Reformować, czy nie reformować? Oto jest pytanie
    reforma państwa73 · system emerytalny46 · kryzys państwa22 · przemiany społeczne61
2013-08-13
„Ludzie boją się zmian, nie chcą ich” – słyszy się z jednej strony. „Jeśli nie będzie reform, zatrzyma się rozwój Polski” – odpowiadają z drugiej. Więc kto ma rację i jak to właściwie jest z tymi reformami?

Nie ulega wątpliwości, że nic nie trwa wiecznie: rozwiązania przyjęte w określonych warunkach z czasem się dezaktualizują, a zmieniające się okoliczności wypaczają ich sens. W Polsce tak stało się np. z modelem samorządu terytorialnego, który został pomyślany w latach 80. XX wieku jako opozycja do „cudzego”, PRL-owskiego państwa. Tymczasem po transformacji 1989 roku państwo jest już „nasze”, wspólne, zaś idea dychotomii – niepotrzebnie – pozostała. W krajach skandynawskich panuje wręcz przekonanie, że ponieważ świat zmienia się dość szybko, należy co kilkanaście lat weryfikować istniejące mechanizmy. Jeśli nadal, mimo upływu czasu, przynoszą pozytywny efekt, nie warto ich ruszać. Natomiast jeśli się nie sprawdzają, trzeba je modyfikować lub wprowadzać nowe. Co ciekawe, nikt nie odbiera zmian w kategoriach zamachu na jakieś świętości – przeobrażenia traktowane są jako coś oczywistego; element zwykłej, naturalnej procedury w demokratycznym kraju. Także w Polsce musimy przywyknąć do procesu rewidowania pomysłów (choćby twórcy byli do nich jak najsilniej przywiązani), a już na pewno nie wpajać społeczeństwu, że raz ukształtowany system to dobro immanentne, samo w sobie.

Zgoda, reformy bywają bolesne. Zwłaszcza w okresie przejściowym. Ale czy nie jest tak, że jeśli się ich zaniecha, skutki będą jeszcze dotkliwsze dla obywateli? Weźmy za przykład nieszczęsną Kartę Nauczyciela. Została wprowadzona do polskiego systemu przez gen. W. Jaruzelskiego ustawą z 26 stycznia 1982 roku, czyli w początkach stanu wojennego. Można domniemywać, że był to gest, mający na celu odciągnięcie pracowników oświaty od „Solidarności” przy pomocy nadania im przywilejów. I tak ten twór o korzeniach ściśle politycznych uchował się do dziś – nikt po 1989 roku nie miał wystarczającego potencjału i odwagi, by zdecydować się na likwidację Karty. Obecnie objętych jest nią 650 tysięcy osób, wśród których jedni to osoby aktywne, twórcze i poszukujące, inni – znużeni pracą, przesiąknięci rutyną, mało innowacyjni, a jeszcze kolejni niczym się nie wyróżniają i w miarę poprawnie wykonują swe zadania. Czy uczciwe jest, by WSZYSCY oni byli wynagradzani w ten sam sposób? Z rozdzielnika, dyktowanego jedynie prawidłami Karty, a nie efektywnością? I dalej – czy chcemy, aby zdesperowane samorządy oddawały szkoły w ręce stowarzyszeń, nie mogąc utrzymać wymogów Karty? W ten sposób Karta obraca się przeciwko samemu środowisku oświatowemu: blokuje realny awans finansowy najlepszym i spycha samorządy do roli kasjerów, zamiast umożliwić im koncentrację na dbałości o jakość nauczania.

Problemem numer jeden w Polsce jest bowiem fakt, że przy jakiejkolwiek ewaluacji brany jest pod uwagę głównie aspekt finansowy działań, a nie ich skuteczność: samorządy dostają pieniądze na dziecko, a nie na to, JAK zostanie wykształcone. Druga polska specyfika to myślenie na krótką metę – doraźnie rzeczywiście likwidacja Karty spowoduje pogorszenie sytuacji materialnej wielu nauczycieli, ponieważ zaczną pracować na warunkach rynkowych, gdzie nie będzie tolerancji dla słabych efektów, ani specjalnych osłon, typu urlop dla poratowania zdrowia. Ale dlaczego nie patrzy się dalekosiężnie? Wszak docelowo w tej reformie chodziłoby o to, aby podnieść poziom edukacji poprzez zachęty dla lepszych pedagogów i ustalenie wskaźników kształcenia, przy pomocy których rodzice i samorządy porównywaliby pracę nauczycieli, co prowadziłoby do ich realnej weryfikacji.

Nie zmierzyliśmy się także jako społeczeństwo z coraz silniej pukającym do drzwi kryzysem demograficznym. Mówi się o tym półgębkiem, jakby nie wierząc, że za czterdzieści trzy lata będzie nas o 8 milionów mniej (według prognoz GUS) i nie widząc konsekwencji tego stanu rzeczy. Pewne rozwiązania systemowe trzeba zacząć tworzyć już dziś, aby nie zostawić następnym pokoleniom najpoważniejszych problemów w historii. Spadek liczby ludności oznacza bowiem nie tylko mniejsze wpływy z podatków, ale przede wszystkim uniemożliwia zastępowalność pokoleń, czyli sprawia, że nie będzie komu pracować na coraz większą grupę starzejących się obywateli. Zmniejsza się dzietność, a zarazem szybko idzie do przodu medycyna i już teraz widać, że przybywa nam osób wiekowych. Nie odwrócimy tych procesów, ale możemy starać się do nich lepiej przygotować w imię solidarności międzygeneracyjnej. Jasne, że – jak mówi przysłowie – „bliższa ciału koszula” i każdy woli zatroszczyć się przede wszystkim o siebie. Tym niemniej państwo jest bytem ciągłym, a w dodatku dobrem wspólnym i taka postawa to zwyczajny egoizm (chciałoby by się wręcz napisać „egoizm społeczny”).

44 lata życia w systemie komunistycznym nauczyło nas również, że państwo musi wszystko dać. I w krajach zamożniejszych, np. w Norwegii, w pewnym sensie tak to funkcjonuje: obywatel otrzymuje bardzo dobrej jakości usługi. Ale to przecież nie jest za darmo, tylko w zamian za wysokie podatki! Nasuwa się tu trochę analogia z podejściem roszczeniowego dziecka do średnio zamożnego rodzica, gdy prosi: „mamo, tato, kup”. Co wtedy odpowiada rodzic? Że nie ma fabryki pieniędzy. I to samo powinno powiedzieć państwo. Inną, oczywiście, sprawą jest, jak ono gospodaruje środkami, które posiada lub dostaje od obywateli w postaci podatków. Od tego powinna być transparentność, aby władza wykonywała swe funkcje w odpowiedzialny sposób i rozliczała się z ich realizacji przed społeczeństwem. Takiej tradycji w Polsce nie ma, ale to nie znaczy, że nie da się jej zbudować – podobnie, jak przed 24 laty budowaliśmy np. zasady wolnego rynku.

Reformy można więc robić albo zapobiegawczo, czyli antycypując pewne negatywne wydarzenia i zawczasu się przed nimi czy ich konsekwencjami chroniąc, albo drogą naturalną, tj. poprawiając co jakiś czas gorzej działające mechanizmy, albo reaktywnie, a zatem w momencie, kiedy zmusza do tego sytuacja zewnętrzna – na przykład po słynnej powodzi 2002 roku w czeskiej Pradze zaczęto stawiać kosztowny i skomplikowany system automatycznie wysuwanych zapór, na który wcześniej nie potrafiono znaleźć pieniędzy. Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że najdogodniejsze warunki do zmian oferuje trzeci wariant: kiedy obywatele zobaczą, że jakiś element państwa popsuł się na tyle, że zaczyna to im bezpośrednio zagrażać czy utrudniać życie, zgodzą się na reformy. Było to mocno widoczne w czasie zrywu „Solidarności”, dzięki któremu udało się wiele rzeczy osiągnąć. Ale tamten moment należał do wyjątkowych, a we względnie stabilnych systemach oddziaływanie tego typu zbiorowych emocji nie ma już racji bytu.

W dodatku, rzadko kiedy można przeprowadzić w dzisiejszej zglobalizowanej rzeczywistości zmianę całkowitą, wywracającą wszystko do góry nogami – kraje zbyt są skrępowane wspólnym prawodawstwem czy powiązane interesami. Nawet Węgry, jak dotąd najśmielszy w Unii Europejskiej przykład forsowania własnej polityki i przeprowadzania głębokich reform (abstrahując od ich wartościowania – chodzi wyłącznie o fakt, że zostały wdrożone), musiały się w którymś miejscu zatrzymać. Zmiany o 180 stopni były wykonalne w sytuacji transformacji, bo wówczas towarzyszyło im coś w rodzaju „pospolitego ruszenia”, popierającego większość choćby bolesnych decyzji. Teraz ludzie cenią sobie święty spokój i wolą trzymać się z dala od polityki. Nie należy więc liczyć na to, że sami dadzą asumpt do jakichś rewolucji. Ale na pewno ucieszą się z takich korekt systemu, które pozwolą im funkcjonować w poczuciu większego komfortu i podnieść standard życia. Dlatego ciekawy byłby wariant drugi – w miarę bieżącego poprawiania tego, co nie działa poprawnie, co się z biegiem lat rozsypało.

Czasem będą to sprawy drobniejsze, czasem większego kalibru, a czasem nawet małe trzęsienia ziemi. Na to nałoży się fakt, że każdy człowiek nieco inaczej definiuje słowo „rewolucja”: na pewno rolnicy za taką uznaliby likwidację KRUS-u, a górnicy – likwidację swych przywilejów emerytalnych. Tylko czy reakcja jednej grupy społecznej musi wyznaczać horyzont działań? Społeczeństwo składa się z bardzo wielu podzespołów (żeby użyć porównania inżynierskiego), z których w zasadzie każdy mógłby rościć sobie prawo do posiadania jakichś szczególnych ułatwień. Tymczasem pewną sztuką byłoby, gdybyśmy umieli spojrzeć na samych siebie jako jedność dążącą do wspólnego celu.

W tym dążeniu powinni wspierać nas eksperci i elity – żadnych zmian nie przeprowadzi się bowiem bez śmiałych, odważnych, ale przede wszystkim dobrze przemyślanych i policzonych wizji. Nie wystarczy bowiem mieć możliwość przeprowadzenia reformy, przychylność polityków czy poparcie autorytetów, jeśli zabraknie idei. Wdrożenie to pewna suma okoliczności, zestaw przypadków, wypadkowa starań. Koncepcja pełni tu funkcję pierwotną – wokół niej się gromadzimy, ona mobilizuje do działania. Naczelnym celem jest, aby nie traktować reformy jako łatania bieżących dziur, załatwiania najbardziej palących problemów: ona ma dać falsyfikowalne ramy dalszego działania i zakreślić dalekosiężną strategię. Oczywiście, muszą być w nią wpisane mechanizmy samoregulacji lub wręcz wygaszania w razie potrzeby. Chodzi o to, by nie utrwalać wśród obywateli poczucia, że coś jest dane raz na zawsze.

W wariancie pierwszym była mowa o prewencyjnej roli reformy – unikania niepożądanych sytuacji. Najrozsądniej wygląda więc fuzja tego podejścia ze stałym monitorowaniem efektywności państwa. Jeśli będziemy umieli to połączyć, nie będzie Polsce straszny żaden kryzys.

A co, jeśli zdecydujemy, że lepiej jednak powstrzymać się od reform? Grozi to koniecznością wprowadzania ich na chybcika, bez przygotowania, mając jakiś nóż na gardle. Tak musiała postąpić Grecja, która latami utrzymywała status quo, przekładając na „święty nigdy” niezbędne zmiany. W efekcie, zamiatając sprawy pod dywan, uzyskała tak fatalne notowania gospodarcze, że odbijanie się od dna ma zupełnie niepotrzebny charakter terapii wstrząsowej (nawiasem mówiąc, jeszcze nie ukończonej). Lepiej więc nie czekać na zupełne załamanie państwa, tylko mądrymi posunięciami do niego nie dopuścić. Szczególnie, że większość Polaków podskórnie czuje, że „coś” trzeba zrobić – na reformę czeka wiele dziedzin sektora publicznego w Polsce. Obyśmy nie musieli ich przeprowadzać pod presją czasu i z mieczem Damoklesa nad sobą.




Chcesz odnieść się do stanowiska autora, chcesz polemizować, skomentować ten tekst? A może chciałbyś Drogi Czytelniku napisać na inny temat?
Jeżeli jesteś zainteresowany i zdecydowany przeczytaj nasz anons dotyczący współpracy redakcyjnej lub od razu napisz i wyślij do nas swój materiał na adres: redakcja@mojeopinie.pl. Odezwiemy się szybko!!

Komentarzy: 1

Jacek
21 sierpnia 2013 (08:15)
jak reformowac
Niezbyt trudno określić jakie reformy są konieczne. Prawdziwy kłopot jest w tym, że z jakiegoś powodu, wygląda na to, że Polacy zasadniczo zupełnie sobie nawzajem nie ufają, a często nawet więcej - gardzą sobą nawzajem. Tego nie da się zmienić żadnym rządowym czy zresztą, społecznym programem. A bez podstawowego poziomu zaufania, nic się nie uda. W rezultacie, Polska jest skazana na stagnację, a kiedy sytuacja dojrzeje - na tradycyjną walkę partyzancką kiedy którykolwiek z sąsiadów zajmie terytorium.
  • Dodaj komentarz
  • Tytuł
  • Treść
  • Pseudonim
  • Przepisz kod obrazka
  • Kod obrazka:
zobacz również
O Instytucie „Pamięci Narodowej”, czyli Polaków problemy z pamięcią oraz historią

Mało jest sporów w polskiej przestrzeni publicznej, które wzbudzałyby równie wielkie emocje jak kwestie historyczne. Chociaż renoma historii, jako nauki grzebiącej w dawnych dziejach i...
[zamknij]W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Możecie Państwo dokonać w każdym czasie zmiany ustawień dotyczących cookies. Więcej szczegółów w naszej "Polityce Prywatności".