Pułapka licencyjna czyli nieudana modernizacja Gierka
    PRL51 · zadłużenie państwa57 · Gierek1 · Związek Radziecki22
2009-12-27
Na początku lat siedemdziesiątych, na tle nie dającego się już dłużej ukrywać przed narodami krajów bloku radzieckiego oraz sprzymierzonych z nim państw Trzeciego Świata bezprecedensowego dobrobytu Zachodu, wobec rosnących żądań i oczekiwań społecznych, tamtejsze reżimy stanęły przed dylematem. Przeprowadzić głębokie zmiany, przynajmniej gospodarcze (z obawą, że może się nie udać tego dokonać bez zmian politycznych zagrażających rządom jednopartyjnym) albo oczekiwać na nieuchronny wybuch niezadowolenia w kilku krajach naraz i utratę władzy, a może i życia, względnie powrócić do masowego terroru. Breżniew, człowiek osobiście raczej łagodny, a zarazem ociężały umysłowo, wolał poszukać innej drogi.

Oferując rozmaite formy wspólnej działalności gospodarczej i wysuwając pojednawcze propozycje polityczne tzw. kapitaliści sami mu ją wskazali. Wschód miał zostać unowocześniony przy pomocy Zachodu w zamian za pokojowe współistnienie. W ciągu zaledwie kilkunastu lat komuniści oraz wyznawcy ideologii „arabskiego odrodzenia socjalistycznego” przy pomocy otrzymanych od Zachodu „zabawek” zadali sami sobie takie straty, jakich nie ponieśli nawet na najgorszych wojnach. Szczególnie ważnym polem doświadczalnym tej wielkiej bitwy, która w ostatecznym rachunku rozstrzygnęła o losach świata, stał się nasz kraj.

W ostatnim zdaniu nie ma z mojej strony mowy o polskiej zbiorowej manii wielkości (której zresztą jestem stanowczo przeciwny). Po prostu wyjątkowe wprost (w porównaniu nawet do innych ekip rządowych „światowej wspólnoty państw socjalistycznych”) nieuctwo i zadufanie ekipy Gierka sprawiło, że tak kredyty jak licencje ta ekipa pozyskała sobie w szczególnie wielkiej ilości. Jako anegdotę opowiadano potem (niestety, nie był to niczyj wymysł) że na żądanie premiera Jaroszewicza zakupiono w Austrii licencję na sztucer do polowania na zające. Sytuacja w naszym kraju stała się przedmiotem szczególnie uważnych studiów na Zachodzie, gdzie też szybko pojawiło się określenie „polska choroba”, oznaczające szczególnie ostry przypadek zadławienia się jednocześnie kredytami i licencjami. [1] Na podstawie przebiegu takiego przypadku nowej ekonomicznej jednostki chorobowej można było wnioskować, jak będzie wyglądał podobny proces w innych krajach, które zafundowały sobie podobną słabo przemyślaną „trzecią drogę” między wolnym rynkiem a „siermiężnym socjalizmem” (jak drwiąco nazwali dotychczasową politykę powolnego rozwoju bez uzależniania się od tzw. zachodnich imperialistów ludzie Gierka).

No i okazało się, że ci, którzy takie analizy starali się przeprowadzać począwszy od początku lat osiemdziesiątych, nie pomylili się. Zaledwie około dziesięć lat później gospodarki pozostałych „demoludów” (czyli tzw. krajów demokracji ludowej), doznały podobnego zawału, jak ten, który kosztował władzę i dobre imię Gierka i stanowił pożywkę dla pokojowej (kontr)rewolucji „Solidarności”. Pierwotne podstawowe założenie ekonomistów z PZPR było takie, że zachodnie kredyty zostaną spłacone nowoczesną (zbywalną co najmniej na rynkach Trzeciego Świata za waluty wymienialne) produkcją nowo wzniesionych fabryk, powstałych za kredyty i produkujących w oparciu o użyczone za wysoką opłatą zachodnie rozwiązania techniczne (licencje).

Miało być tak pięknie

Polityce pompowania zachodniej techniki towarzyszyły wielkie nadzieje. Jak to przedstawiał jeden z ówczesnych polskich ekonomistów: „Licencje są uważane za jeden z korzystnych sposobów realizowania tych zadań gospodarczych i technicznych, których krajowe zaplecze naukowo-badawcze nie jest w stanie rozwiązać własnymi siłami w określonych terminach na wymaganym poziomie technicznym i w sposób ekonomicznie najkorzystniejszy. Kupując cudzą myśl techniczną i wdrażając ją w drodze licencji [...] eliminujemy przejściowe kosztowne etapy w konstrukcji i procesach technologicznych oraz w zasadniczy sposób podnosimy kwalifikacje własnych kadr specjalistów.”

Jako argument na rzecz kupowania dużej ilości licencji przytaczano przykład Japonii, która w latach sześćdziesiątych nabyła licencje o wartości około miliarda $, a dzięki ich zastosowaniu w przemyśle wyprodukowała towary o wartości około 15 mld. [2] Oczywiście ekonomiści publikujący swoje artykuły w bloku radzieckim nie mogli napisać, że nadzieje na osiągnięcie choćby tylko zbliżonej do ówczesnej japońskiej wydajności pracy tak w biurach jak w fabrykach ZSRR i jego satelitów to czysta fantazja. Działający tam system nakazowo-rozdzielczy (oparty na centralnym planowaniu wszystkich wskaźników produkcji i handlu zamiast na mechanizmach wolnorynkowych) był bowiem typowym przypadkiem biurokratyzacji, prowadzącej w końcu do tego, że nikomu rozsądnemu nie opłaca się pracować lepiej niż inni (w obawie przed zawyżeniem poziomu dla tych mniej pracowitych i całkiem leniwych i ich zemstą), a kadrze zarządzającej podejmować ryzyka. W Polsce lat siedemdziesiątych modne było szydercze powiedzonko: Czy się stoi czy się leży, dwa tysiące się należy. Rezygnacja z projektów wprowadzenia choćby ograniczonej konkurencji między przedsiębiorstwami państwowymi (proponowanej m. in. już w latach sześćdziesiątych przez Kosygina) [3] doprowadziła ten system do stanu coraz gorszej niewydolności. Nie tylko okazał się niezdolny do dalszego własnego postępu technicznego poza tzw. kompleksem wojskowo-przemysłowym, ale też w praktyce tylko z rzadka był zdolny do właściwego wyboru i przyswojenia sobie importowanej techniki zachodniej.

Nietrafione licencje

Bodaj najbardziej wyrazistym przykładem tego zjawiska była licencyjna produkcja ciągników Massey-Ferguson-Perkins w Polsce, która rozpoczęła się dopiero dziesięć lat po nabyciu licencji (VII 1984). Jak nietrudno było zauważyć po tych dziesięciu latach, skala przedsięwzięcia przekroczyła wyobraźnię tych, którzy podpisali umowę. Zamiast 75 tysięcy sztuk małych, nowoczesnych i niezawodnych ciągników dla rolników indywidualnych rocznie ekipa Gierka narobiła sobie mnóstwo kłopotów i wydatków. To, że produkcja tych pojazdów w ogóle została rozpoczęta, było wynikiem wyłącznie uporu reżimu stanu wojennego, pragnącego udowodnić, że jest w stanie w tym samym (tylko powierzchownie zreformowanym) systemie nakazowo-rozdzielczym naprawić wszystkie błędy poprzedniej ekipy.

Pod naciskiem władz, metodami na wpół rzemieślniczymi, robotnicy zakładów Ursus przystąpili do produkcji typu Massey Ferguson 255 (bez kabiny). Mimo to do każdego wyprodukowanego pojazdu trzeba było dodać tzw. wsad dewizowy (części i prefabrykaty kupione za waluty wymienialne). W przeliczeniu na sztukę ten wsad wynosił 910 $, a wyrób końcowy sprzedawano na rynku krajowym poniżej kosztów własnych, aby za wszelką cenę wspomóc krajowe rolnictwo. Reżim nie mógł sobie pozwolić na to, aby i tak wielkie niezadowolenia społeczne wzrosło wskutek niemożności pokrycia kartkowych przydziałów na żywność. [4] W końcu, w drugiej połowie lat osiemdziesiątych i na początku dziewięćdziesiątych udało się wyprodukować pół miliona sztuk ciągników Ursus MF 255/3512 czyli połowę z tego, co zapowiadano w latach siedemdziesiątych.

Jako inny przykład może posłużyć fabryka autobusów i ciężarówek Jelcz (Jelczańskie Zakłady Samochodowe). Wsad dewizowy obniżono tam z 3160 $ na każdy autobus PR-110 (wytwarzany na francuskiej licencji Berlieta) w roku 1980 do 650 w 1984. Osiągnięto to dzięki takim posunięciom jak: współpraca z wytwarzającymi autobusy węgierskimi zakładami Ikarus, wytwarzanie coraz większej liczby części na miejscu, wprowadzanie rozmaitych na pozór drobnych usprawnień procesu produkcji oraz zmian w budowie wielu podzespołów. Całe to szukanie i uruchamianie rezerw miało jednak krótkie nogi. Nomenklatura nie godziła się ani na przyznanie rzeczywistej samodzielności przedsiębiorstwom ani na wynagradzanie załóg wzrostem płac nawet za ważne dla państwa osiągnięcia. [5] Trzeba dodać, że autobusy na licencji Berlieta były znacznie bardziej niewygodne i awaryjne niż te na licencji Ikarusa.

Mechanizm porażki

Jak się okazało w praktyce umowy licencyjne, o ile nie były związane z wybudowaniem przy pomocy strony zachodniej wszystkich zakładów wytwarzających potrzebne części, często oznaczały dla strony wschodnioeuropejskiej wielkie wydatki w zamian za stosunkowo małe korzyści. W przypadku tzw. nietrafionych licencji niezliczone dodatkowe zakupy rozmaitych maszyn i technologii za waluty wymienialne stawały się nieznośnym ciężarem dla całej gospodarki.

Pożerały zapasy tych walut (oraz łatwo zbywalnych za dolary i marki towarów eksportowych), które można byłoby wydać na pilnie potrzebne surowce, prefabrykaty, inne towary importowane (w tym lekarstwa i odżywki dla małych dzieci), a także przeznaczyć np. na komputeryzację banków i urzędów państwowych, rozbudowę sieci telefonicznej (prawie zupełnie nieobecnej na wsiach) itd. itp. Przyczyniało się to też do pogorszenia bilansu płatniczego. Coraz większą część dochodów z eksportu pożerał import brakującej techniki, a także części do produkcji „antyimportowej”. W tej sytuacji rosnące koszty obsługi długu zagranicznego coraz skuteczniej utrudniały osiąganie wzrostu gospodarczego.

Na tym jednak nie koniec nieszczęścia, jakim wskutek ich niewłaściwego wyboru i użytkowania okazały się w sumie zachodnie licencje dla gospodarki PRL-u. Nie tylko, że uległ zahamowaniu rozwój krajowej techniki (wynalazcy, część z których wniosła wybitny wkład do rozwoju techniki światowej i którzy masowo emigrowali w latach osiemdziesiątych, byli wręcz karani przez biurokrację za próby wprowadzenia swoich ultranowoczesnych urządzeń do gospodarki narodowej – np. Jacek Karpiński), ale też inwestycje związane z wdrażaniem licencji otrzymały pierwszeństwo przed innymi inwestycjami przemysłowymi. W pogoni za mirażem wielkiego skoku w nowoczesność władze zupełnie zapomniały o nieuchronnej utracie wartości przez majątek trwały przedsiębiorstw powstały w latach czterdziestych i pięćdziesiątych.

To zjawisko było kolejnym związanym z pułapką licencyjną, które w największym natężeniu pojawiło się w Polsce. Przykładem był papier, który w latach osiemdziesiątych stał się nagle bardzo trudny do uzyskania, a o zwiększeniu jego produkcji wręcz nie było mowy. Podstawową przyczyną było niedoinwestowanie przemysłu papierniczego. Tak np. w Zakładach Papierniczych „Skolwin" w Szczecinie pracowały bez przerwy, na trzy zmiany maszyny liczące sobie ponad 30 lat. W Niemczech Wschodnich podobny park maszynowy poddano w tym samym czasie remontowi kapitalnemu połączonemu z unowocześnieniem cztery razy. [6]

Dziesięć lat później reżim stanu wojennego był zmuszony uciekać się do takich metod jak zmniejszenie objętości gazet (i to akurat w czasie, gdy czytelnictwo prasy było tak wysokie, że kioski zwracały zaledwie 1,2 % otrzymanych nakładów). Prasa w odpowiedzi zaczęła wskazywać na konieczność dokonywania skrótów w przedrukach niemiłosiernie długich przemówień dostojników partyjno-państwowych, a nawet streszczania się przez nich w swoich wypowiedziach. Tymczasem administracja państwowa i przedsiębiorstwa na Zachodzie pracowały już w oparciu o komputery. Niewydolny ustrój coraz bardziej się kompromitował i ośmieszał. [7]

Czy to był spisek Zachodu?

Uważam, że o takich sprawach przesądzają procesy związane z występowaniem pewnych czynników działających na styku techniki, handlu, finansów i cywilizacji rozumianej jako zbiór zasad przesądzających o określonym sposobie zorganizowania życia zbiorowego w danym czasie i na danym obszarze. Te zasady zmieniają się stopniowo w ciągu wielu pokoleń, niezależnie od woli jednostek ludzkich, a nawet całych warstw społecznych. Są trwalsze niż ustroje polityczne, które mogą je tylko nieco wzmocnić albo osłabić. Można natomiast, potęgując jeden, dwa, czasem nieco więcej z pozostałych czynników w dużej mierze „zaprogramować” tudzież przyspieszyć dany proces i ukierunkować część jego skutków we własnym interesie grupowym. Świadomość możliwości pokonania głównego przeciwnika Zachodu środkami niewojskowymi pojawiła się już w latach sześćdziesiątych. [8] Cena, jaką Amerykanom przyszło płacić na polach bitew Azji Południowo-Wschodniej z pewnością nie pozostała bez wpływu na wysiłek ich „trustów mózgów” w tym właśnie kierunku.

Do wpadnięcia państw Układu Warszawskiego w podwójną pułapkę zadłużenia w walutach wymienialnych oraz nietrafionych licencji nie doszłoby jednak bez wszystkich ogromnych błędów ludzi rządzących tymi państwami w latach siedemdziesiątych. Przykład Chin pokazał, że w warunkach poważnych i wytrwałych reform gospodarczych można skutecznie przyswajać zachodnią i japońską technikę bez utraty władzy przez partię komunistyczną. Przywódcom partyjno-państwowym bloku radzieckiego zupełnie zabrakło tak trzeźwości w ocenie własnych możliwości i celów strony przeciwnej, jak też ambicji i odwagi cywilnej, potrzebnej do zaryzykowania głębokiej przebudowy własnego podwórka, zanim będzie już na to za późno. Za późno również dla ich własnych narodów, skazanych w wyniku na odgrywanie drugorzędnej roli coraz mniej oryginalnych naśladowców i zubożałych nabywców cudzych towarów. Parafrazując słynne zdanie Churchille’a o polityce Chamberlaina można stwierdzić, że szefowie komunistycznej nomenklatury sami doprowadzili do sytuacji, w której musieli wybierać między oddaniem władzy a ruiną. Władzę oddali, a ruina i tak ich nie ominęła.

Przypisy:
[1] Patrz np.:
www.jstor.org/pss/151265
www.jstor.org/pss/2499346

Przy pomocy Google Books (wrzucając hasło: Polish disease) można znaleźć mnóstwo odniesień do tego zagadnienia również u zachodnich historyków gospodarki. Tytułem przykładu:
”Neverthless the debt problem was serious and in the 1980s, to a greater or lesser degree, East European countries were to be afflicted by what became known as ‘the Polish disease’. Briefly it may be defined as an inability to bridge the technological gap with the west through imports. The result is the worsening balance of payments situation, with exporst failling dismally to match imports. The scale of the accumulated foreign debts then acts as a decelator and a drag on future growth.”

Tzn.: „Tak czy owak problem zadłużenia był poważny i w latach osiemdziesiątych, w mniejszym lub większym stopniu kraje Europy Wschodniej zostały dotknięte zjawiskiem znanym jako «polska choroba». Określając rzecz krótko można to określić jako niezdolność do pokonania luki technologicznej dzielącej [te kraje] od Zachodu przy pomocy [wszelkiego rodzaju] importu. W wyniku dochodziło do stałego pogarszania się bilansu płatniczego, w której coraz większą część [dochodów] z eksportu trzeba było przeznaczyć na pokrycie kosztów importu. Łączna skala zakumulowanych długów zagranicznych zaczęła wtedy działać jako najpierw hamulec, a następnie blokada dalszego wzrostu [gospodarczego].”
Derek Howard Alcroft, The European Economy 1914-1990, s. 262, pierwszy akapit

[2] Zygmunt Żytomirski, Licencje a sprawa polska, „Życie Gospodarcze”, 16 VI 1974, s. 7
[3] http://en.wikipedia.org/wiki/Alexey_Kosygin
http://m-antonov.chat.ru/capital/ant_glava_7.htm
[4] Jerzy Baczyński, Kto się przejechał na Fergusonie?, „Polityka” 22 IX 1984, s. 4
[5] Jacek Poprzeczko, Autobus w cenie urzędowej, „Polityka”, 15 XII 1984, s. 17
[6] Jagienka Wilczak, Papier to dobry towar, „Polityka”, 21 III 1985, s. 19
[7] Marek Henzler, Wołanie o papier, „Polityka” z 21 III 1985, s. 4
[8] „Przekonanie, że kapitalistyczna Ameryka może dzielić miejsce pod słońcem z państwami komunistycznymi w Europie Wschodniej i w Trzecim Świecie nie tylko stanowi odzwierciedlenie wspólnego wszystkim ludziom instynktu samozachowawczego. W gruncie rzeczy wchodzi tu w grę własny interes mocarstw kapitalistycznych. Prócz nęcących perspektyw zyskownego handlu, nawiązanie i utrzymywanie normalnych stosunków z państwami komunistycznymi może się przyczynić do ostudzenia ich zapału do wdawania się w sprawę światowej rewolucji i zachęcić je do naśladowania rozwiązań kapitalistycznych.

Dowód na możliwość powstrzymania w ten sposób rozszerzania się rewolucyjnego radykalizmu jest pod ręką. Nawet nie biorąc pod uwagę nagłego złagodzenia kursu ludzi radzieckich i ich satelitów w Europie, można odwołać się do przykładu Meksyku, gdzie tamtejsza rewolucja z roku 1910 nie przeszkodziła temu krajowi w nawiązaniu nadzwyczaj poprawnych, wręcz sojuszniczych stosunków ze Stanami Zjednoczonymi.
Tak więc, pokojowe współistnienie stanowi niezwykle ważny składnik długoterminowej strategii pokonania komunizmu.”
The Great Society Reader. The Failure of American Liberalism [red.:] Marvin E. Gettleman and David Mermelstein, New York 1967, s. 344


Komentarzy: 5

rychoo
13 luty 2012 (11:49)
Tekst ciekawy, ale dużo w nim błędów.
1. \\\\\\\"licencyjna produkcja ciągników Massey-Ferguson-Perkins w Polsce, która rozpoczęła się dopiero dziesięć lat po nabyciu licencji (VII 1984)\\\\\\\" . Już od 1978 produkowano na tej licencji ciągnik Ursus MF-235. 2.\\\\\\\"autobusy na licencji Berlieta były znacznie bardziej niewygodne i awaryjne niż te na licencji Ikarusa.\\\\\\\" To, że bardziej awaryjne zgoda. Ale autor jest chyba młodym człowiekiem i nigdy nie miał okazji jechać Berlietem Jelcz PR110. Komfort jazdy był nieporównywalnie wyższy niż w siermiężnych Ikarusach. A w przypadku trzydrzwiowej wersji PR110U wszelkie mówienie o niewygodzie (wysiadania) jest absurdalne. 3. Twierdzenie o zakupie przez PRL licencji na sztucer do polowań na zające wkładam między bajki. Wiele takich dykteryjek wówczas krążyło, jak chociażby o żonie Gierka latającej co tydzień do fryzjera w Paryżu. Ot kolejna legenda miejska. Wiarygodne źródło autorze proszę. Twoje zapewnienia, że jest to prawda, żadnym źródłem nie są. 4. Trudno też używań określenia reżim w stosunku do rządów gierkowskich, szczególnie jeżeli autor przedstawia we wstępie tekstu Leonida Breżniewa jako dobrotliwego staruszka. To istne pomieszanie wartości, świadczące o tym, że autor raczej nie ma pojęcia o tamtych czasach.

A
14 luty 2012 (16:50)
A zamiast licencji na fiata 127 (tu ostatecznie Gierek zadecydował)
kupili licencję na fiata 126 bo taniej i Polacy musieli męczyć się, gnieść się w tych maluchach a przy zderzeniu...

o to to
15 czerwca 2013 (10:09)
plotki
1. Polska od 1970 do 1980 to jest za czasów Gierka miała najwyższe zatrudnienie , na podobnej zasadzie jak w Szwecji. Zatrudnienie przewidywalo choroby ,urlopy ,emerytury itd. Jezeli przedsiebiorstwo zarobi 100 jednostek czy 50 jednostek to nie ma wiekszego znaczenia dla pracujacych. Poprzez zaszeregowanie plac nie bylo kominow placowych i mozna bylo dac prace mimo malej wydajnosci przypadajacej na stanowisko.Bezrobocie na marginalnym poziomie. Zadluzenie Polski wynosiło śmieszne 19mld ,po 10 latach bez Gierka 40mld i afera FOZ . Proszę zwrócić uwagę ze wszystkie dobre zakłady zostały sprzedane za bezcen. Nawet marka Nivea została odkupiona. Gierek był moim zdaniem zafascynowany nie Japonia ale Szwecją. Hasła o Japonii to wymysł propagandy. Lata 70 to okres gospodarzenia a nie politykowania.

123
26 listopada 2014 (17:49)
123
gierek był dobrym gospodarzem i czlowiekiem

456
10 października 2016 (18:59)
Ocena
Obecnie Polska wyglada na zewnatrz jak piekna pani ale oglupiala biedna i bezbronna. Wypucowana z fundamentu niezaleznosci jakim jest wlasny przemysl i zaawansowana mysl techniczna, zadluzona po uszy. Byla kiwana i naklaniania do prostytuowania sie za paciorki przez polskich "wybitnych ekonomistow" pracujacych na uslugach "dobrych i bezinteresownych" dusz zachodnich.
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
Raporty
zobacz również
Birma. Miłość od pierwszego wejrzenia. Wywiad z Michałem Lubiną o jego nowej książce „Birma. Historia państw świata w XX i XXI w.”

O książce "Birma. Historia państw świata w XX i XXI w." oraz o problematyce birmańskiej z Michałem Lubiną rozmawia Roman Husarski.
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".