Prof. Góralczyk - Birmańska odwilż
    Birma18 · demokracja81 · junty wojskowe13 · Azja86
2011-10-05
Ona jest naszą wielce szanowaną starszą siostrą, albowiem jest córką generała Aung Sana. Jest również przenikliwa i inteligentna oraz posiada ogromną wiedzę o sprawach międzynarodowych” - tak o noblistce Aung San Suu Kyi wypowiedział się niedawno doradca prezydenta Ko Ko Hlaing.

Birma: Mnich z dzieckiem na moście U Beina, foto: Michał Lubina

Szokujące oświadczenie na temat osoby, która przez dwie dekady miała w oczach władz status non person a 15 z ostatnich 21 lat, gdy stała się osobą publiczną, przesiedziała w więzieniach i areszcie domowym.

Nie jedyny to bynajmniej zdumiewający sygnał, jaki napłynął ostatnio z Birmy, oficjalnie zwanej Republiką Związku Maynamar. Za kluczowy moment należy uznać spotkanie prezydenta Thein Seina z Aung San Suu Kyi w nowej stolicy Naypyidaw 19 sierpnia. Symbolikę tego bezprecedensowego wydarzenia, naturalnie zrelacjonowanego przez oficjalne media, dla których dotąd noblistka formalnie nie istniała, podnosił dodatkowo fakt, że oboje rozmówcy zasiedli pod dużym portretem ojca Aung San Suu Kyi, zamordowanego przez politycznych przeciwników w 1947 r. generała Aung Sana, w powszechnej świadomości „ojca birmańskiej niepodległości” i państwowości.

Wiadomo jednak, także i u nas, że wychodzenie z dyktatury nigdy nie jest proste, że jest to proces trudny i najeżony niebywałymi rafami. Ani ci, którzy dotychczas rządzili, łatwo nie odpuszczają, ani ci, którzy chcą rządzić nie za bardzo wiedzą, jak demokratycznie postępować, bo nigdy ich tego nie uczono
Słowa czy czyny?

Ten proces zainicjowano w listopadzie ub. roku. Najpierw odbyły się, starannie wyreżyserowane przez rządzącą - nieprzerwanie od 1962 r. - juntę, „demokratyczne” wybory. W tydzień później Aung San Suu Kyi opuściła areszt - i rozpoczęła publiczną aktywność. Nowym prezydentem państwa został Thein Sein, poprzednio premier, no i oczywiście generał. Odsunął się natomiast w cień „starszy generał” Than Shwe, który rządził tym krajem żelazną ręką przez ostatnie kilkanaście lat, niszcząc politycznych przeciwników nie mniej bezpardonowo niż jego niesławny poprzednik generał Ne Win (1962-1988). Zaaranżowane i starannie wyreżyserowane przez juntę wybory 7 listopada 2010 r. zdawały się nic nie zmieniać. Ot, generałowie zamienili mundury na cywilne ubrania - i tyle. Aung San Suu Kyi, symbol politycznego i moralnego oporu wobec okrutnych rządów, owszem, odzyskała wolność, ale jej partia, Narodowa Liga na Rzecz Demokracji (NLD) została zdelegalizowana za to, że wybory kontestowała jako nieprzejrzyste i niedemokratyczne.

Kiedy więc pod koniec marca tego roku władzę przejęła nowa administracja, a prezydent Thein Sein wygłaszał swoje exposé, w którym zapowiadał znaczące zmiany w państwie, nikt mu nie wierzył, ani nie zwracał zbytnio uwagi na jego słowa. Werbalne zapewnienia straciły tu już w minionych dekadach dyktatury wszelkie znaczenie i moc. Tym bardziej, że przez następne miesiące tak naprawdę niewiele się nie działo. Owszem, ów dwuizbowy parlament, zwany Hluttaw, ruszył z obradami pierwszej sesji, ale zajmował się sprawami albo dziesięciorzędnymi, godnymi co najwyżej samorządu (dlaczego w miejscowości X nie naprawiono mostu?), albo popadał w znany rytuał drętwej mowy. Ponadto, dziennikarzy na jego obrady nie wpuszczono, tak jak niegdyś w późnej epoce Ne Wina (bo za Than Shwe żadnego, nawet fasadowego, parlamentu nie było).

Sygnały o tym, że być może jest jednak inaczej, że dzieje się coś nowego, zaczęły napływać stopniowo od czerwca i lipca tego roku. Aung San Suu Kyi najpierw pozwolono na spotkanie z synem, na stałe przebywającym za granicą, potem, właśnie w lipcu, udała się ona, w towarzystwie tegoż syna, który przybył do Birmy raz jeszcze, do starożytnej stolicy państwa - Paganu (Baganu) „jako turyści”. Natomiast 13 sierpnia udała się, już nie jako turystka, do nieodległego (80 km) od Rangunu miasta Pegu (Bago), starej stolicy państwa Mon, gdzie towarzyszyły jej tłumy. Te, wyglądające na spontaniczne, spotkania były jednak starannie wyreżyserowane i wcześniej uzgodnione. Noblistka nie występowała pod egidą NLD, ciągle zakazaną (flagi, logo i bannery tej partii nigdzie się nie pojawiły), jak też starannie unikała komentarzy nt. aktualnej sytuacji politycznej w kraju. Głośne było natomiast jej przesłanie dotyczące narodowego pojednania, tu w Pegu, wyjątkowo donośnie brzmiące i mające dodatkową symbolikę, bowiem Monowie z Birmańczykami przez wieki walczyli.

Kiedy w tydzień później Aung San Suu Kyi w starannie strzeżonym konwoju świeżo oddaną do użytku trasą szybkiego ruchu udała się z Rangunu do nowej stolicy Naypyidaw, by skorzystać z zaproszenia prezydenta do udziału seminarium nt. reform gospodarczych w państwie i tam także spotkać się z nim, a potem jeszcze pogawędzić z małżonką prezydenta, stało się jasne, że dzieje się coś nowego. A co konkretnie?

Jak wyjść z izolacji?

Z dzisiejszej perspektywy wygląda na to, że poszukiwania idą w kilku kierunkach naraz. Pierwszy, kto wie, czy nie najważniejszy, to próba zmiany wizerunku państwa - tak wewnątrz, jak na arenie międzynarodowej. W obu, jak się wydaje, ogromną rolę do odegrania ma w kalkulacjach władz także Aung San Suu Kyi, która też, starannie ważąc swoje racje i możliwości, najwyraźniej tę aktywną rolę przyjęła. Wewnątrz kraju podstawowy problem polega na tym, że sama Aung San Suu Kyi wolność odzyskała, ale w państwie jest nadal ok. 2 tys. politycznych więźniów. Tę sprawę, co oczywiste, wysuwają na plan pierwszy przybywający teraz, coraz częściej, obcy goście. A ich ranga i znaczenie rosną: w początkach czerwca przebywał w Birmie senator John McCain, na przełomie czerwca i lipca australijski minister spraw zagranicznych, a wcześniej premier, Kevin Ruud, a w połowie września odpowiedzialny z politykę administracji amerykańskiej wobec tego państwa Derek Mitchell. Jeszcze do niedawna tego rodzaju wizyty były nie do pomyślenia. A nie są one, bynajmniej, jedyne. Pod koniec sierpnia przebywał w Birmie specjalny wysłannik ONZ, mający za zdanie ocenę sytuacji w dziedzinie przestrzegania praw człowieka i mniejszości w tym kraju, Tomás Ojea Quintana. Oczywiście, podobnie jak inni, na plan pierwszy wysunął kwestię więźniów politycznych. Co otrzymał w odpowiedzi od oficjalnych władz? - że ponad stu z tych około 2 tys. osób, których sprawy podnosił, to „terroryści”, którzy siedzą w więzieniach za ataki bombowe lub użycie broni. Na co Quintana, na oficjalnej konferencji prasowej wysnuł wniosek, że pozostałych ok. 1 900 osób takimi „terrorystami” nie jest i są to po prostu więźniowie polityczni. Nikt tej interpretacji nie zakwestionował!

Więcej. Po ogłoszonym przez prezydenta Thein Seina 16 maja br. akcie łaski na wolność wypuszczono 14 600 osób, ale tylko ok. stu z nich uznano za więźniów politycznych. Następne decyzje mogą okazać się poważniejsze w skutkach, choć wymagają jeszcze stałej oceny i obserwacji. Po pierwsze, od sierpnia, po sześciu latach przerwy, Międzynarodowy Czerwony Krzyż może ponownie nieść pomoc humanitarną (żywność, medykamenty, środki czystości itp.) dla więźniów w Birmie, choć nadal nie uzyskał do nich bezpośredniego dostępu. Po drugie, 5 września powołano do życia Narodową Komisję Praw Człowieka Myanmar. W całości składa się ona z osób zaawansowanych wiekowo, emerytowanych urzędników, akademików i dyplomatów, a nadto, co też w tamtejszych uwarunkowaniach ma duże znaczenie, jest złożona z przedstawicieli wielu mniejszości, nie tylko rodowitych Birmańczyków. Na jej czele stanął przedstawiciel Rakhine (położonego na pograniczu z Bangladeszem) Win Mra. Ta Komisja już zapowiedziała, że będzie współpracować nie tylko z władzami, ale też z Aung San Suu Kyi. Co ta współpraca przyniesie?

Pojednanie - ale jakie?

To, że gremium jest wielonarodowe, odzwierciedla drugi wielki dylemat tego związkowego państwa, na które składa się aż siedem organizmów państwowych i w którym można naliczyć ponad 130 narodowości oraz ponad 200 grup językowych. Część z nich niemal przez cały okres niepodległości, a więc od 1948 r., znajduje się w stałym zwarciu i konflikcie z centralnymi władzami. Birma może poszczycić się najdłużej trwającą wojną partyzancką na globie, w wykonaniu narodu Karenów (Kayin). Również i w bieżącym roku te etniczne napięcia dają o sobie znać. Część ugrupowań odpowiedziała na polityczny apel prezydenta Thein Seina o zawieszenie broni i rozejm, ale inni nie - przedstawiciele górskiego narodu Kayah, na północnym wschodzie, na pograniczu z Chinami, walczą nadal, aż do dziś.

Birma, to językowa wież Babel i etniczna beczka prochu. Wiedzą o tym doskonale władze, wie też o tym Aung San Suu Kyi, stale, od momentu odzyskania wolności, nawołując do „narodowego pojednania”. Wydaje się, że w tej delikatnej, a tak nabrzmiałej i bolesnej kwestii władze liczą na jej aktywność nie mniej niż w stosunkach z zagranicą, gdzie jest ona znana - i ceniona - o wiele bardziej, niż oni wszyscy razem wziąwszy.

I właśnie trzeci największy dylemat z tym się wiąże: jak wyjść z międzynarodowej izolacji, jak pozbyć się statusu pariasa społeczności międzynarodowej? Obecne władze wyraźnie rozluźniły gorset, wpuszczają osoby, których dotychczas nie wpuszczały. Więcej: 17 sierpnia prezydent Thein Sein wezwał osoby na emigracji do powrotu do kraju. Jak dotąd, jak na ironię, pozytywnie odpowiedzieli tylko członkowie zespołu znanego komika Zarganara, skazanego na długoletnie więzienie za pomoc dla ofiar cyklonu Nargis z 2008 r. (oficjalne orzeczenie brzmiało inaczej), którzy przebywali na emigracji w tajskim mieście Chiang Mai. Inni władzom nie wierzą, nie wracają, ale starannie się przyglądają.

Próba dyplomatycznego wyjścia na zewnątrz też, jak dotąd, nie za bardzo się udaje. Szef niższej izby Hluttaw, osoba nr 3 w poprzednim reżimie Thura Shwe Mann, został zaproszony do złożenia wizyty w rosyjskiej Dumie. Innych zaproszeń brak. Natomiast prezydent Thein Sein, nr 4 w poprzednim reżimie, pierwszą wizytę oficjalną w nowej funkcji złożył w Chinach, co też trudno uznać za zaskoczenie, podobnie jak wizyty w Birmie polityków z państw ASEAN (Stowarzyszenia Narodów Azji Południowo-Wschodniej).

Jednak to właśnie wokół ASEAN zdaje się być prowadzona najpoważniejsza dyplomatyczna rozgrywka nowych władz. Wystąpiły one oficjalnie o przewodniczenie temu ugrupowaniu już w roku 2014, chcąc zastąpić Laos, na który akurat wypada kolej w rotacyjnym przewodnictwie. Władze Laosu na taką zmianę już się zgodziły, ale pozostali członkowie ugrupowania mają wątpliwości, bowiem w latach poprzednich Myanmar z tego przewodnictwa sam rezygnował. Dlatego już zapowiedziano dalsze wizyty ważnych polityków państw ASEAN w Rangunie (gdzie nadal znajdują się wszystkiej ambasady obcych państw) oraz Naypyidaw (gdzie znajdują się siedziby władz). Wiele wskazuje na to, że sąsiedzi i państwa regionu skupione w ASEAN na takie, symboliczne, przełamanie izolacji Republiki Związku Myanmar się zgodzą, co jednak będzie zaledwie pierwszym krokiem na trudnej drodze odbudowy zaufania na arenie międzynarodowej, a nie żadnym dyplomatycznym przełomem.

Starzy generałowie medytują

Birma, zwana teraz Myanmar, to nie tylko kraj katastrofy humanitarnej, tragedii wielu narodowości, rządy brutalnej junty i dyktatury, to także kraj klęski gospodarczej, zacofania i biedy. Próba wyjścia z gospodarczej ślepej uliczki i rozszerzenia współpracy ekonomicznej poza sąsiadów, a przede wszystkim sięgających na tym rynku po dominującą rolę Chińczyków, to też, jak można przypuszczać, ważny element w kalkulacjach obecnych władz. Tezę te zdaje się mocno potwierdzać kolejna zaskakująca decyzja prezydenat Thein Seina, który 30 września, powołując się na „wolę ludu”, wstrzymał budowę - przez Chińczyków - kontrowersyjnej tamy i elektrowni wodnej Myitsone w górnym biegu rzeki Irrawaddy.

Czy ten eksperyment, z którym mamy niewątpliwie do czynienia, może się zakończyć? Na razie jest więcej znaków zapytania i niepewności, niż konkretów. Nie wiemy, co dzieje się z poprzednio dwoma najważniejszymi generałami - Than Shwe i Maung Aye. Ponoć siedzą w swych luksusowych willach na wzgórzach Naypyidaw i „medytują”. O czym? Czy prezydent Thein Sein prowadzi swoją nową politykę sam, czy za ich przyzwoleniem?

O żadnym demokratycznym przełomie nie można jeszcze mówić do chwili, gdy więźniowie polityczni nie opuścili swych cel, NLD nadal jest zdelegalizowana, a zmiana prezydenta jest możliwa na podstawie nowej Konstytucji z 2008 r., na mocy której: kandydatów wybierają po jednym obie izby parlamentu, a dodatkowo jeszcze trzeciego przedstawiciele wojska w Hlutttaw (mają tam zagwarantowaną jedna czwartą foteli). Potem obie izby nad trzema kandydatami głosują. Ten, który otrzyma najwięcej głosów, będzie prezydentem, pozostali dwaj zostaną jego zastępcami. Jak widać, o zmianę w parlamencie, zdominowanym przez wojskowych, tych zasiadających w nim oficjalnie w mundurach, jak też tych, którzy przed wejściem do niego mundury zdjęli, jest niemal w każdej chwili możliwe. Innymi słowy: nawet prezydent Thein Sein, inicjator zmian, nie jest, bo w aktualnych uwarunkowaniach być nie może, gwarantem inicjowanych przemian.

Zaufanie - towar deficytowy

W tym kontekście przed najpoważniejszym egzaminem politycznym, bo nie życiowym czy moralnym, jako że takie już wcześniej z nawiązką zdała, zdaje się stawać Aung San Suu Kyi. Jak dotychczas, współpracuje ona, warunkowo, z nowymi władzami, pojawiając się co pewien czas, jednak niezbyt często, na oficjalnych imprezach i reagując na ich zaproszenia. Pod koniec sierpnia publicznie oceniła, że „uważa, iż prezydent chce osiągnąć pozytywne zmiany”. Podobnie sądzi przynajmniej część osób z jej najbliższego otoczenia. Sędziwy, ponad 80-letni, schorowany i mający za sobą długoletni wyroki w więzieniu Win Tin powiedział we wrześniu telewizji Al Jazeera, że „teraz zaczyna mieć nadzieję, że być może dożyje prawdziwych zmian”.

Inni są bardziej wstrzemięźliwi: patrzą, nasłuchują, badają, często nadal krytykują. Nic dziwnego. Po tylu okrutnych doświadczeniach, po niezgłębionej wprost fali kłamstwa, obłudy, cynizmu, ale też okrucieństwa, zła i despotyzmu, najbardziej deficytowym „towarem” w Birmie jest zaufanie, którego po prostu brak. Jak je odbudować? W co wierzyć? I komu wierzyć? Czy można wierzyć w deklarację prezydenta Thein Seina, który w parlamencie 19 sierpnia postawił sobie i parlamentarzystom w Hluttaw jako cel „budowę nowoczesnego i rozwiniętego, demokratycznego narodu”?

Prof. Góralczyk Birmańska puzzle czyli o odwilży część druga

Aung San Suu Kyi, wydaje się, zawierzyła w dobre intencje obecnych władz, choć daje wyraźnie do zrozumienia, że współpracuje z zastrzeżeniami i pod stawianymi przez siebie warunkami. Jej akurat chyba można wierzyć, albowiem jej losy i życiorys jednoznacznie świadczą za nią. Jeśli ona mówi o politycznym i narodowym pojednaniu, to na pewno wie, co mówi, i warto ją wspierać. Podobnie, jak na pewno warto znacznie uważniej obserwować, co się obecnie w Birmie dzieje, bo wreszcie zaczęło się coś dziać.

Wiadomo jednak, także i u nas, że wychodzenie z dyktatury nigdy nie jest proste, że jest to proces trudny i najeżony niebywałymi rafami. Ani ci, którzy dotychczas rządzili, łatwo nie odpuszczają, ani ci, którzy chcą rządzić nie za bardzo wiedzą, jak demokratycznie postępować, bo nigdy ich tego nie uczono. A tym bardziej w kraju tak zróżnicowanym etnicznie i tak biednym, jak też straszliwie w minionych dekadach doświadczonym. Chcąc, by był udany, ten eksperyment musi być rozpisany na lata. Czy jego najważniejszym aktorom wystarczy woli i dalekowzroczności? Same pytania, ale dotychczas takich nie było. To już świadczy o zmianie, choć do ostatecznego celu niezmiernie daleko.



Autor - profesor w Centrum Europejskim UW, b. ambasador w Myanmar, redaktor naczelny rocznika naukowego „Azja-Pacyfik”, w br. wydał książkę „ Złota Ziemia roni łzy. Esej birmański ”.

Komentarzy: 2

decentralizator
10 października 2011 (12:59)
Panie Boże daj im wszystkiego najlepszego
Szanowna Redakcjo , proszę w swoim imieniu o więcej takich artykułów o krajach nie z pierwszego rozdania, to naprawdę ciekawe, tylko musicie w to uwierzyć

Redakcja
11 października 2011 (13:15)
my w to wierzymy
ale nie zawsze się da :)
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Wschodnia Ukraina w ogniu

Wschód Ukrainy to nadal pole walki. W związku z wyborem Petro Poroszenki na stanowisko prezydenta, wiele wskazuje na to, że walka ta nabierze na sile. Separatyści usłyszeli wreszcie, że...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".