Prosto z Irlandii - o sporcie narodowym
    Irlandia28 · emigranci4 · emigracja zarobkowa14 · z życia wzięte67
2013-08-12
Konia z rzędem temu, kto zgadnie: co jest sportem narodowym Irlandczyków?

Ci bardziej „światowi” czyli oczytani i „naoglądani” telewizji lub posiadający rodzinę, czy też przyjaciół na tej dziwnej wyspie, pewnie powiedzą: hurling! Niestety ta dyscyplina jest na drugim miejscu na mojej liście. Proszę zgadywać dalej! Wielu w tym miejscu wspomni o połączeniu koszykówki, piłki nożnej, rugby i siatkówki, a wszystko w jednym czasie i w jednym miejscu? To coś nazywa się futbol galeick, ale ja stawiam go na trzecim miejscu podium. Zatem może Rugby?

Otóż nie! Dałbym mu pierwsze miejsce... ale już poza podium. Pozostaje w takim razie zwykła piłka nożna, ale nie (pomyśleć że w lutym „kopacze nieposiadający swojej ligi” dokopali naszym internacjonałom i gwiazdom polskiej ligi). No cóż. Nie będę Państwa dalej trzymał w niepewności i ogłaszam wszem i wobec, że sportem narodowym Irlandczyków jest... koszenie trawy!

W Irlandii wszyscy koszą wszystko, co zielone. Gdyby zabrało się im kosiarki, pewnie kosiliby nożyczkami. Wyjątkiem szczęśliwie pozostają pastwiska, dzięki czemu wszelka "gadzina”, która z tych pastwisk korzysta, ma co jeść, a zgodnie z zasadami łańcucha pokarmowego to i my mamy co do gara włożyć, albo na grillu przyrządzić.

Jak w każdym sporcie, tak i w tym przypadku są zawodowcy, pół-zawodowcy i amatorzy, a wszyscy razem i każdy z osobna chcą zarobić kasę. Sezon się rozpoczyna najczęściej w kwietniu, czasami nawet z końcem marca i trwa do końca października lub listopada i jest uzależniony od warunków pogodowych.

I tak:

1. zawodowcy – bardzo łatwo ich rozpoznać - jeżdżą starymi Fordami Transitami i ciągną za sobą przyczepki ze skoszoną trawą i samobieżnymi czterokołowymi kosiarkami, których wartość w zasadzie przekracza wartość wspomnianego transita, przyczepki i trawy razem wziętych. Zawodowcy mają podpisane kontrakty na koszenie większych trawników na osiedlach domów jednorodzinnych, zarządzanych przez landlordów (posiadaczy nieruchomości) lub zawiązane w celu dbania o czystość, ład i porządek wspólnoty mieszkaniowe (ci, którzy mieszkają w Irlandii pewnie zdrowo się uśmieją, bo „czystość, ład i porządek” w Irlandii to temat na oddzielny tekst). Oczywiście, jak to zawodowcy, nie gardzą premiami w postaci zamówień „ Last minute”.

2. pół- zawodowcy – tę grupę kosiarzy też łatwo rozpoznać na ulicy, a to dlatego, że jeżdżą osobówkami z otwartymi bagażnikami, z których wystają nieduże spalinowe kosiarki. Ci najczęściej nie są nigdzie zarejestrowani ani zrzeszeni i zadowalają się zleceniami „Last minute” i grupą landlordów, którzy są starzy, chorzy lub leniwi i posiadają niewielkie zielone poletka.

3. Amatorzy – wywodzą się z dzieci lub wczesnej młodzieży (bo ta późniejsza zajmuje się wydawaniem, a nie zarabianiem pieniędzy). Chodzą po osiedlach ze starą, zdezelowaną kosiarką, pukają do drzwi i oferują swoje usługi za połowę przyjętych stawek, a czasami nawet mniej. Najczęściej działają w grupach kilkuosobowych (dlaczego chodzą tak całą zgrają - jeszcze nie rozgryzłem, ale być może wtedy mają więcej odwagi. A i wymieniając się przy kosiarce starają się mniej zmęczyć). Koszą beznadziejnie, bo nie są w stanie zapanować nad samobieżnymi kosiarkami, które rzucają nimi w każdym kierunku, byleby nie po prostej. Trawę zostawiają byle gdzie. Mogą nawet, jak się nie ma nic naprzeciw, wywalić przed drzwiami wejściowymi do domu. Po skorzystaniu z ich usług mamy dwie opcje: a) nie patrzeć na trawnik do następnego koszenia i posprzątać walającą się wszędzie trawę lub b) zapolować na auto z wystającą kosiarką.

Pozostają jeszcze hobbyści. Dla nich sto metrów trawnika jest czymś więcej niż zieleniną do skoszenia. To jest dzieło sztuki!!! Należy o nie dbać bardziej, aniżeli o polskie BHO ( Bóg, Honor, Ojczyzna)

4. na końcu tego łańcucha pozostają jeszcze gdzieniegdzie gnębione przez rodziców dzieci, które muszą kosić za free (taka mała niesprawiedliwość dziejowa).

Krótko mówiąc... Boże, ratuj. Na zewnątrz nieznośne 30 stopni Celsjusza. Drzwi i okna pootwierane na przestrzał i życie umila nam nieznośny jazgot podkaszarek, kosiarek i wszystkiego, czym można ciąć trawę. Wyszedłem na papierosa (bo w domu nie palę - żal mi żony i kotów) i co widzę? Auto z wystającą z bagażnika kosiarką (half-professional – ciekawe czy w języku angielskim jest takie określenie?) No cóż. Nie pozostaje mi nic innego jak pożegnać się z Państwem słowami... tak, dokładnie - profesora Jana Tadeusza Stanisławskiego: „i to by było na tyle”.




Chcesz odnieść się do stanowiska autora, chcesz polemizować, skomentować ten tekst? A może chciałbyś Drogi Czytelniku napisać na inny temat?
Jeżeli jesteś zainteresowany i zdecydowany przeczytaj nasz anons dotyczący współpracy redakcyjnej lub od razu napisz i wyślij do nas swój materiał na adres: redakcja@mojeopinie.pl. Odezwiemy się szybko!!

Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
O Instytucie „Pamięci Narodowej”, czyli Polaków problemy z pamięcią oraz historią

Mało jest sporów w polskiej przestrzeni publicznej, które wzbudzałyby równie wielkie emocje jak kwestie historyczne. Chociaż renoma historii, jako nauki grzebiącej w dawnych dziejach i...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".