REKLAMA
Przypadek Harolda Cricka
    komedie13 · recenzje filmowe146
2008-10-13
czyli od frajera do bohatera bądź też głos słyszę, głos słyszę...



Polegając na opinii pracownika osiedlowej wypożyczalni dvd, zdecydowałam się niedzielne popołudnie umilić sobie filmem „Stranger than Fiction”, czyli w polskim tłumaczeniu „Przypadek Harolda Cricka”. Przyznam się, iż z jednej strony byłam najzwyczajniej w świecie ciekawa filmu, a mój apetyt na dobre kino dodatkowo zaostrzał cały arsenał reklamujących film przymiotników: urzekający, fenomenalny, wyśmienity, nietuzinkowy. Niemniej jednak, nazwisko Will Ferrell w czołówce, co tu dużo ukrywać, bardzo mocno studziło mój zapał. Co więcej, ostatnie osiągnięcia Ferrella, łyżwiarz w filmie „Ostrza chwały”, czy też kierowca rajdowy w „Ricky Bobby, mistrz kierownicy”, utwierdziły mnie w przekonaniu, iż jedyne co ten aktor może mi, widzowi, zaoferować to kreacja bohatera półgłówka. Jednakże, jeśli płacąc za film powiedziało się A, to logika nakazywała przejść do B, co też uczyniłam. Zaopatrzona w chłodne mleko i orzechowe ciasteczka, włączyłam laptopa oraz włożyłam płytę do napędu. Jeszcze tylko wybór opcji językowej, regulacja poziomu głośności i poszło.

Rezultaty blisko dwugodzinnego seansu? Wrażenia jak najbardziej pozytywne. Za cenę 5 złotych zafundowałam sobie ciekawą i przyjemną w odbiorze komedię. Piszę komedię, choć może lepsze określenia to „poważna komedia” tudzież tragikomedia. Gwoli ścisłości wypadałoby choć trochę zarysować fabułę oraz głównych bohaterów filmu. A więc, tytułowy Harold Crick to kontroler podatkowy w Urzędzie Skarbowym. W miarę trwania filmu dowiadujemy się, iż jest samotnikiem, a jego kolejne dni, wraz w wykonywanymi czynnościami są wyliczone co do sekundy. Co więcej, podążając tropem Harolda, szybko możemy odnieść wrażenie, iż tak właściwie jego jedynym przyjacielem jest jego zegarek, który sekunda po sekundzie, minuta po minucie, godzina za godziną odmierza nijaką rzeczywistość pana Cricka. Do czasu. Otóż pewnego dnia zacznie się coś, co sprawi, iż bo bólu uporządkowany, w każdym ruchu przewidywalny pan Crick stwierdzi że zwariował, a w tym przekonaniu będą starali się utwierdzić go kolejni psychoterapeuci, a w konsekwencji wysłanie na przymusowy urlop. Teoretycznie przed Haroldem dwie drogi. Pogodzić się z diagnozą oraz grzecznie stosować się do kolejnych zaleceń, lub też podążyć tropem pewnego głosu. Czyjego? A to już byłoby zbyt wiele informacji...

Jako dodatkową zachętę, mogę jeszcze zdradzić, iż w filmie przeplatają się dwa główne wątki. Jeden, wspomnianego już Harolda oraz drugi pewnej pisarki, którą dopadła niemoc twórcza. Notabene, niemoc trwająca praktycznie 10 lat. W rezultacie obserwujemy sfrustrowaną, zdziwaczałą i co tu dużo ukrywać odpychającą kobietę. Odpychającą swym zachowaniem, niechlujnym wyglądem, ciętymi uwagami oraz swoistą fiksacją na temat śmierci i różnych sposobów na zejście z tego ludzkiego padołu. Dodatkowo, jeśli jedynym przyjacielem Harolda jest jego zegarek, to w przypadku pani pisarki, jej jedyną rodziną zdają się być kolejne paczki papierosów oraz narzędzie pracy, czyli maszyna do pisania. Jednakże do czasu. Otóż, pewnego dnia w życie pisarki wkroczy przysłana przez wydawnictwo asystentka. Zaś pan Crick, szukając racjonalnego wytłumaczenia dla sytuacji, której raptownie z dnia na dzień stał się głównym bohaterem, trafia do pewnego profesora literatury. Myślę, iż należałoby również nadmienić, że życie pchnie Harolda w ramiona uroczej właścicielki piekarni. Tylko, czy aby na pewno życie?

„Przypadek Harolda Cricka” to historia w której to co niemożliwe i nierealne staje się jak najbardziej prawdopodobne. Co więcej, w recenzjach przeczytamy, iż głównym przekazem filmu jest zasada carpe diem, czyli tzw. umiłowanie życia, dogłębne korzystanie z każdej chwili, każdego kolejnego dnia. Od siebie dodałabym, iż jest to także opowieść o tym, że tak właściwie, nigdy nie jest za późno, aby zmienić swoje życie. Nadać mu swoistego smaku, szczypty emocji. Zacząć realizować marzenia, pasje, o których stopniowo, z biegiem lat, zapominamy. Choć film możemy także odczytać jako wskazówkę, iż także nigdy nie jest za późno, aby przerwać kokon, którym w miarę upływu czasu się otaczamy, przestać się izolować i tak zwyczajnie „wyjść do ludzi”.

Kończąc należałoby zweryfikować cały ten zestaw „doczepionych” do filmu przymiotników. No cóż. Film Marca Forstera jest dobry i przyjemnie się go ogląda. Jednakże nie powala na kolana, a dodatkowo, momentami może się zwyczajnie dłużyć. Mogą nawet pojawić się głosy, iż zamysł był rewelacyjny, lecz gdzieś po drodze coś poszło nie tak i wykonanie jest jedynie poprawne, a całość dobija „wydumane” zakończenie. Niemniej jednak, osobiście nie żałuję tych 108 minut i wcale nie uważam, że był to czas stracony. Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie gra Willa Ferrella, kreującego tytułowego Harolda. Zero głupkowatej mimiki, a jeśli już to ograniczona do minimum. Dodatkowo, świetna rola Emmy Thompson jako miotającej się, ogarniętej niemocą twórczą pisarki. Całości zaś dopełniają Dustin Hoffman w roli profesora literatury, Queen Latifah jako asystentka pisarki i Maggie Gyllenhaal odtwarzająca rolę właścicielki piekarni.

Tak właściwie odbiór filmu zależy od naszego nastawienia i oczekiwań. Jeśli będzie kierowała nami chęć miłego spędzenia czasu i obejrzenia dosyć ciekawego filmu z optymistycznym przesłaniem to nie będziemy rozczarowani. Jednakże, jeśli mając w pamięci poprzedni film Marca Forstera „Zostań” oczekujemy czegoś porywającego i doniosłego to po seansie na usta może się cisnąć słowo niedosyt.

Dla wszystkich jeszcze nie zdecydowanych, bądź też tych którzy film oglądali i chcieliby sobie odświeżyć wspomnienia małe przypomnienie. Otóż poszukiwania trailera filmu doprowadziły mnie do fajnie i ciekawie skonstruowanej strony na temat filmu. Znajdziemy tam informacje na temat fabuły, poszczególnych wątków oraz głównych bohaterów. Miłego oglądania.


Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
REKLAMA
Raporty
zobacz również
Kręcimy powstanie

O tym, że film dokumentujący „Powstanie warszawskie” wart jest uwagi, nie trzeba nikogo przekonywać. Jednak czy okraszanie go kolorem i dialogami jest konieczne? To już nie jest takie pewne.
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".