Prof. Tomasz Stryjek - „W istocie polityce rosyjskiej idzie o Krym”
    Ukraina w UE26 · wojna o Krym8 · Janukowycz51 · Jaceniuk8
2014-03-02
Na temat rewolucji na Ukrainie z profesorem Tomaszem Stryjkiem z Instytutu Studiów Politycznych PAN rozmawia Stefan Kabat.

Żołnierze bez dystynkcji na ulicach Symferopola, foto: E. Arrot, VOA

Ze względu na szybko dokonujące się zmiany sytuacji za wschodnią granicą informujemy, że rozmowa przeprowadzona została 25 lutego, a zaktualizowana została 2 marca.

Stefan Kabat: Panie profesorze – zacznijmy może od tego, co wśród wydarzeń na Ukrainie nas, jako Polaków, interesować powinno najbardziej. Mowa rzecz jasna o zeszłotygodniowej misji ministra Sikorskiego, który wraz z szefami dyplomacji Niemiec i Francji starał się mediować między opozycją a władzą, co zaowocowało podpisaniem porozumienia. Trudno powiedzieć, czy późniejsze wydarzenia były owego porozumienia wynikiem – na pewno było tak choćby w przypadku decyzji Werchownej Rady o przywróceniu Konstytucji z 2004 roku. Jednak cały szereg kolejnych, następujących po sobie błyskawicznie wydarzeń podał w wątpliwość faktyczne oddziaływanie dokumentu na sytuację. Ukraiński dziennikarz Piotr Andrusieczko już kilka godzin po jego podpisaniu kpiąco pytał na Facebooku, publikując zdjęcia z opuszczonej dzielnicy rządowej: „Panie ministrze, z kim pan rozmawiał?”. Wiele osób zarzuca też Sikorskiemu słabe rozeznanie w sytuacji, oceniając jego ostre słowa („albo podpiszecie to porozumienie, albo wszyscy zginiecie”) przez pryzmat późniejszej bezradności władzy. Jakie znaczenie miał więc dokument podpisany 21 lutego? Czy był to moment przełomowy ukraińskiego kryzysu, czy może nic nieznaczący akt, który nieco przypadkowo miał miejsce akurat w chwilę przed tym, jak nieuchronne przemiany zaczęły się materializować?

Prof. Tomasz Stryjek: Oczywiście nie znamy wszystkich okoliczności i faktów, ale wygląda na to, że była to jednak istotna misja. Dziś spotykamy się m. in. z interpretacją, że jej rola była co najwyżej pomocnicza, w dodatku nieprzygotowana, nieprzemyślana, a nawet – przeciwskuteczna.

Ja jednak myślę, że tak nie było. Po pierwsze, chodziło tu o uratowanie twarzy Unii Europejskiej – i to się udało. To oczywiście trochę mało, bo Unia mogła się zaangażować np. dwie doby wcześniej, ale nie zrobiono tego. W efekcie w ten czwartek (20. lutego), kiedy Sikorski jechał pierwszy, a za nim ministrowie Niemiec i Francji, to był moment ostatni, żeby jeszcze w Kijowie UE zachowała twarz – wobec Majdanu, wobec opinii publicznej, ale także aby pozostała w grze.

Po drugie, wydaje się, że ci, którzy twierdzą, że to wyłącznie parlament przesądził o wyniku rewolucji nie przeanalizowali uważnie sekwencji wydarzeń. Jest prawdą, że opozycyjni deputowani wyczuli kruszenie się jedności Partii Regionów i jej podległości Janukowyczowi, w związku z czym postanowili w czwartek zwołać posiedzenie i uzyskać większość bezwzględną, przeciągając członków obozu władzy na swoją stronę. Jednak przypisanie ich działaniu decydującego znaczenia nie może pomijać wpływu tego, co działo się w tym samym czasie, czyli prowadzenia negocjacji przez misję UE w Kijowie. Mam poważne wątpliwości, czy do tego przełomu w parlamencie doszłoby, gdyby tej misji tam nie było. Z pewnością sama wiedza o tym, że rozmowy między trzema ministrami, liderami opozycji o prezydentem Janukowyczem już trwają, choć nikt nie mógł jeszcze przewidzieć ich wyniku, wpływała na świadomość deputowanych. Wiadomo już było, że Janukowycz jeszcze targuje się o szczegóły, ale idzie w stronę porozumienia, w stronę ustępstw, a więc rezygnuje z rozwiązania zbrojnego – a skoro tak, to wśród członków jego partii musiał rysować się następujący wniosek: jest całkiem prawdopodobne, że prezydent zachowa władzę do końca kadencji, ale konfliktu z Majdanem już nie wygra. A jeśli nie wygra, to prędzej czy później stanie przed jakimś trybunałem – po prostu zrobił już tyle, że nie da się tego puścić płazem. Przenosząc ciężar czynnika sprawczego niemal wyłącznie na parlament (znaczenie innego czynnika – samego Majdanu jest poza dyskusją), zapominamy, że przełom w jego pracach miał miejsce już w czasie pobytu misji w Kijowie. Gdyby ona nie przyjechała, to było całkiem prawdopodobne, że strzelanina trwałaby dalej, a parlament pozostawałby nadal sparaliżowany.

Minister Sikorski zachował się na miejscu w sposób o tyle właściwy, że m. in. dawał sygnały miejscowej opinii publicznej, iż on sam – a wraz z nim także Polska i Unia – z nią sympatyzuje. Udał się na miejsce uczczenia zabitych na ulicy Hruszewskiego w styczniu i zapalił znicz. Z całej trójki ministrów uczynił to bodaj tylko on. To też był pewien sygnał dla Janukowycza. Swoją rolę odegrał premier Tusk – zmiana w sposobie mówienia o Janukowyczu między środą o czwartkiem była bardzo wyraźna. Po wydarzeniach na Majdanie w czwartek rano nastawienie negocjacyjne ministrów UE wobec niego wynikało wyłącznie z tego, że nie można było wykluczyć, że w szaleńczym pędzie użyje on jeszcze raz siły.

To tym bardziej prawdopodobne, że u Janukowycza w Meżyhirju znaleziono dokumenty świadczące o planach rozwiązania siłowego. Choć z drugiej strony pojawia się pytanie, czy jakakolwiek służba podporządkowałaby się jeszcze próbie wcielenia owych planów w życie.

To rzeczywiście wątpliwe. Szczególnie, że wysocy wojskowi, którzy mieli dostęp do dokumentów z posiedzeń kierownictwa służb ukraińskich przed uderzeniem w Majdan w czwartek – jednym z nich jest emerytowany gen. Moskal, deputowany Batkiwszczyny– twierdzą dziś, że nie było pełnej zgody wśród podległych dowódców, czy ów plan wykonać. W relacji Moskala pojawia się m. in., obecny na spotkaniach sztabowych, przedstawiciel rosyjskich służb, który twierdził, że plan jest po prostu źle skonstruowany i będzie przeciwskuteczny.

W chwili przyjazdu Sikorskiego do Kijowa niczego jednak nie można było wykluczyć. Wyobraźmy sobie, co odczuwa człowiek, który przybywa do Kijowa w takiej sytuacji. Jest co prawda dyplomatą, ale jest również człowiekiem – widzi, co się dzieje, te dziesiątki zabitych. I odczuwa odpowiedzialność za to, by nikt więcej nie zginął. Stąd pewnie te dramatyczne słowa, które pan przytoczył, a które kilkanaście godzin później jawiły się jako nieadekwatne – w tamtym momencie, w tamtym kontekście wydają mi się jednak zrozumiałe.

Podsumowując, można zatem przywołać przysłowie: „lepiej późno, niż wcale”. Tak było właśnie z postawą Unii Europejskiej wobec Ukrainy.

Wspomniał pan o tym, że Janukowycz zrobił tyle, że nie można puścić mu tego płazem. Pewne doświadczenia – choćby „Pomarańczowej Rewolucji” – polegały jednak na tym, że co nieco poprzednim włodarzom się odpuszczało, choć oczywiście trzeba pamiętać, że tym razem sytuacja zaszła znacznie dalej. Widać jednak, choćby po decyzji o wysłaniu za Janukowyczem listu gończego, że nawet jeżeli po cichu gwarantowano mu nietykalność, to nikt nie zamierzał tych gwarancji dotrzymywać. Ponoć już zwrócił na to uwagę pewien białoruski dyplomata, sugerując na swoim Facebooku, że sytuacja podważa wiarygodność Polaków, Niemców i Francuzów na przyszłość. Czy nie byłoby to wytrącenie sobie narzędzia w potencjalnych przyszłych sytuacjach tego typu?

Nie wiemy, czy cokolwiek zostało Janukowyczowi zagwarantowane – sami ministrowie rzecz jasna odmawiają przyznania, że tak było. I sądząc po tym, jak szybko Janukowycz uciekł, skłonny jestem w to uwierzyć. Na decyzję Janukowycza wpływ miała oczywiście także determinacja Majdanu, który sygnatariuszy porozumienia ze strony opozycyjnej przyjął raczej jako zdrajców, a co najmniej jako „mięczaków”. Ta determinacja sprawiła, że prezydent doszedł do wniosku, iż nie ma już na co liczyć – skoro nie mógł już użyć siły, nie mógł odzyskać już w zasadzie niczego.

Gdyby miał jakieś gwarancje, nie rejterowałby tak gwałtownie. Ta epopeja w ostatnich dniach nie byłaby tak żałosna. Nie byłoby tego arcyżałosnego wideo nagranego następnego dnia gdzieś pod Donieckiem, w którym zrobił z siebie obrońcę ludu. Już wtedy było absolutnie czytelnym dla każdego, że jego wyjaśnienia na temat poprzedniej doby mają się nijak do faktów. Zatem jestem skłonny twierdzić, że gwarancji Janukowyczowi nie udzielono.

Ma Pan rację, że wobec tego co się stało w piątek (21. lutego) wiarygodność Unii jako negocjatora-mediatora w ocenie kolejnych dyktatorów spadła. W tym kontekście myślimy już w zasadzie wyłącznie o Łukaszence, bo tylko jego może to jeszcze dotyczyć w Europie. To rzeczywiście sprawia, że w tym sensie Białorusini są w jeszcze trudniejszej sytuacji niż byli, niestety. To zresztą ciekawy temat – dlaczego tam się na nic nie zanosi, dlaczego Łukaszenka dwa dni po zmianie władzy w Kijowie spokojnie ogłosił, że zamierza utrzymywać dobre stosunki z nowym rządem, podkreślając jak zwykle wątek słowiańskiej wspólnoty i stwierdzając, że „to co się tam wydarzyło, u nas się nie wydarzy”. I trudno mu odmówić racji, bo nic na to nie wskazuje. Choć trzeba zauważyć, że na Majdanie było sporo Białorusinów, jeden z nich był z resztą wśród pierwszych zabitych. Łukaszenka się jednak nie obawia, że cokolwiek przeniesie się na jego „podwórko” – już prędzej takie obawy mogą żywić w Moskwie.

Przejdźmy może teraz do wątku legalności zachodzących obecnie na Ukrainie zmian. Kolejne decyzje – jak skrócenie kadencji prezydenta, przywrócenie Konstytucji z 2004 roku – podejmowane są przez Werchowną Radę pomimo faktu, iż formalnie nie należą wyłącznie do jej kompetencji. Nawet jeśli uważamy, że zmiany idą w dobrym kierunku, to czy możemy uznać, że skoro „wajcha” przestawiona została na korzystną stronę, forma już nas nie obchodzi?

Ma Pan rację, nie możemy się tym nie interesować, choć przestawienie owej „wajchy” akurat w tę stronę nas cieszy. Sam zastanawiałem się w piątek i w sobotę (21. i 22. lutego), gdy przeprowadzane były kluczowe głosowania, dlaczego prowadzący obrady Ołeksandr Turczynow nie dopuszczał do dyskusji nad kolejnymi wnioskami. Potem uświadomiłem sobie, że kierownictwo parlamentu najzwyczajniej w świecie bało się, że izba ugrzęźnie w sporach, przez co nie uda się przeprowadzić koniecznych zmian. A historia im tego nie wybaczy. Gdyby kraj zobaczył, że deputowani się spierają, że wcale nie ma jedności pozwalającej na uzyskanie czasem większości tzw. konstytucyjnej (300 głosów), czasem mniejszej, ale zawsze przynajmniej bezwzględnej, sprawy mogły przyjąć inny obrót w terenie – nie tylko Krym, ale także jakieś inne obwody, gubernatorzy czy jednostki wojskowe opowiedziałyby się za Janukowyczem. I Ukraina znalazłaby się na drodze do rozpadu.

A zatem w świetle litery prawa działania parlamentu nie były do przyjęcia. Jednak z punktu widzenia skuteczności zmiany rewolucyjnej, która – wedle obecnego naszego stanu wiedzy – była zmianą prodemokratyczną, logika tego postępowania jest zasadna. To jest rozumowanie, które zresztą minister Sikorski zaprezentował na Twitterze już w sobotę. Na pytanie, czy zmiany są legalne, odpowiedział, że zmiana marszałka – owszem. Natomiast nie odniósł się do dalszych zmian, dając niejako do zrozumienia, że skoro pierwszy akt jest legalny, to następne również.

Oczywiście niezupełnie tak było, Sąd Konstytucyjny raczej by tej interpretacji nie podzielił. Myślę jednak, że choć litera prawa nie była dopełniona, to jej duch jak najbardziej – choćby dlatego, że większość kluczowych decyzji (w tym o skróceniu kadencji prezydenta i przywróceniu Konstytucji) podejmowana była wspomnianą większością konstytucyjną. Formalnie powinniśmy mieć zapewne do czynienia z procedurą obejmującą zgłoszenie projektu zmiany, następnie trzy czytania, praca w komisjach – to byłyby tygodnie żmudnej roboty. A jak oni mogli debatować kilka tygodni, skoro chodziło o utrzymanie jedności kraju?

Pojawiały się jednak inne zjawiska, które były niedopuszczalne, jak choćby głosowanie na dwie ręce, co było praktyką wcześniej spotykaną w Werchownej Radzie, ale dziennikarze dostrzegali jej przykłady także po przełomie. Dotarły też niepotwierdzone – więc potencjalnie będące pomówieniem, rzekłbym, dywersyjnym – informacje o próbach przekupywania przedstawicieli dawnego obozu władzy, aby weszli do frakcji popierających rząd. Wynikało to z uwarunkowań konstytucyjnych, które nakazują, by większość rządząca formowana była właśnie przez frakcje parlamentarne, nie przez pojedynczych posłów. Jeżeli nie były to pomówienia, to oczywiście zaszkodziły one rewolucji i autorytetowi Rady. Po kilku dniach jednak przycichły.

Same głosowania uznałbym za rzecz, nad których prawną stroną obecnie nie ma co dyskutować. Natomiast ma Pan niewątpliwie rację, bo takiej sugestii doszukałem się w pańskim pytaniu, że tryb pracy parlamentu w tym przełomowym momencie nie przyczynił się do poprawy kultury politycznej na Ukrainie. To zresztą będzie podnoszone przez przeciwników przemian. Już jest podnoszone i przez Janukowycza, i przez Rosję jako sposób delegitymizacji nowego początku.

Wydaje się, że najlepszym wyjściem byłoby podjęcie działań w kierunku samorozwiązania obecnej Rady, choć zapewne nie w takim terminie, aby wybory do niej wypadły wraz z wyborami prezydenckimi (zresztą, w tej chwili na przeprowadzenie tego ze względów formalnych byłoby już zapewne za późno). Dzięki temu, że Rada w przełomowym momencie okazała daleko idącą zgodność (w niektórych głosowaniach niemal jednomyślność), pozostała swoistym gwarantem stabilizacji. Jednak po wyborach prezydenckich nie powinna czekać do końca kadencji, ale doprowadzić do nowych wyborów, np. na jesieni, i dopiero wówczas rozpocząć prace nad nową Konstytucją, które potrwałyby pewnie mniej więcej do lutego. To byłoby rozwiązanie idealne, po roku mielibyśmy zamknięcie cyklu rewolucyjnego, wraz z pełną legitymizacją nowego porządku. Boję się jednak, że parlamentarzyści nie będą chcieli na to pójść.

To byłoby ważne dla międzynarodowej, ale i wewnętrznej legitymizacji nowych rozwiązań – bo przecież także większość opinii publicznej (przyjmuję tu w uproszczeniu, że w tej chwili wyrażają ją siły skupione na Majdanie) zapewne jest zwolennikiem tego, by parlamentarzyści poddali się weryfikacji wyborczej. Zresztą, takie głosy pojawiły się już chwilę po podpisaniu porozumienia. Tym bardziej, że w obecnej Radzie nadal aktywne będą przecież frakcje okołooligarchiczne – Dmytro Fyrtasza i Rinata Achmetowa. Z punktu widzenia ludowego poczucia sprawiedliwości, które „niosło” Majdan do walki, jest rzeczą bardzo wątpliwą, by obecna rada miała utrzymać się do końca kadencji.

Do wyborów mogłaby utworzyć się jakaś nowa formacja – szczególnie wobec faktu, że w oczach Majdanu praktycznie wszystkie stronnictwa parlamentarne są niewiarygodne, choć nikłe zaufanie do partii nie jest na Ukrainie nowością. Także wypuszczona z więzienia Julia Tymoszenko, mimo bycia de facto męczennicą systemu Janukowycza, nie została przyjęta zbyt ciepło. To dobry moment, by szerzej nawiązać do tej postaci – zarówno polityka Unii w jej sprawie, jak i chociażby głośna książka Marii Przełomiec „Tymoszenko. Historia niedokończona” świadczyły dość jednoznacznie, że przed byłą premier istnieje jeszcze polityczna przyszłość. Czy reakcja Majdanu na jej przemówienie ową przyszłość przekreśliła?

Oglądałem przemówienie Julii Tymoszenko na Majdanie na żywo i miałem wrażenie pewnej nienaturalności. To, skąd się to poczucie bierze, jest trudno uchwytne. Pojawiły się głosy, że chodzi przede wszystkim o to, że była premier nie przeprosiła za to, iż była częścią pomarańczowej elity, która zmarnotrawiła kapitał rewolucji z 2004 roku, a także kreowała się na uczestniczkę obecnych protestów, a nawet gwaranta nowych rozwiązań. W jej wystąpieniu pobrzmiewała także sugestia, że to jej należy się stanowisko prezydenta.


Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
Wschodnia Ukraina w ogniu

Wschód Ukrainy to nadal pole walki. W związku z wyborem Petro Poroszenki na stanowisko prezydenta, wiele wskazuje na to, że walka ta nabierze na sile. Separatyści usłyszeli wreszcie, że...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".