Przedszkolaki, polityka i pieniądze
    edukacja29 · Oświata1 · demografia13 · polityka prorodzinna8
2011-09-14
Czwartkowy poranek 8 września zapowiadał się spokojnie, wręcz leniwie. Odwiozłam syna do szkoły, usiadłam w fotelu, włączyłam TVN 24 i zaczynałam zasypiać.
W pewnym momencie z ust prowadzącego Poranek padły słowa – za chwilę konferencja Prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. Na ekranie zamiast wspomnianego Prezesa zobaczyłam scenę z zabawkami i dziećmi w rolach głównych. A gdzie Prezes? Cała sprawa zaintrygowała mnie na tyle, że po raz pierwszy w życiu postanowiłam posłuchać wypowiedzi polityka na żywo. I się zaczęło…

Cała senność czwartkowego poranka przeszła mi natychmiast, kiedy z ust Jarosława Kaczyńskiego posypały się gromy na nowy system rozliczania pobytu dzieci w przedszkolach. Temat jest mi bardzo bliski. We wrześniu 2009 r. mój, wówczas 6-letni, syn rozpoczął swoją przygodę z przedszkolem w grupie para-zerówkowej. Jeździłam z nim wtedy na drugi koniec dzielnicy, do jedynego przedszkola z oddziałami integracyjnymi. Pamiętam wywieszone w oknie listy dzieci przyjętych i tych, które nie miały tyle szczęścia. Na każdą dwójkę dzieci 3 i 4-letnich przyjętych, przypadało jedno nie przyjęte. Podobna sytuacja zdarzyła się w czerwcu 2010 r., kiedy wywieszono listę przyjęć na rok szkolny 2010/2011.

Pięć godzin w promocji nie zrobi różnicy

Bez zwiększenia puli miejsc w przedszkolach, wiele matek nie będzie miało możliwości powrotu do pracy. Zamiast zarabiać na poprawę sytuacji materialnej rodziny i na swoje późniejsze emerytury, zamiast wspierać rozwój gospodarczy kraju, będą one zmuszone występować o pomoc Państwa

Jednym z pierwszych tematów jakie poruszył Prezes Kaczyński, była kwestia drastycznego wzrostu opłat za pobyt dzieci w przedszkolu ponad pierwsze 5 godzin. Nie rozumiem jaka myśl przyświecała parlamentarzystom, którzy uchwalili ustawę o finansowaniu przedszkoli samorządowych w obecnie realizowanym kształcie. Zdziwił mnie niepomiernie pomysł, jakoby uelastycznienie opłat za pobyt dzieci w przedszkolu miało w jakikolwiek sposób rozładować kolejki oczekujących na edukację przedszkolaków.

Podstawa programowa realizowana jest rano, między śniadaniem a obiadem, czyli w trakcie pierwszych 5, darmowych godzin pobytu przedszkolaków. Przez kolejne godziny pracy przedszkola, wychowawcy jedynie opiekują się dziećmi. Mają one wtedy czas na wspólną zabawę w gronie rówieśników. Godzina odebrania przedszkolaka przez rodziców nie wpływa na koszty funkcjonowania przedszkola, ani na ilość miejsc w danej placówce. Przedszkola nie są z gumy, a wychowawcy pracują do końca swojego dyżuru.

Samorządy nie mają pieniędzy na budowę i wyposażenie nowych placówek oraz na zatrudnienie wykwalifikowanego personelu. Dlatego też nie wierzę, że zadeklarowane przez Premiera Tuska, badanie przez Wojewodów przyczyn gwałtownego wzrostu opłat, cokolwiek zmieni. Oświata zawsze była niedofinansowana. W związku z tym drenaż portfeli rodziców, moim zdaniem, był od początku do przewidzenia. Rodzice składają się na komitet rodzicielski, z którego pieniędzy kupowane są rzeczy niezbędne w procesie edukacyjnym: kredki, farby, flamastry, papier do rysowania i tym podobne. Z tych funduszy przedszkola nabywają również zabawki, gry oraz inne przedmioty umilające pobyt dzieci w czasie ponad podstawę programową.

Od lat istnieje więc niepisana zgoda na współfinansowanie edukacji przedszkolnej przez rodziców. Problem w tym, że są to koszty ukryte. Nikt do tej pory nie odważył się urealnić kosztów pobytu dzieci w przedszkolach. Parlamentarzyści uchwalając obecnie obowiązującą ustawę o edukacji przedszkolnej, przerzucili ten przykry obowiązek na Samorządy. Wszak według Ustawy Zasadniczej mamy zagwarantowany dostęp do bezpłatnej edukacji!

Czy stać nas na dopłacanie bogatym?

Uważam pomysł bezpłatnych 10 - godzinnych pobytów w przedszkolach samorządowych za bardzo szlachetny, ale niewykonalny. Wręcz absurdalny. Przedstawienie go w trakcie trwania kampanii do parlamentu, moim zdaniem ma przyciągnąć rzesze rozżalonych wzrostem opłat rodziców. Problem polega na tym, że według szacunków rządu, na realizację tego pomysłu należałoby wydać z budżetu państwa kolejne 2 mld złotych. 2 mld złotych, które powiększą i tak ogromną już dziurę budżetową. A przecież Prezes Kaczyński martwi się rosnącym długiem publicznym. Niestety większości potrzeb społecznych nie da się pokryć w 100 % ze wspólnej kiesy. Z pustego i Salomon nie nalej.

Wśród moich znajomych są zarówno bardzo zamożni rodzice, których dzieci chodzą do przedszkoli samorządowych, jak i tacy, których nie stać nawet na opłacenie pobytu dziecka w przedszkolu państwowym. Absolutnie nie jestem za dokonywaniem segregacji dzieci według zamożności ich rodziców w jakiejkolwiek formie. Ale oburza mnie fakt, że ci których stać na przedszkole prywatne płacą taką samą stawkę za godzinę pobytu dziecka ponad pierwsze 5 godzin, co ci rodzice, którzy zarabiają dużo mniej niż średnia krajowa. Ci mniej zarabiający przekraczają absurdalnie niskie limity dochodu na osobę w rodzinie, więc nie przysługuje im żadne dofinansowanie ze strony państwa. Obecnie, aby ubiegać się o dofinansowanie do wyprawki, czy posiłków w przedszkolu, dochód miesięczny na członka rodziny nie może byś wyższy niż 351 złotych. W Warszawie za taką stawkę nie da się przeżyć.

A więc co dalej z opłatami?

Przez ostatnie kilka dni rozmyślałam o tym, co zrobić, aby wilk był syty i owca cała. Faktem jest, że przedszkoli samorządowych jest za mało. W ostatnich latach pojawiło się jednak wiele przedszkoli prywatnych. Może wzorem np. Anglii, należałoby wprowadzić dofinansowanie ze środków publicznych również przedszkoli prywatnych? Co roku wszystkie chętne przedszkola składałby oferty samorządom, które podpisywałyby z nimi kontrakty na realizację świadczeń edukacyjnych w danym roku szkolny. Poziom dofinansowania przez samorząd pobytu dzieci w takim przedszkolu należałoby wtedy uzależnić od realnych zarobków rodziców. Podstawą byłyby zaświadczenia z Urzędu Skarbowego o dochodach za rok poprzedni oraz zaświadczenie o bieżących zarobkach rodziców za np. ostatnie 6 miesięcy. Uszczelniłoby to system dotacji, a pomoc finansowa trafiałaby do tych najbardziej potrzebujących. Zmniejszyłoby się też ryzyko podziału przedszkoli, więc i przedszkolaków na lepsze i gorsze. W końcu wszystkie dzieci miałyby dostęp do podobnego poziomu wykształcenia. Co za tym idzie, może wreszcie skończyłyby się kolejki do przedszkoli. Bo na chwilę obecną na prywatne przedszkole stać tylko nielicznych rodziców przedszkolaków. Publicznych przedszkoli zawsze będzie zbyt mało.

Satyra rysunkowa
Oglądaj śmieszne i mniej śmieszne rysunki satyryczne

Od poziomu wykształcenia następnych pokoleń zależy rozwój Polski, a więc i nasz dobrobyt na emeryturze. Jestem za tym, żeby wszystkim dawać równe szanse. Zwłaszcza na starcie. Bez zwiększenia puli miejsc w przedszkolach, wiele matek nie będzie miało możliwości powrotu do pracy. Zamiast zarabiać na poprawę sytuacji materialnej rodziny i na swoje późniejsze emerytury, zamiast wspierać rozwój gospodarczy kraju, będą one zmuszone występować o pomoc Państwa. A wtedy zamiast na nowe przedszkola, pieniądze przeznaczane będą na pomoc najuboższym.
Dzieci są przyszłością narodu. Szkoda, że w przedwyborczej gorączce politycy o tym zapominają. Podobnie jak zapominają o odpowiedzialności za słowa i deklaracje przedwyborcze.




Chcesz odnieść się do stanowiska autora, chcesz polemizować, skomentować ten tekst? A może chciałbyś Drogi Czytelniku napisać na inny temat dotyczący zagadnień związanych z problemami społecznymi?
Jeżeli jesteś zainteresowany i zdecydowany przeczytaj nasz anons dotyczący współpracy redakcyjnej lub od razu napisz i wyślij do nas swój materiał na adres: redakcja@mojeopinie.pl. Odezwiemy się szybko!!


Komentarzy: 4

ikona
15 września 2011 (11:33)
Przedszkola prywatne...
również są dofinansowywane przez samorządy. Np. dofinansowanie w Gminie Raszyn wynosi ok. 800 PLN miesięcznie na dziecko. To są ogromne pieniądze, ale nie rozwiązują problemu. Tu link: http://www.net4lawyer.com/openlaw/wikka.php?wakka=FinansowaniePrzedszkoliNiepublicznych Dodatkowo, co warto zaznaczyć, obecna forma ustawy o opłatach przedszkolnych nieprawdopodobnie obciąża samorządy - poza 5 darmowymi, opłacanymi przez MEN (w domyśle: przez samorząd) godzinami, każda kolejna godzina jest opłacana przez rodzica tylko w określonym przez uchwałę rady gminy procencie. I tak na przykład w gminie Raszyn ta opłata wynosi 2,5PLN, czyli połowę wyliczonego kosztu za pobyt dziecka w przedszkolu. Zakładając, że dziecko jest w przedszkolu przez 10h, z czego płaci 2,5 za 5h, miesięczna opłata wynosi 250PLN, plus ok. 160PLN opłaty stałej za wyżywienie plus 50-60 PLN za zajęcia dodatkowe (korektywa, angielski itp) Koszt razem to ok. 470 PLN miesięcznie. W porównaniu z poprzednią opłatą stałą wysokości ok. 150PLN miesięcznie (plus wyżywienie i zajęcia dodatkowe) wychodzi zdecydowanie drożej. Plus jest taki, że część rodziców lub opiekunów, którzy mogą zabierać dzieci wcześniej będą to robić ze zwykłej oszczędności, co oznacza, że dziecko jednak będzie odpowiednią ilość czasu spędzało w domu. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że wpisuje się to w paskudny trend likwidowania zerówek i "ułatwiania" rodzicom wyboru, czy posłać dziecko wcześniej, czy później do szkoły. Co więcej, w sytuacji, w której i tak pięciolatek objęty jest obowiązkiem uczęszczania do przedszkola lub punktu przedszkolnego przy szkole, pytanie brzmi, czy w ramach darmowej obowiązkowej edukacji cały czas dla dzieci w tym wieku nie powinien być refundowany? Szczególnie, że zgodnie z założeniami MEN w ciągu najbliższych trzech lat obowiązkiem przedszkolnym objęte zostaną również czterolatki.

Korba
18 września 2011 (14:09)
to zdanie w zasadzie
Bez zwiększenia puli miejsc w przedszkolach, wiele matek nie będzie miało możliwości powrotu do pracy. Zamiast zarabiać na poprawę sytuacji materialnej rodziny i na swoje późniejsze emerytury, zamiast wspierać rozwój gospodarczy kraju, będą one zmuszone występować o pomoc Państwa, mówi nam co powinien każdy rząd zrobić....Czy 3 miliardy złotych...nawet 5 miliardów (nawet nie rocznie, bo potem koszty spadają) , to dużo w porównaniu z 300 miliardami jakie mamy wydać na emerytury w latach 2040 i dalej dodatkowo, przy czym emerytury wówczas będą mniejsze relatywnie i to znacznie od dzisiejszych? Żaden koszt. Ale kto by się nami przejmował i naszym dziećmi.

Sprawiedliwy
18 września 2011 (21:59)
Dziwi mnie, iz Nikt nie porusza kwestii żłobków..
Przecież tak szczerze powiedziawszy to one najbardziej podrożały. Ponad 130 % w przeciwieństwie do przedszkoli, które "poszły w górę" o około 70 %. Żadna z partii politycznych tym problemem się nie zajęła. A przecież o przedszkolach po poruszeniu kwestii przez PIS trąbi w sukurs każda partia; a PO bije się w pierś i proponuje nowe rozwiązania. Żenada i obłuda.

Julian
8 listopada 2011 (10:07)
tekst masakra
znakomity
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
O Instytucie „Pamięci Narodowej”, czyli Polaków problemy z pamięcią oraz historią

Mało jest sporów w polskiej przestrzeni publicznej, które wzbudzałyby równie wielkie emocje jak kwestie historyczne. Chociaż renoma historii, jako nauki grzebiącej w dawnych dziejach i...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".