Prosto z Irlandii - lądowanie w Dublinie
    Irlandia28 · emigracja zarobkowa14 · z życia wzięte67
2013-06-10
Po dwóch godzinach samolot rozpoczął przygotowania do lądowanie, a po piętnastu minutach zobaczyłem światła Dublina. Lądowania było łagodne i nieprzyjemne. Do dzisiaj nie znoszę tego momentu, kiedy samolot zbliża się do lotniska.

Nowy terminal lotniska w Dublinie, foto Maciej Wysocki

Domy i samochody wydają się być na wyciągnięcie ręki. Ja mam wrażenie, że samolot zaraz się zatrzyma i „przyglebi„... brrr. Ale nie, on nie rozbija się o pobliskie domy, tylko bardziej lub mniej łagodnie ląduje. Tak było i tym razem. Samolot jeszcze kołował, gdy pasażerowie rzucili się do schowków na podręczne bagaże, czym skutecznie zapchali całe przejście. Zrobił się korek, sytuacja patowa. Kto komu ustąpi ? Kto pierwszy wyjdzie?

Spojrzeliśmy z żoną po sobie i bez słów zgodziliśmy się, że zostajemy na miejscach i czekamy na rozwój wypadków. Po paru wojnach i mniejszych potyczkach, zwycięzcy opuścili pokład samolotu jako pierwsi, a my, ciągnąc się w ogonie, ruszyliśmy za peletonem. Wiedzieliśmy jedno - nie wolno nam było stracić ich z oczu (takie wytyczne dostałem od szwagra), aby wiedzieć gdzie iść. Długim korytarzem, powiedziałbym nawet - bardzo długim korytarzem, z ruchomymi chodnikami i schodami, dotarliśmy do punktu kontroli dokumentów. Dwóch pograniczników ze znudzeniem witało gości, spoglądało na „glejty„ i z uśmiechem (tzw. bananem) oddawało je kolejnemu przybyszowi. Znowu korytarz, znowu zakręty i ukazała nam się dość duża hala z kilkunastoma taśmociągami do odbioru bagażu, który podróżował w luku samolotu. Ludzie się rozpierzchli, a ja stanąłem na środku i z przerażeniem próbowałem zgadnąć gdzie są nasze bagaże. W amoku, który mnie ogarnął, biegałem od jednego taśmociągu do drugiego, próbując znaleźć nasze torby. Już raz prawie mi się udało i po krótkiej szarpaninie z żoną, z triumfem w oczach zdjąłem torbę z taśmociągu. Pomimo dalszych protestów żony, a w celu upewnienia się, że moja mała kolekcja aparatów dotarła nieuszkodzona otworzyłem ją i…? Dupa.

W środku nie było niczego, co mogłoby należeć do mnie! Rozejrzałem się dyskretnie dookoła i odstawiłem torbę na taśmociąg. Moja znajomość języka angielskiego ograniczała się do kilku słów, takich jak : Hi, hello, thank you very much no i oczywiście ”oxycort” !!! Uzbrojony w taką „wiedzę” ruszyłem na poszukiwanie pomocy. Chciałbym tylko nadmienić, że nigdy nie bałem się wyzwań, ale tym razem wydawać by się mogło, że chyba lekko przegiąłem. Ale nie! Głupi ma zawsze szczęście. Swoim „bystrym”, acz lekko skołowanym wzrokiem obmiotłem halę i... wziąłem głęboki oddech. Systematycznie zacząłem czytać napisy nad kolejnymi kontuarami „ Lufthansa” - chyba nie, „Hertz” - raczej też nie udzieli mi pomocy. I tak systematycznie odczytywałem kolejne znane i nieznane mi nazwy firm. Po chwili - jest! Bingo, jak wół stało napisane „Ryanair” - czyli mój przewoźnik!

Uzbrojony w swoją „ biegłość w języku angielskim” ruszyłem ku upatrzonej ofierze. Po drodze uzmysłowiłem sobie, że znam więcej angielskich zwrotów wyniesionych z sal kinowych takich jak: „you talking to me” - z „Taksówkarza”, „Get out” - z większości filmów, czy chociaż by „fuck you” - z każdego amerykańskiego filmu. Niestety nie dostrzegałem ich przydatności w mojej sytuacji.

Stanąłem przed przedstawicielką moich tanich linii lotniczych i... w przypływie geniuszu użyłem międzynarodowego języka - nie, nie esperanto - M I G O W E G O! Tutaj przypomina mi się stary dowcip, który opowiadał mój tata wujkowi, czy może odwrotnie... nie ważne, ale go przytoczę:

Z głębokiego Zadupia przyjechał stary Żyd do Warszawy. Przechadza się po mieście i pełen podziwu cmoka co i rusz. W pewnym momencie zatrzymuje się przy skrzyżowaniu i przygląda się policjantowi, który kieruje ruchem samochodów wymachując przy tym rękoma. Po dłuższej chwili nie wytrzymuje (ten Żyd). Przeciskając się pomiędzy samochodami dochodzi do policjanta i pyta: Proszę mi powiedzieć, z kim Pan rozmawia?

A ja niczym ten policjant, zacząłem wymachiwać rękoma, próbując wytłumaczyć pani w niebieskim uniformie i z uśmiechem na twarzy złożoność mojego problemu. Do dzisiaj nie wiem, czy to ja wywołałem ten uśmiech, czy może był to uśmiech służbowy? Nieważne. Ważnym jest fakt , że w końcu musiałem użyć jakiegoś słowa i padło „ Łódź”, bo stamtąd przylecieliśmy. I to mnie uratowało. Pani, czystą Polszczyzną, z dużą ulgą i nadal z uśmiechem na twarzy powiedziała, że najprawdopodobniej będzie to stanowisko 7. Zasugerowała też jednak, żebym dla pewności przeczytał na niebieskim monitorze wiszącym przed każdym taśmociągiem - tam właśnie wyświetla się numer lotu i miasto, z którego ten lot się odbył. Ja również czystą Polszczyzną, podziękowałem i ruszyłem na dalsze poszukiwania, jak się okazało - owocne. Bagaże odzyskane !!!

Świat się zna. W końcu parę filmów się oglądało i wiedza wyniesiona z sal kinowych podpowiedziała mi, że na normalnych lotniskach są wózki bagażowe ( piszę - na normalnych, bo na ówczesnym łódzkim, gdyby były, to już by nie wystarczyło miejsca dla pasażerów). Po załadowaniu wózka bagażami rozejrzałem się za jakimś wyjściem i tutaj w sukurs przyszła moja „przepastna” znajomość języka angielskiego. Zobaczyłem drzwi, a nad drzwiami napis „ Entry”. Drzwi się rozstąpiły, niczym wody Morza Czerwonego i po chwili wpadliśmy w objęcia komitetu powitalnego, złożonego ze szwagra i szwagierki.

Potem już tylko parking i trasa - jakieś 200 km z małym hakiem. Z całej podróży do Letterkenny - mojego nowego zadupia - zapamiętałem dwie rzeczy. Jako pierwszą - zamknięte nocą stacje benzynowe i drugą - ograniczenie prędkości w terenie zabudowanym do 100 km/h. I nie byłoby w tym nic dziwnego, bo „kto bogatemu zabroni?”, gdyby nie fakt, że tutaj nie da się określić co to jest teren zabudowany! Nie występują tu tablice, które by o tym informowały. Tak przynajmniej jest na 95% przebytej trasy. Jest co prawda odcinek drogi Dublin – Letterkenny, jakieś 30 km długości, gdzie wielki znak zabrania kierowcom przekraczać rzeczonych 100 km/h. Ale problem polega na tym, że normalni kierowcy pokonują go z prędkością 60-u km/h, młodzi szaleńcy w sportowych autach 80-u km/h, a 100 km/h lub więcej uzyskałby (być może) Sebastien Loeb... dziewięciokrotny Mistrz Świata w Rajdach Samochodowych (bo Kubica to już by chyba nie dałby rady, z całym szacunkiem dla jego możliwości).

I tak około drugiej w nocy drugiego grudnia roku Pańskiego 2007 wylądowałem w Letterkenny, Co. Donegal - mojej nowej małej „ ojczyźnie”...
cdn. Żegnam się z Państwem.


Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
O Instytucie „Pamięci Narodowej”, czyli Polaków problemy z pamięcią oraz historią

Mało jest sporów w polskiej przestrzeni publicznej, które wzbudzałyby równie wielkie emocje jak kwestie historyczne. Chociaż renoma historii, jako nauki grzebiącej w dawnych dziejach i...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".