relacji z Rosją, konsekwentnie i nieustannie twierdzącej, iż „tarcza” jako całość, a w szczególności jej europejskie elementy negatywnie wpływają na jej bezpieczeństwo;

* po trzecie zaś, posłużono się swego rodzaju rachunkiem koniecznych do poniesienia kosztów (finansowych) i korzyści jakie można dzięki nim uzyskać, uwzględniając przy tym parametry bojowe jakie w chwili obecnej oferują pociski GBI.

Według ostatnich ocen amerykańskich agencji wywiadowczych, irański program rakietowy nie jest zaawansowany tak znacznie, jak oceniano wcześniej, a co za tym idzie kraj ten nie będzie w stanie wyprodukować w najbliższych latach międzykontynentalnej rakiety balistycznej. Oczywiście, w oparciu o informacje ze źródeł otwartych nie sposób ocenić, na ile jest to informacja prawdziwa, jednak na słuszność tej tezy mogą wskazywać zwiększone wysiłki Iranu w dziedzinie rozwoju i produkcji rakiet balistycznych średniego zasięgu. Z irańskiego punktu widzenia jest to działanie o tyle logiczne, że pociski takie mogą być produkowane natychmiast – tak Shahab-3, jak i zapewne Sejil-2 (jeśli nie, to jego ewentualne dopracowanie wydaje się być kwestią miesięcy, na pewno nie lat). Pomimo deklaracji w rodzaju tej, jaką minister obrony Iranu Ahmad Vahidi złożył kilka dni temu, iż program jądrowy jego kraju nie jest obliczony na produkcję broni atomowej, gdyż ta jest sprzeczna z duchem islamu, Irańczycy niemal na pewno pracują nad tą bronią.

Brak jednoznacznych ocen, kiedy uda im się osiągnąć ten cel, jednak błędem jest założenie, iż po jej wyprodukowaniu (i miniaturyzacji ładunku tak, aby mógł on zostać zamontowany w głowicy), będą potrzebować nośników o strategicznym charakterze. Irańskie pociski wcale nie muszą zagrażać kontynentowi amerykańskiemu, aby być skutecznym narzędziem polityki. Przy zasięgu dwóch, trzech tysięcy kilometrów w promieniu ich działania znajdą się liczne bazy USA w regionie i terytoria państw sojuszniczych Ameryki, a to w zupełności wystarczy do nuklearnego szantażu (kilka lat temu tego rodzaju wizję dotyczącą amerykańskich baz rozlokowanych w regionie Bliskiego i Środkowego Wschodu wysnuł Paul Bracken, analityk RAND Corporation). Tak więc decyzja Amerykanów może rzeczywiście wynikać w części z oceny nieadekwatności europejskich elementów systemu MD w odniesieniu do zagrożeń jakie mogą zaistnieć w ciągu najbliższych lat. Przyjrzyjmy się zatem temu, co powstać ma w zamian.

Egida dla wszystkich?

GBI to jedyny istniejący dziś element systemu, zdolny do zwalczania ICBM w środkowej fazie lotu, choć prawdą jest, iż jego skuteczność nie jest tak wysoka, jakby życzyła sobie tego Missile Defense Agency. Do tej pory rozmieszczono trzydzieści interceptorów tego typu w bazach Vanderberg i Fort Greeley (w związku z tegorocznymi cięciami w budżecie MDA zrezygnowano z ulokowania tam kolejnych pocisków). Jak łatwo zauważyć taka dyslokacja obliczona jest głównie na zwalczanie rakiet północnokoreańskich, przed zagrożeniami płynącymi ze strony Iranu mają bronić w najbliższej przyszłości pociski Standard Missile-3 (SM-3). W chwili obecnej są one przenoszone przez część odpowiednio zmodyfikowanych okrętów wyposażonych w system walki Aegis (Egida), szesnaście takich jednostek służy we Flocie Pacyfiku, dwie we Flocie Atlantyku (dalsze trzy są aktualnie modernizowane).

Program rozwoju tego komponentu MD podzielono na cztery etapy. W pierwszym (rok 2011), w celu ewentualnej ochrony zarówno państw Starego Kontynentu, jak i amerykańskiego personelu wojskowego, rozmieszczana będzie istniejąca wersja pocisku (Block IA), ewentualnie również radary Army Navy/Transportable Radar Surveillance. Nie ma tu mowy o wyrzutniach lądowych, tak więc „rozmieszczenie” oznacza mniej lub bardziej stałą obecność okrętów US Navy na wodach europejskich (zapewne Morza Śródziemnego i ewentualnie Północnego bądź Północnego Atlantyku). Etap drugi (2015 r.) zakłada rozmieszczenie SM-3 Block IB (który do tego czasu ma zakończyć fazę rozwoju), zarówno w wersji lądowej jak i morskiej oraz „bardziej zaawansowanych radarów”, co pozwoli na kompleksową ochronę przed rakietami krótkiego i średniego zasięgu (SRBM i MRBM). Etap trzeci (2018 r.) to wprowadzenie pocisku SM-3 Block IIA, który będzie mógł zwalczać pociski średniego zasięgu (IRBM)1, etap czwarty zaś (2020 r.), to wprowadzenie SM-3 Block IIB, w krótkiego zasięgu znajdą się również ewentualne ICBM.

Z czysto militarnego punktu widzenia tak określony program rozwoju wydaje się lepiej odpowiadać istniejącym i rysującym się na horyzoncie zagrożeniom. Problem jednak w tym, iż nie tylko względy militarne determinowały decyzję administracji G. Busha o budowie baz w Polsce i Czechach i nie tylko w nich upatruje się uzasadnienia odwrotnej decyzji prezydenta Obamy.

„Tarcza” za START i Iran?

Głównym oponentem europejskich baz MD była oczywiście Rosja. Głośno wzywała ona USA do wycofania się z projektu, twierdząc, iż jest on skierowany przeciwko jej potencjałowi i równie głośno groziła krokami odwetowymi (wprowadzeniem rakiet typu Iskander do Obwodu Kaliningradzkiego, rozwojem systemów zdolnych do penetracji tarczy, rozlokowaniem głowic jądrowych poza swymi granicami itp.). Tymczasem Stany Zjednoczone potrzebują Rosji, aby myśleć o jakimkolwiek skutecznym reżimie sankcji wobec Iranu, potrzebują również jej pomocy w sprawie Afganistanu. Wreszcie potrzebują nowego układu o ograniczeniu zbrojeń strategicznych. Nakładając na to nową ocenę zagrożenia irańskiego łatwo wysnuć wniosek, iż trzecia baza GBI została poświęcona na ołtarzu ww. potencjalnych korzyści. Aby być sprawiedliwym należy dodać, iż nie jest to jedyny program w ramach tarczy który uległ w ostatnim czasie kasacji. Zrezygnowano z rozwoju pocisków MKV i KEI, obcięto fundusze na kolejne egzemplarze ABL i jak zostało już wspomniane, na zwiększenie liczby GBI w istniejących bazach.

Decyzja Białego Domu jest jednak przez świat odbierana, jak wspomniano, głównie w kategoriach politycznych. Czy jako taka jest ona korzystna dla USA ? Gdy przeszło dwadzieścia lat temu Związek Radziecki usiłował wymóc na prezydencie R. Reaganie powiązanie kwestii rezygnacji z SDI z negocjacjami INF i START, ten zaryzykował zerwanie rozmów, nie godząc się na ustępstwa. Jak pamiętamy, obydwa porozumienia zostały podpisane. Świat się zmienił, ale czy dziś tego rodzaju decyzja nie zostanie odebrana w Rosji jako oznaka słabości USA? Chcąc zrezygnować z realizacji umów z Polską i Czechami, prezydent Obama miał co najmniej kilka opcji do wyboru, łącznie ze swego rodzaju gentelman’s agreement polegającym na nie realizowaniu projektu, bez (przynajmniej chwilowo) oficjalnej jego kasacji.

Amerykanie wybrali jednak najbardziej stanowczą drogę. Napływające z Rosji po decyzji USA ws. „tarczy” sprzeczne sygnały, np. dotyczące Iskanderów, mogą świadczyć o chęci dalszego „dogadywania się”. Co najmniej kilka decyzji G. Busha dotyczących polityki zagranicznej należałoby nazwać błędnymi. Jednak wycofanie się z raz podjętej, chociaż błędnej, decyzji nie jest (albo rzadko jest) sposobem na rozwiązanie problemu. Prezydentowi Obamie nie uda się zbudować własnej polityki wyłącznie w oparciu o negację działań swojego poprzednika. Pozostaje mieć nadzieję, że prezydent Stanow Zjednoczonych doskonale zdaje sobie z tego sprawę.

Wnioski dla Polski

Dla Polski decyzja Amerykanów z pewnością oznacza koniec marzeń o specjalnych relacjach RP z USA w dziedzinie bezpieczeństwa. Niestety, część krajów europejskich (zaklasyfikowanych swego czasu przez D. Rumsfelda i G. W. Busha jako „Stara Europa”) może dopatrywać się dziś swego rodzaju „lekcji pokory” dla Polski. Zapewne podobnie odbiera to także Rosja. Nie tracimy nic z wojskowego punktu widzenia, a gdyby do Polski trafić miały kolejne wersje SM-3 (co jest jednak kwestią odległej i mocno niepewnej przyszłości), to paradoksalnie moglibyśmy nawet zyskać – stanowiłyby one realną ochronę również i polskiej przestrzeni powietrznej.

Z pewnością Polska poniosła jednak znaczny uszczerbek na swym prestiżu. Należy jednak dodać, iż w dużej mierze na własne życzenie – sami nadaliśmy „tarczy” taką rangę, nieproporcjonalną do tej, jaką do projektu przykładali Amerykanie. Nie jest to jeszcze żaden początek procesu „finlandyzacji” Polski, jak chcieliby to widzieć niektórzy komentatorzy, podobnie jak nie jest to też jednak realizacja geopolitycznych wizji Georga Friedmana z jego ostatniej książki „Następnych 100 lat”.

Rafał Ciastoń – pracownik administracji rządowej, ekspert Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego, członek Zespołu Analiz Fundacji Amicus Europae. Absolwent stosunków międzynarodowych UJ i podyplomowego Studium Bezpieczeństwa Narodowego na UW.
Tekst przedrukowano za wiedzą i zgodą Fundacji Amicus Europae
Oryginalny tekst - źródło


Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Putin w Szanghaju: strategiczne partnerstwo na chińskich warunkach

Oficjalna wizyta prezydenta Rosji Władimira Putina w Chinach w dniach 20–21 maja przyniosła mieszane rezultaty z punktu widzenia celów, jakie stawiała sobie Moskwa.
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".