Prosto z Irlandii - o uprzejmości
    Irlandia28 · z życia wzięte67 · emigranci4
2013-07-05
Dzisiaj będzie o uprzejmości. Chronologia mojej historii będzie trochę zachwiana, choć nie do końca. Temat dzisiejszego tekstu podsunęli mi policjanci z Enniskillen. Już spieszę z wyjaśnieniami.

We wspomnianym miasteczku byłem w poniedziałek. Jako że głównie zajmuję się robieniem zdjęć, za zadanie miałem obfotografować ewentualne zamieszki antyglobalistów. Właśnie we wspomnianym Enniskilen odbywał się Szczyt G8. Internet aż huczał od plotek i doniesień o policji zaangażowanej w ochronę tego spotkania: w sukurs Północno Irlandzkiej Policji wyjedzie 800 przedstawicieli Gardy (Garda to inaczej rzecz ujmując Irlandzka Policja - z Angolami nie chcieli mieć nic wspólnego, to i nazwę zmienili). W każdym razie z wody, powietrza i ziemi będą chronić najważniejszych tego świata i tubylców przed wichrzycielami: zielonymi, IRA i ogólnie przed wszelkim złem. Uzbrojony w odblaskową kamizelkę z napisem „ Media Press” ( żeby mnie nie spałowali) i w legitymację prasową (ta miałaby mnie chronić przed zapuszkowaniem) pojechałem, gotowy rzucić się w wir wydarzeń, dać mu się ponieść i przy okazji zapisać to dla potomnych na karcie pamięci mojego aparatu.

Na miejscu byłem około dziewiątej rano. Po drodze żadnych obiecanych punktów kontroli. Na wszelki wypadek posprzątałem auto, żeby szkolone psy nie wyczuły zapachu gazu z zapalniczki (innych materiałów wybuchowych nie posiadam). Wszak strzeżonego Pan Bóg strzeże. Zatem błąkam się samochodem po miasteczku szukając czegoś ciekawego. Oprócz policjantów, fotoreporterów i wozów transmisyjnych, będących własnością wszelkiej maści stacji telewizyjnych, nie było żywego ducha, a ewentualnych protestujących… zapomnij. Przewinęło się paru autochtonów. Reszta była już w pracy albo odsypiała weekend. Znalazłem parking, tak na wszelki wypadek na uboczu i w sąsiedztwie wozów bojowych policji. Byłem święcie przekonany, że zaraz podejdą i skontrolują, czy przypadkiem nie mam bagażnika wyładowanego C4. Ale nie! Cisza i spokój.

Plecak ze sprzętem na plecy, aparat w rękę i ruszam do pracy. Po jakichś dwudziestu metrach widzę pierwszych dwóch policjantów w pełnym rynsztunku, z długą bronią. Zbliżam się do nich i co słyszę? Pełna uprzejmość – od pierwszego „Hi” a od drugiego „Morning”. Jako człowiek starej daty, dobrze wychowany, aczkolwiek sytuacją lekko zaskoczony pierwszemu odpowiedziałem „Morning”, a drugiemu „Hi”. Nic to, idę dalej. Po paru metrach spotykam następnych dwóch, ale już standardowych policjantów. Na wszelki wypadek patrzę im prosto w oczy i czekam. Tym razem słyszę „Hello” i „How are you”, a ja im na to zwykłe „Morning” (szlag by to trafił, znowu nie trafiłem z powitaniem). Nie ważne… uśmiechy na mordkach były? Były!

Tutaj jestem winien wyjaśnienia - są cztery powitania, które można usłyszeć rano: Hi (cześć), „How are you” (jak się masz), „Hello” (witam w wolnym tłumaczeniu) i „Morning” (po prostu rano). Ach, zapomniałbym o piątym, które jest pełnym rozwinięciem czwartego, czyli „Good Morning” (dzień dobry) – to ostatnie używane w zasadzie tylko w urzędach, a i to sporadycznie. Wierzcie mi, bądź nie wierzcie - mieszkam tu już prawie sześć lat i do dzisiaj nie wiem, którym zwrotem zostanę przywitany. Chociaż w zasadzie nie ma większego znaczenia jak odpowiemy na powitanie tubylca. Wszelkie kombinacje dozwolone. Ja osobiście tylko w urzędach wyczekuję, czy będzie dzień dobry. Bo czym zostanę przywitany, tym samym odpowiadam (o ile uda mi się trafić). Nikt tutaj nie wyczekuje kto pierwszy się ukłoni, każdy się kłania każdemu i dla pełnej jasności w 90 % z uśmiechem na twarzy. Pozostałe 10% nie wita się i nie uśmiecha. To są zwykle nowi imigranci z całego chyba świata (wg ostatniego spisu ludności w Irlandii są przedstawiciele 200 narodowości).

Troszkę odjechałem od tematu, zatem pośpiesznie doń wracam. Gdy już mnie przywitali wszyscy policjanci - zarówno ci z drogówki, jak i ci do rozpędzania zamieszek - okazało się, że przemaszerowałem już większą część miasteczka. Pozostało mi wrócić do samochodu z kilkoma fotkami z przygotowań do obrony miasta przed, jak mi się wydawało, najazdem tysięcy przeciwników globalizacji. Policjanci nie wiedzieli (bo ich pytałem), jak liczna będzie armia walczących o moje lepsze jutro, kiedy nadciągnie i o której nastąpi zmasowany atak. Ale byli czujni (policjanci). Uzbrojeni byli co prawda w broń, ale jednocześnie też w uprzejme uśmiechy. Witali się ze wszystkimi, włącznie z psami, a także kaczkami z pobliskiego jeziora. Wróciłem więc do samochodu.

Policjanci dokarmiają kaczki podczas szczytu G8, foto Maciej Wysocki Policjanci dokarmiają kaczki podczas szczytu G8, foto Maciej Wysocki

Słońce grzało niemiłosiernie. Było chyba ze dwadzieścia stopni na plusie, tutaj traktowane jak tropikalne upały. Pozostało mi zastanowić się - co dalej. Przyjechałem po sensację, zadymę, aresztowania, krew na ulicach - a tu co? Miło, sielsko i anielsko. Atmosfera piknikowa. W samochodzie zjadłem kanapkę zabraną z domu (po tym też się rozpoznaje naszych krajan. Irlandczycy jedzą tylko w punktach gastronomicznych, które są wszędzie - zaczynając od sklepów, poprzez stacje benzynowe i przydrożne mobilne punkty sprzedaży ryb i frytek, na barach i knajpach kończąc) i zacząłem się zastanawiać - co dalej? Wraz ze swoimi rozterkami przeniosłem się na tylną kanapę w samochodzie i… usnąłem. Po mniej więcej dwugodzinnej drzemce zwlokłem się, wypiłem powera i wróciłem do miasteczka. I rzeczywiście, coś się miało wydarzyć. Rozpoznałem to po ilości fotoreporterów, którzy liczebnie przewyższali widzów, a i ci razem wzięci jeszcze nie dorównywali siłom porządkowym.

I faktycznie, po paru minutach nadjechała kolumna motocykli i samochodów. Wszyscy grzecznie stali na chodniku. Pojawiła się jedna flaga amerykańska - i to nie bez powodu, bo w kolumnie jechały samochody z Barackiem Obamą, który wracał z krótkiej wizyty w Belfaście. Kolumna przemknęła... gapie, fotoreporterzy i policjanci rozpierzchli się i znowu zrobiło się cicho i spokojne. Wszyscy byli mili dla wszystkich, włączając w to ptactwo wodne z pobliskiego jeziora, dokarmiane jak wcześniej wspomniałem przez autochtonów, policję i przyjezdnych. Byłem coraz bardziej wkurzony na ten ich spokój, luz i przyjacielskie nastawienie do całego świata. Przyjechałem zrobić mocny materiał z zamieszek. Pełen desperacji zacząłem rozpytywać miejscowych, czy czegoś nie wiedzą. Nie! Nie wiedzieli.

Zamówiłem więc obiad na stacji benzynowej (bo tutaj obiady nazywają lunch a kolację diner czyli obiad i najczęściej jadają go właśnie na stacjach benzynowych). Pani, która mnie obsługiwała, jak się okazało była Polką, a zapytana o widoki na antyglobalistów, pogrążyła mnie mówiąc, że owszem będzie marsz, ruszy pod podmiejską biblioteką o 7 PM (znaczy wieczorem). Ale żebym na nic nie liczył, bo tutaj mieszkają spokojni ludzie. Pozostało mi liczyć na przyjezdnych... ale przyjezdni nie przyjechali, uznając pewnie, że jak się będą musieli wszyscy ze wszystkimi przywitać, pozdrowić i uśmiechnąć, to już im nie wystarczy czasu na protesty i mogą nie zdążyć do Berlina, żeby oprotestować wizytę Obamy w Niemczech. Na godzinę przed rozpoczęciem wspomnianego protestu stawiłem się w miejscu zbiórki. Widok, który zastałem nie napawał mnie optymizmem. Stroną liczebnie przeważającą byli fotoreporterzy. Z czasem przybyło jeszcze trochę przeciwników Szczytu G8. O godzinie 19.00 kolumna składająca się może z 300 zbłąkanych dusz ustawionych w należytym porządku, a prowadzona przez 1 (słownie jeden) samochód policyjny i może 5-6 przedstawicieli stróżów prawa, ruszyła ogłaszać całemu światu swoje poglądy polityczne, gospodarcze i ekonomiczne.

kolumna policyjnych aut podczas szczytu G8, foto Maciej Wysocki Kolumna policyjnych aut podczas szczytu G8, foto Maciej Wysocki

Przez dłuższą chwilę zastanawiałem się, skąd znam ten widok. Hasła, flagi, transparenty… i nagle mnie olśniło. To był wypisz wymaluj pochód pierwszomajowy (okres późny Gierek). Jedyna różnica polegała na tym, że w czasie pochodów w Polsce ówcześni milicjanci i SB-cy chodzili w cywilu, jako uczestnicy pochodów pilnując porządku. W opisywanym pochodzie policjanci byli nieutajnieni i też pilnowali porządku. Na trasie było kilka grupek znudzonych i spoconych (w pełnym rynsztunku bojowym w absolutny upał) sił szybkiego reagowania. Jak się później okazało - przydali się. A właściwie jeden z nich. Musiał przywołać do porządku pijanego tubylca, który wybiegł z pubu w samych slipkach, zasłoniętych od przodu i przy użyciu pachołka drogowego, który miał robić za megafon, ogłaszał wszem i wobec swój stosunek do otaczającej go rzeczywistości. A że możliwości percepcyjne miał mocno ograniczone po wlanych w siebie Guinnessach, nikt nie rozumiał czy chodziło mu o politykę gospodarczą, rolną, rodzinną, czy miał po prostu wszystko i wszystkich w dupie i zwyczajnie zapragnął to ogłosić całemu światu, korzystając z tak licznego grona przedstawicieli mediów.

Pijany Irlandczyk podczas szczytu G8, jedyny incydent w mieście, foto Maciej Wysocki Pijany Irlandczyk podczas szczytu G8, jedyny incydent w mieście, foto Maciej Wysocki

Tak… to był jedyny incydent w trakcie tego protestu. Obszedłem z tą „procesją” całe miasteczko, ale gdy oni postanowili zwiedzać okoliczne atrakcje turystyczne, ja powiedziałem sobie - dość! Spakowałem sprzęt i wróciłem do domu. Po powrocie przejrzałem materiał i stwierdziłem, że nadawałby się do „Trybuny Ludu”, a nie dla krwiożerczych, współczesnych mediów. I jak tu w tej Krainie Łagodności zrobić coś mocnego?

Żeby nie było, że Irlandia to utracony Eden, w drugiej części ten temat rozwinę. Będzie o uprzejmości i jej wykorzystywaniu dla celów prywatnych i o tym, gdzie się kończy uprzejmość, a zaczyna „prywatny interes”.

Żegnam się z Państwem słowami Profesora J.T. Stanisławskiego „I to by było na tyle”.




Chcesz odnieść się do stanowiska autora, chcesz polemizować, skomentować ten tekst? A może chciałbyś Drogi Czytelniku napisać na inny temat?
Jeżeli jesteś zainteresowany i zdecydowany przeczytaj nasz anons dotyczący współpracy redakcyjnej lub od razu napisz i wyślij do nas swój materiał na adres: redakcja@mojeopinie.pl. Odezwiemy się szybko!!

Komentarzy: 4

Bogdan
5 lipca 2013 (21:14)
no to właśnie dobrze ten pokazuje (choć nieco grafomański)
jak to jest z tymi przekazami medialnymi, z tym wichrzycielstwem anarchistów. Generalnie Guinesi pokazali, że mają w dupie wielką politykę i poszli do pubu zjeść lunch. Choć podejrzewam jednak, że wielu Irlandczyków jednak teraz je go w domu. Choć obiad to nie lunch w zasadzie. Lunche je się na mieście.

Bolton
7 lipca 2013 (17:33)
słabe to pod względem pióra
ale treść ok. fajnie wyszło

AndrzejK
7 lipca 2013 (18:19)
no to właściwie całkiem udane opowiadanko, fakt słabo z piórem
ale zabawne to wszystko. Ciekawe czy golas zostanie oskarżony o terroryzm?

Kozak
10 lipca 2013 (12:33)
dobre podoba mi się...
i śmieszno i straszno...ale jak autor dostał presspack?
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
O Instytucie „Pamięci Narodowej”, czyli Polaków problemy z pamięcią oraz historią

Mało jest sporów w polskiej przestrzeni publicznej, które wzbudzałyby równie wielkie emocje jak kwestie historyczne. Chociaż renoma historii, jako nauki grzebiącej w dawnych dziejach i...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".