Redukcja emisji CO2 za wszelką cenę?
    CO221 · zanieczyszczenia26 · Komisja Europejska39 · Unia Europejska276
2010-05-30
W środę 26 V pod naciskiem kilku dużych krajów członkowskich UE (z Niemcami i Francją na czele) Komisja Europejska postanowiła nie wydawać zalecenia, a jedynie wezwać do debaty w sprawie podwyższenia docelowego zmniejszenia wydalania dwutlenku węgla do atmosfery w skali Unii Europejskiej o 30 zamiast obecnych 20% do roku 2020 (w porównaniu z 1990). Pani komisarz do spraw ochrony klimatu - Connie Hedegaard (Dania) przegrała. Zdaniem jednych to wspaniała wiadomość. Zdaniem drugich okropna. Przychylam się do pierwszej opinii. Co więcej, moim zdaniem tak w Europie jak zwłaszcza w Polsce gospodarka miałaby się o wiele lepiej bez takiego topora nad głową.

W poniedziałek rano środki masowego przekazu w Europie obiegła wiadomość, że Komisja Europejska postanowiła wydać nowy dokument w tej sprawie. Mówiono o jednostronnej obietnicy z jej strony. Jednostronnej, ponieważ dwaj inni główni gracze: Stany Zjednoczone i Chiny nie miały zamiaru zobowiązać się nawet do owych 20 procent, jak to się okazało już w Kopenhadze (i niewiele się od tego czasu zmieniło).

Zapowiedzi

Raport przygotowany pod kierunkiem pani Hedegaard (stanowiący formalnie analizę kosztów przejścia na cel 30% zamówioną przez kraje członkowskie) stwierdza, że 20% to za mało, aby osiągnąć cel, jakim ma być utrzymanie wzrostu temperatury na świecie na poziomie maksymalnie 2 stopni „w porównaniu z epoką przedindustrialną”. Jak dowodzi się tam dalej, m. in. ze względu na niższy od prognozowanego w 2008 (kiedy powstał poprzedni dokument Komisji Europejskiej w tej sprawie) wzrost gospodarczy zmniejszyła się emisja dwutlenku węgla, a z powodu wyższych cen energii spadła również energochłonność gospodarek narodowych. Podkreśla się, że nie chodzi o to, aby wyrzucać pieniądze w błoto. Ostatecznym efektem powinny być inwestycje w tzw. zielone technologie, a w wyniku więcej miejsc pracy, większe bezpieczeństwo energetyczne (40 mld euro oszczędności na imporcie surowców energetycznych) i czyste powietrze (8 mld na kosztach leczenia). No i to wszystko tanim kosztem. [1]

Jak dowodzi pani komisarz w wywiadzie dla „Frankfurter Allgemeine Zeitung”: „Początkowo wyszliśmy z założenia, że ograniczenie gazów cieplarnianych o 20 % do 2020 będzie nas kosztować 70 miliardów euro. Nowsze badania wykazują, że po załamaniu się produkcji wyniesie to tylko 48 miliardów, a więc o 22 miliardy mniej. [...] Pewnego dnia fakt, że teraz, powołując się na kryzys, zaniedbujemy podjęcie niezbędnych kroków w celu zmniejszenia emisji, może się zemścić. Np. mało wydajne urządzenia, które obecnie instalujemy będą nas drogo kosztować jeszcze przez dziesiątki lat.” [2]

Teraz jesteśmy w kryzysie i niczego tak bardzo nie potrzebujemy, jak inwestycji i wzrostu. A gdzie to należy czynić? W tym, co buduje konkurencyjność. Zmiany klimatyczne to inwestowanie w oszczędność energii, surowców, wody
Najuprzejmiej przepraszam, ale... Tu 48 miliardów i tam 48 miliardów... Czy to jest jakieś solidne opracowanie naukowe czy myślenie życzeniowe, a może nawet coś o wiele gorszego? W jakim właściwie kierunku ma zmierzać w tej dziedzinie Unia Europejska?

Koalicja

Jak podano w Brukseli już w poniedziałek po południu, ministrowie gospodarki Niemiec i Francji postanowili sprzeciwić się na radzie UE d/s konkurencji takiemu zaostrzeniu wymogów związanych z ochroną przed zmianami klimatu. Jak uzasadnili, nakładanie dodatkowych ciężarów na gospodarkę państw członkowskich w samym środku światowego kryzysu finansowego byłoby ze wszechmiar nieodpowiedzialne. Niebawem poparło ich kilku szefów resortów Komisji Europejskiej: komisarz włoski Antonio Tajani, niemiecki Guenther Oettinger i estoński Siim Kallas oraz unijny komisarz d/s budżetu Janusz Lewandowski (Polska). [3] Ich zdaniem za priorytet należy uznać uzdrowienie gospodarki. Mój komentarz: trzeba im pogratulować. Zdrowy rozsądek zwyciężył.

Z drugiej strony np. rządy W. Brytanii i Szwecji twierdzą, że UE powinna jednak jednostronnie ogłosić dążenie do ograniczenia o 30 procent, aby popchnąć z powrotem do przodu rokowania wielostronne na szczeblu ONZ. Rząd niemiecki jest podzielony w tej sprawie. Pani Hedegaard przyznała, że jednostronne zaostrzenie limitów nie ma sensu, ale tylko na razie. Jesienią instytucje unijne mają dokonać podsumowania; z czym wybrać się na następny szczyt klimatyczny w Cancun (w Meksyku). Jak się okazuje jest jeszcze za wcześnie, aby cokolwiek przesądzać. Unia Europejska jest organizmem, który bez przerwy gnębią wątpliwości.

Koszty i sytuacja nowych państw członkowskich

Pani europoseł Danuta Huebner ubolewa z powodu porażki pani Hedegaard: „Szkoda. Europę stać na to. To szansa na pobudzenie wzrostu, który stworzy zatrudnienie i którego jutro nie stracimy na rzecz Chińczyków. [...] Teraz jesteśmy w kryzysie i niczego tak bardzo nie potrzebujemy, jak inwestycji i wzrostu. A gdzie to należy czynić? W tym, co buduje konkurencyjność. Zmiany klimatyczne to inwestowanie w oszczędność energii, surowców, wody...” [4] Czy tak jest rzeczywiście? Podam dwa przykłady.

Polska. 7 maja minister środowiska Andrzej Kraszewski podpisał z rządem Irlandii umowę (zawartą za pośrednictwem Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju ) a dotyczącą sprzedaży przez Polskę nadwyżek uprawnień do emisji CO2, tzw. jednostek AAU (ang. assigned amount units) na sumę 15 mln euro. Jest to już czwarta taka umowa. Nasz skarb państwa wzbogacił się o 80 mln euro (320 mln zł). [5] Tego samego dnia w liście do premiera Donalda Tuska Związek Pracodawców Górnictwa Węgla Kamiennego wezwał rząd do walki o zwiększenie puli uprawnień do emisji dwutlenku węgla dla Polski. Jak to wytłumaczyć? Nasz kraj posiada nadwyżki owych AAA wskutek tego, że od roku 1990 upadł cały szereg gałęzi naszego przemysłu, częściowo albo całkowicie. Wskutek tego Polska ograniczyła emisję CO2 o 30% w porównaniu do poziomu z 1988 roku, który służył za podstawę wyliczeń, podczas gdy (w ramach protokołu z Kioto) wzięła na siebie zobowiązania rzędu 6%. Jest zatem co sprzedawać, ale czy słusznie? Czy w wypadku poważnego wzrostu gospodarczego w niedalekiej przyszłości nie zostaniemy bez odpowiedniego zapasu limitów emisji CO2? Chyba należy coś zostawić dla własnego kraju? Dalsza sprawa to tzw. niskoemisyjne technologie spalania węgla. Zdaniem wspomnianej tu organizacji nasz rząd zbyt mało robi w tej sprawie. Na taki cel przysługuje nam przecież pomoc z funduszy unijnych, ale najpierw trzeba coś wyłożyć z budżetu danego kraju członkowskiego. [6]

W jaki sposób państwa UE mają wyjść z gospodarczych kłopotów, skoro z jednej strony system finansowy całego Zachodu jest chory, a z drugiej narzuca się im dodatkowe obciążenia?
Czechy. Przed końcem bieżącego roku cena płacona przez naszych południowych sąsiadów za kilowatogodzinę może wzrosnąć nawet o 10 %. Jest to spowodowane rozbudową elektrowni słonecznych. Duża gęstość zaludnienia i zagrożenie hałasem sprawiły, że turbiny wiatrowe spotkały się tam z ogromną niechęcią. Wobec stałego nacisku na powstawanie alternatywnych źródeł energii powstają elektrownie słoneczne. W gospodarce wolnorynkowej z prawdziwego zdarzenia (częste występowanie zachmurzenia nawet w ciepłej porze roku) takie elektrownie w Europie Środkowej byłyby bez szans. Państwo musi do nich dopłacać, oferując wysokie ceny prądu nowym elektrowniom podłączanym do ogólnej sieci energetycznej. Jest to regulowane ustawowo. Wysoko koniunktura na takie elektrownie w Czechach (spadek cen ogniw słonecznych o 1/3 przy nie zmienionej cenie ustawowej) sprawiła, że ich liczba zaczęła lawinowo rosnąć. W końcu tamtejszy urząd regulacji energetyki wstrzymał zezwolenia na ich podłączanie do sieci oraz postawił warunek, aby na przyszłość każda z nich posiadała rezerwę mocy w wysokości co najmniej 22%. Chodzi o niedopuszczenie do znacznych spadków mocy energii elektrycznej dostarczanej odbiorcom. Będzie to oznaczać konieczność zakupu dużej ilości wysoko wydajnych akumulatorów i prawdopodobnie tak czy inaczej utrzyma ceny prądu „ze słońca” na bardzo wysokim poziomie. [7] Oto praktyczna odpowiedź na twierdzenia pani komisarz.

Znowu koszmar realnego socjalizmu?

Środki podejmowane przez UE w celu zapobieżenia zmianom klimatu wywołują złośliwe komentarze w polskim internecie. Pojawiły się rady, aby członkowie władz unijnych w Brukseli i Strasburgu w ramach walki z kryzysem obniżyli swoje pensje o 30% oraz pytania, w jaki sposób Komisja Europejska zamierza ograniczyć wyrzucanie dwutlenku węgla i innych gazów cieplarnianych przez wulkany na Islandii. Zresztą każdy przymus wywołuje sprzeciw.

W jaki sposób państwa UE mają wyjść z gospodarczych kłopotów, skoro z jednej strony system finansowy całego Zachodu jest chory, a z drugiej narzuca się im dodatkowe obciążenia? O co tu chodzi? Nie jestem specjalistą w dziedzinie atmosfery ziemskiej, ale historykiem badającym dzieje XX wieku, a zarazem naocznym świadkiem czasów, w których załamał się i upadł blok radziecki. Pamiętam dobrze jak obiecywano nam wspaniałą przyszłość w zamian za wyrzeczenie się wolności oraz uznanie, że samowładny rząd oraz wielki brat w Moskwie znajduje się tak wysoko, że widzi wszystko najlepiej i bezbłędnie przepowiada przyszłość. Tłumaczono nam codziennie z ekranów telewizorów i przez radio, że wynika to z istnienia naukowego socjalizmu. Naukowy socjalizm ze swej strony był teorią niesprawdzalną, a raczej sprawdzał się na odwrót. Puste półki w sklepach i tasiemcowe kolejki przed sklepami codziennie zaprzeczały twierdzeniu o jego wyższości.

Obecnie czuję się tak, jak gdyby tamte czasy wróciły. Codziennie słyszę zapewnienia o tym, że żyję w demokracji, która jest najlepszym i najskuteczniejszym porządkiem doczesnym na świecie oraz że w gospodarce o wszystkim decyduje jeśli nie wolny rynek to bezbłędne teorie naukowe. Codziennie też dowiaduję się o masowym bezrobociu, które wydaje się już wiecznotrwałe oraz widzę jak bezrobotni przetrząsają śmietniki. Mimo to elity władzy raczą mnie i wszystkich innych mieszkańców UE coraz to nowymi „receptami na szczęście”. Hasła coraz bardziej rozmijają się z rzeczywistością. Z tego nic dobrego nie wyniknie. Jeśli energia ze źródeł odnawialnych jest tak dobra, to powinna wygrać na wolnym rynku bez uszczęśliwiania nią na siłę. Jeśli nie, to niech każdy korzysta z elektryczności z takich źródeł jakie są dostępne i rzeczywiście opłacalne w danym kraju. To jakieś szaleństwo czy też w tym szaleństwie jest metoda? Jedno jest dla mnie całkowicie jasne. O sytuacji gospodarki przesądzają podatki i ceny energii. Im jedne i drugie są wyższe, tym mniejsza konkurencyjność. Myślę, że zgodzi się z tym każdy myślący człowiek, a dalsze wnioski zdoła wyciągnąć sam.

Korzystałem:
[1] http://www.zeit.de/wirtschaft/2010-05/eu-kommission-klima
[2] http://www.faz.net/s/Rub0E9EEF84AC1E4A389A8DC6C23161FE44/Doc~E1C9DE3EC8B9E43FE92144C5EDABA54F2~ATpl~Ecommon~Scontent.html
[3] http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103090,7939329,UE_temperuje_swoje_ambicje_ws__redukcji_emisji_CO2.html
[4] http://energetyka.wnp.pl/huebner-zaluje-ze-ue-nie-zwieksza-redukcji-co2,110962_1_0_0.html
[5] http://www.bankier.pl/wiadomosc/Polska-sprzedala-Irlandii-uprawnienia-do-emisji-CO2-za-15-mln-euro-2137543.html
[6] http://www.ogrzewnictwo.pl/index.php?akt_cms=1452&cms=30
[7] http://ekonomika.idnes.cz/solarni-elektrarny-nejvynosnejsi-byznys-od-dob-kuponove-privatizace-1zg-/ekonomika.asp?c=A100228_204925_ekonomika_vel

Komentarzy: 0
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
GMO- zagrożenie czy dobrodziejstwo?

Sałata z genem szczura, pomidor ulepszony za pomocą DNA ryby, czy soja z genem pozyskanym z bakterii. Taka jest nieunikniona przyszłość. Uchwalenie przez parlament ustawy o nasiennictwie a...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".