Prof. Góralczyk - Birmańska puzzle
    Birma18 · demokracja81 · junty wojskowe13 · dyktatury28
2011-12-08
Birmańska Odwilż: odsłona druga

Birmański odrzutowiec zmian pędzi w najlepsze. Niemal codziennie coś nowego: goście z zagranicy, wzmożona aktywność rodzimego parlamentu Hluttaw, spory w środowiskach opozycyjnych, co z tym fantem zrobić.

Bo tak głębokich zmian jeszcze parę miesięcy temu nikt sobie nie wyobrażał. Któż mógł bowiem przewidzieć, że prezydent Barack Obama zadzwoni do noblistki Aung San Suu Kyi, że amerykański sekretarz stanu - po 56 latach przerwy! - uda się do tego państwa-pariasa, że kierowana przez Aung San Suu Kyi Narodowa Liga na Rzecz Demokracji (NLD) odzyska wyborcze prawa, utracone za bojkot ubiegłorocznych, fasadowych wyborów, a ona sama publicznie zacznie głosić, iż zamierza startować w nieodległych wyborach uzupełniających? O co tu chodzi?
Spróbujmy nieco uporządkować te zdumiewające komunikaty i ułożyć tę birmańską puzzle.

Po pierwsze - wojskowi w cywilnych ubraniach


Jedno jest pewne. Ten proces wszczęli wojskowi spod znaku wszechwładnej do niedawna junty oraz armii, zwanej Tatmadaw, jedynej instytucji w kraju, obok buddyjskiej społeczności Sangha, która w tym kraju dotychczas jako tako funkcjonowała. Zamienili oni teraz mundury w narodowe stroje i twierdzą, że są demokratami. Jak im wierzyć?

nie tylko o więźniów tu chodzi. Jeśli słuszne jest założenie, że podłożem wszczęcia tych zmian była nadmierna ingerencja Chin, traktujących już ten kraj jako swój protektorat, to dalsze losy zainicjowanego procesu mogą mieć daleko idące skutki, tak dla samej Birmy-Myanmar, jak też całego regionu, bo chodzi o wielki obszarem kraj, o ważnym geostrategicznym położeniu, między Chinami a Indiami
Czołową rolę wśród nich, jak się wydaje, odgrywają dwaj politycy, prezydent Thein Sein oraz szef izby niższej Hluttaw Thura Shwe Mann, odpowiednio nr 4 i nr 3 w poprzedniej juncie. Obydwaj oni zapewniają, że chcą prawdziwych reform. Problem w tym, że nie wiadomo, co na ten temat myślą nr 1 i nr 2 w niedawnej juncie - generałowie Than Shwe oraz Maung Aye, teraz na emeryturze. Rządzili oni przecież krajem żelazna ręką. Nie ma wątpliwości, że nadal mają wpływy i możliwości, by niektórym przynajmniej procesom przeciwdziałać. A zwykli członkowie Tatmadaw też z całą pewnością demokratami nie są, więc muszą patrzeć na dokonujące się zmiany z przerażeniem, a co najmniej sceptycyzmem.

Polityczna odwilż w Birmie: Komentuje prof. Bogdan Góralczyk

Jednak przeciwdziałań, jak dotąd, nie widać. A to znaczy, że muszą stać za tym zamysłem jakieś strategiczne kalkulacje. Jakie? O jednej wiadomo. To chęć przełamania ostracyzmu na arenie międzynarodowej. Po części się udało, bowiem ostatni szczyt państw ASEAN (Stowarzyszenia Narodów Azji Południowo-Wschodniej) na indonezyjskiej wyspie Bali zatwierdził wniosek, by Republika Związku Myanmar, jak ten kraj teraz oficjalnie się nazywa, w 2014 r. przejęła - po raz pierwszy od wejścia do tego ugrupowania w 1997 r. - kierownictwo jego pracami. Szybko, jak na wcześniejsze uwarunkowania, doszło też do wizyty Hillary Clinton. Doświadczenia z najnowszej historii tego kraju każą jednak przypominać, że kiedy Amerykanie, licząc na neutralność Birmy wobec Chin i Rosji, w 1966 r. urządzili wizytę państwową ówczesnemu dyktatorowi gen. Ne Winowi, nic ona nie przyniosła. Ne Win niepodzielnie panował w kraju jeszcze 22 lata. Innymi słowy: jedna wizyta, to jeszcze nie przełom.

Czy były i są jeszcze jakieś inne kalkulacje obecnego kierownictwa? Bez wątpienia. Tyle, że ono na ten temat nic nie mówi. Znamy tylko jego werbalne deklaracje, które z dnia na dzień można odwrócić. W tym przypadku Alicja nie przeszła jeszcze na drugą stronę lustra. Dlatego jesteśmy skazani na spekulacje. Jedni sugerują, że władze w nowej stolicy Naypyidaw przestraszyły się arabskiej wiosny. Inni - i tych jest więcej - sugerują, że wreszcie uświadomiono sobie, iż uzależnienie od Chin jest zbyt daleko idące. Zdecydowano się więc na zagrywkę iście geopolityczną, z udziałem Chin i USA, dwóch największych kolosów gospodarczych na globie. Dlatego ten proces jest taki ważny, bowiem mocno wykracza swym znaczeniem poza granice Birmy-Myanmar.

Po drugie - Aung San Suu Kyi


Noblistka przesiedziała w odosobnieniu 15 z ostatnich 21 lat. Stała się ikoną obrony praw człowieka w wymiarze globalnym. Ma taki potencjał moralny, jaki miał bodaj tylko Nelson Mandela po wyjściu z więzienia, a wcześniej Mahatma Gandhi dzięki swym akcjom satyagrahy i ahimsy, a więc moralnego oporu bez użycia przemocy.

Władze w Naypyidaw doskonale o tym wiedzą, dlatego - to kolejny ich cel - najwyraźniej postanowiły do tej swojej rozgrywki włączyć także Aung San Suu Kyi, która w stosunku do Zachodu może być ich największym atutem. Jednakże należy domniemywać, że przywódczyni NLD oraz otaczające ją środowisko, choć nieco w stosunku do zachodzących zmian podzielone, to jednak ją nadal popierające, mają pełną świadomość, z kim mają do czynienia; wiedzą, że są to w istocie ci sami ludzie, co poprzednio. A o tym poprzednim okresie świadczą ich wieloletnie wyroki więzienia i odosobnienia. Czemu więc podejmują tę grę, nadaną z góry? Tego też do końca nie wiemy, nie znając dyplomatycznych depesz, ani szczegółów prywatnych rozmów pani Clinton z Aung San Suu Kyi, a były dwie. Można podejrzewać, a nawet być pewnym, że nadal jedyną gwarancją zabezpieczającą działania noblistki może być Zachód. Gdyby się władzom w Naypyidaw nagle coś „odwidziało”, czego nadal nie można wykluczyć, to wtedy NLD będzie znowu zmuszona sięgnąć do tej „polisy ubezpieczeniowej”.

Załóżmy jednak dobrą wolę władz, że naprawdę chcą one, jak głoszą, demokratyzacji, modernizacji i narodowego pojednania. W tym kontekście, a szczególnie w kwestii ułożenia tamtejszej narodowej mozaiki, udział pani Aun San Suu Kyi też jest niezbędny, co jest jasne i dla władz, i jej samej. Albowiem tylko ona, swym ogromnym i nieskazitelnym autorytetem moralnym może negocjować międzyetniczne rozejmy i porozumienia. Nie będzie o nie łatwo w kraju legitymującym się … najstarszą wojną partyzancką na globie, prowadzona przez naród Karenów nieprzerwanie od grudnia 1948 roku. Inne narody, takie jak Kachin, Wa, czy Shan, prowadzą tę walkę do dziś. Tyle, że część ugrupowań Shan w ostatnich dniach, już na fali obecnej odwilży, podpisało porozumienie rozjemcze. Czy inni pójdą w ich ślady - i na jakich warunkach?

Aung San Suu Kyi tuż po wyjściu z ostatniego odosobnienia w areszcie domowym w listopadzie ub.r. zapowiedziała, że pojednanie narodowe będzie jednym z jej głównych celów. Teraz, w ostatnich dniach, poszła krok dalej; powiada, że wystartuje w nieodległych wyborach uzupełniających do Hluttaw, najpewniej w jednej z biednych dzielnic Rangunu, pozostającego największą, choć mocno teraz zaniedbaną, metropolią tego państwa. Ale tym samym, czego ma świadomość, wchodzi w oficjalne struktury władzy w państwie, a więc zarazem zrywa z dotychczasową strategią moralnego oporu i nieuczestnictwa, na rzecz aktywnego zaangażowania. To wysoka stawka i wielkie ryzyko. Gdyby się jednak udało, mielibyśmy zupełnie inne realia w państwie, także polityczne. Albowiem Birma-Myanmar nie pójdzie chińską drogą autokracji, usuwającej dysydentów i skazującej ich na banicję lub więzienie. Dopóki jest Aung San Suu Kyi, taki scenariusz nie jest możliwy. Szybciej już można się tam spodziewać wariantu tureckiego: sterowanej demokracji, z silną armią w tle.

Po trzecie - USA i Zachód


Zachód nadal stawia warunki. Przede wszystkim ten, że na wolność mają wyjść pozostali więźniowie polityczni. Dotychczas wypuszczono ok. 230, ponad tysiąc z nich nadal znajduje się za drutami. Część z nich pewnie wyjdzie, chociaż toczą się na ten temat twarde negocjacje, jak też zaciekłe spory - także wewnątrz władz w Naypyidaw, które wielu z tych więźniów ciągle postrzegają jako „terrorystów”, gotowych ponownie chwycić za broń lub podkładać bomby. Chcąc nadal skutecznie prowadzić scenariusz odgórnej rewolucji, z jakim, jak się wydaje, zaczynamy mieć do czynienia, należałoby w tej kwestii uciekać od emocji. Jak jednak uciekać w sytuacji, gdy niektórzy z tych więźniów siedzą w celach już od rewolucji 1988 roku, a są wśród nich także mnisi, którzy przewodzili tzw. szafranowej rewolucji z września 2007 roku? Ich dalsze losy będą swoistym papierkiem lakmusowym tego eksperymentu.

Oczywiście, nie tylko o więźniów tu chodzi. Jeśli słuszne jest założenie, że podłożem wszczęcia tych zmian była nadmierna ingerencja Chin, traktujących już ten kraj jako swój protektorat, to dalsze losy zainicjowanego procesu mogą mieć daleko idące skutki, tak dla samej Birmy-Myanmar, jak też całego regionu, bo chodzi o wielki obszarem kraj, o ważnym geostrategicznym położeniu, między Chinami a Indiami. Z tego względu również, a dla niektórych przede wszystkim, obecne zmiany na terenie Birmy-Myanmar są takie interesujące, a potencjalnie nawet ważne.

Po czwarte - sąsiedzi


Ponieważ, jak się wydaje, może chodzić o geostrategiczną układankę, nie bez znaczenia są sąsiedzi Związku Myanmar, a przede wszystkim państwa ASEAN oraz mające tu strategiczne interesy i wpływy Chiny oraz w mniejszym stopniu Indie. ASEAN, jak już wspomniano, zaaprobował zmiany i dał im zielone światło. Indie jeszcze takiego jasnego sygnału nie dały, choć apelowała o to sama Aung San Suu Kyi. Natomiast Chiny, ustami rzecznika tamtejszego MSZ, pozytywnie zareagowały na wizytę amerykańskiej sekretarz stanu w Naypyidaw i Rangunie. Jak należałoby to czytać?

Chyba po prostu, dopóki nie są zagrożone tamtejsze interesy strategiczne Chin, a przede wszystkim budowa w poprzek Birmy ropociągu i naftociągu, znacznie skracających dostawy bliskowschodnich surowców energetycznych do Państwa Środka, dopóty Chiny nie będą reagowały. Dla nich, czemu już od dawna dawały jasno do zrozumienia, podstawowy interes polega na tym, by podminowana etnicznie i biedna Birma nie uległa destabilizacji. A taka groźba, z racji licznych etnicznych konfliktów, ciągle tam istniała. Obecna próba modernizacji tego słabo rozwiniętego państwa idzie dokładnie w przeciwnym kierunku, więc Chiny ją „witają”. Czy jednak będą niezmiennie trwały na tym stanowisku?

Ostateczna odpowiedź na to pytanie, podobnie jak na wszystkie wyżej wymienione dylematy (a łatwo się domyślić, że ich lista jest znacznie dłuższa) zależy jednak przede wszystkim od tego, czy wola dokonania zmian w wykonaniu władz w Naypyidaw jest prawdziwa i zakłada wyjście ze ślepej uliczki, w jakiej dotychczas Związek Myanmar tkwił. Najbliższy czas pokaże tak intencje, jak dalszy kierunek tych zmian. Warto je obserwować, nie tylko w Birmie czy środowisku birmańskiej diaspory, gdzie, co zrozumiałe, zaczynają wywoływać wrzenie. Wygląda na to, że w najbliższym czasie będziemy o tym niemal zupełnie zapomnianym dotychczas państwie jeszcze sporo słyszeli.

Autor - profesor w Centrum Europejskim UW, b. ambasador w Związku Myanmar. W początkach br. wydał książkę „ Złota Ziemia roni łzy. Esej birmański ”.


Komentarzy: 1

Kowal
11 grudnia 2011 (18:06)
mistrzostwo...
jw.
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Wschodnia Ukraina w ogniu

Wschód Ukrainy to nadal pole walki. W związku z wyborem Petro Poroszenki na stanowisko prezydenta, wiele wskazuje na to, że walka ta nabierze na sile. Separatyści usłyszeli wreszcie, że...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".